legolas11
13.07.05, 11:37
Wczoraj zakończył się mój 1,5 roczny związek który jeszcze do poniedziałku
uważałam za szczęśliwy i mający realne szanse na plany
małżeńskie....Szok....Chciałam spalić mosty, bo na przyjaźń nie jestem gotowa
i nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła patrzeć "bezpłciowo" z sympatią na
niego, radzić mu w „sprawach sercowych”, zachować obiektywizm. On nie
wyobraża sobie tego, że mogło by mnie nie być w jego życiu, uważa mnie za
wspaniałą osobę, której zawsze będzie poświęcał swój wolny czas jeśli będzie
to tylko możliwe. To nie były grzecznościowe farmazony na zakończenie, ale
szczera prawda z jego strony.... Mój były chłopak nie chce mnie stracić -
kocha mnie ale zupełnie inaczej niż na początku związku i dlatego prosi o to
byśmy nadal utrzymywali kontakt ze sobą bo mu na mnie zależy. Powodem
rozstania były sprawy, które jego zdaniem się nawarstwiły i nie był w stanie
z tym żyć i patrzeć mi w oczy- brak iskry, która nas połączyła i jakieś
cztery miesiące temu wygasła, wtedy był bliski zdrady z przygodną dziewczyną.
Nie zdradził, ale nabrał wątpliwości czy powinniśmy ze sobą być, a ten
incydent tylko utwierdził go w tym, że nasze poważne plany życiowe nie mają
sensu. To był sygnał dla niego, że nasz związek się popsuł. Namiętność była
zawsze, potwierdził że trwała przez cały czas naszego związku, natomiast
uczucia się nieco zmieniły, on nie chce mnie oszukiwać i kiedyś zdradzić,
jeszcze bardziej zranić... Nie chce mnie stracić bo jestem dla niego bardzo
ważną osobą, boi się, że może stracić kontakt z moją najbliższą rodziną,
którą tak bardzo szanuje i polubił. Obawia się, że moja rodzina po tym jak
sugerował wcześniej, że ma poważne plany wobec mnie w związku z jego
odejściem ode mnie nie będzie życzyła sobie go widzieć i znać. Chce
poszukiwać tej iskry w innych związkach. Obwinia siebie za zaistniałą
sytuację, że pomimo pojawienia się u niego tych wątpliwości ciągnął związek,
planując ze mną wiele spraw bieżących i tych przyszłych, pozwalając abym
wierzyła w jego dalszy rozwój. Zdał sobie sprawę jak bardzo tym mnie zranił,
nie może sobie tego wybaczyć, uważa że jest bezmyślnym draniem
itd....Doskonale wie, że go bardzo kocham, że nie potrafię go znienawidzieć
prosił mnie o wybaczenie – otrzymał je, płakaliśmy oboje przytuleni do
siebie. Póki co oboje planujemy spędzić razem urlop (w czasie ostatniego
spotkania „wyjaśniającego losy naszego związku” każde z nas miało taki cichy
plan by zaproponować wspólne wakacje). Nasza jednomyślnoś nas jednak nie
zaskoczyła,wywołała uśmiech przez łzy na twarzy, tego wieczora w rozmowach o
innych rzeczach nie raz przyłapywaliśmy się że to samo mówimy, tak samo
myślimy.... Teraz jesteśmy wolni, nie trzymamy się za ręce jak zawsze, ale
może czas pokaże że to co było, to nie "psujący się związek" w którym
zabrakło adrenalinki, zauroczenia które jest zawsze na początku każdego
związku, a przyjaźń dojrzałego związku, która została przez niego opacznie
zinterpretowana jako wygasłe uczucie.... Nie wiem czy walczyć dalej, może
popełniamy błąd odchodząc od siebie, ale on tego potrzebuje.... Nie mam
pojęcia co o tym myśleć.... Razem źle osobno jeszcze gorzej...Oboje nie
śpimy, nie jemy, czujemy się jak po zatruciu alkoholowym... Zostać, po prostu
być i czekać aż on zrozumie, czy oswajać się z myślą, że naprawdę to już
koniec i nigdy już tego się nie zmieni..... Proszę o komentarze.....