gregkopen
18.05.05, 02:23
I to w jakim stylu!!!
Wyjechałem do Danii trzy lata temu, żebym mógł łatwiej pogodzić się z rozstaniem z miłością mojego życia, o której mimo to nie zapomniałem, choć chciałem bardzo. Byłem tak zawidziony rozpadem poprzedniego związku (siedmioletni okres pełnego zaufania bez wspólnego mieszkania i ślubu), że przez te lata w Danii nikogo sobie nie znalazłem, a nawet nie szukałem.
Około pół roku temu przyszwędała się w moje życie dziewczyna, która jak mi się wydawało nie była w stanie niczym mi zaimponować. Ani urodą, ani intelektem, ani niczym innym czym imponują kobiety... no, może poza ochędożnością, jak tę babską cechę nazywał wieszcz z Czarnolasu.
Poznaliśmy się gdy odwiedziła mnie zimą mama. Wyhaczyła ją gdzieś w metrze jak czytała polską gazetę, bądź książkę. Gdy uznała, że jesteśmy rówieśnikami, zaprosiła ją do domu, a ta zaraz zaczęła się wykazywać umiejętnościami jak zmywanie, gotowanie, prasowanie i takie tam. Wrażenia nie robiło to na mnie żadnego, do momentu gdy zauważyłem że jej rzeczywiście na mnie zależy i że ona mi te gary myje za darmochę prawie codziennie właśnie po to żeby mi imponować. Zaimponowała. Potrafi załatwić wszystko, nawet gdyby miała przekopać całą Kopenhagę. Nie ma dla niej rzeczy nie do załatwienia i to rzeczywiście mi imponowało.
Zaimponowała mi też kiedy w końcu u niej w domu udało się jej mnie przelecieć. Nigdy wcześniej nie kochałem się tak jak z nią. Było nam ze sobą dobrze, mimo iż czułem, że nic do niej nie czuję.
Kilka tygodni temu wpadł do mnie kumpel. Najlepszy kumpel. Wypiliśmy flaszkę polskiej wódki. Jak zawsze było nam mało, więc wyszliśmy gdzieś w miasto żeby się dopić. Spotkaliśmy ją na przystanku. Pojechała z nami. My się zdrowo narąbaliśmy, ona wypiła ze trzy piwa. Atmosfera była gorąca, jak to w bluesowej knajpce. Więc alkohol zadziałał jak to alkohol.
Wracając pieszo obok jej domu szliśmy już nic nie mówiąc, bo tak byliśmy pijani. Ja poszedłem do siebie, a kumpel do niej. Patrzyłem na nich jak odchodzą ode mnie bez słowa i widziałem już pożądanie na jej twarzy.
Rano wpadł do mnie biegiem kumpel i z głupim wyrazem twarzy usiadł na materacu pod scianą. Zapytałem: "przeleciałeś ją?" Kiwnął głową, że tak. Zrobiłem dobrą minę do złej gry, bo przecież pretensji mieć nie mogłem. Nie byliśmy "chłopakiem i dziewczyną" ani tym bardziej kimś więcej. Jemu było głupio, a ja zrozumiałem, że rzeczywiście zależało mi na tej kurze domowej i coś do niej czułem, mimo że absolutnie nie była w moim typie.
Gryzę się z tym do dziś. Ona też. Już nie przychodzi zmywać mi garów. Nie wydzwania do mojej matki. Nie rozmawiałem z nią nawet od tego czasu. Najgorsze, że wtedy też była u mnie mama i domyśliła się całej sytuacji. Jest mi głupio przed mamą i za nią, i za kumpla i za siebie też.
Ona była u mnie jeszcze następnego wieczora, a właściwie u mamy. Ja nawet na nią nie spojrzałem. Zamknąłem się bez słowa w pokoju i poszedłem spać. Myślałem, że szlag mnie trafi i że mi serce pęknie. Wyszła, niby nigdy nic i potem już nie wróciła. Nie spałem dwie noce.
I tu przychodzi czas na wyciągnięcie esensji z moich doświadczeń.
Obojętnie czy ładna czy nie, gruba czy chuda, bogata czy biedna, mądra czy głupia, ochędożna czy szlampa, każda kiedyś puści się, jak te dwie które na mnie trafiły. Obie były w sumie podobne. Z dobrych rodzin, nie bały się pracy, dbały o reputację... no takie tam. I obie w końcu poszły w tango przygnębiając mnie jak nikt inny. Zwłaszcza, że jestem cholernie monogamiczny.
Dlatego dochodzę do wniosku, że jeśli już spadać z konia, to niech to będzie przynajmniej śliczna, rasowa klacz, a nie jakaś pociągowa kobyła albo inna byle habeta.
Pozdrawiam, Grzegorz 30 lat