a.adas
12.07.04, 22:51
Brochu
przeczytałem "Słońce i księżyc". Przeczytałem...
Raczej przemęczyłem, po ledwie 130 stronach chciałem rzucić książkę w
najodleglejszy kąt pokoju - niech zarasta kurzem i pajęczyną, czekając na
lepsze czasy. 130 stron przed końcem (jakieś fatum?) - to samo.
Ale skończyłem i nie żałuję, choć była to jedno z największych wyzwań w moim
czytelniczym życiu (przyznaje, nie za długim, ale wszystko przede mną:). I
zawsze w tym momencie "wyskakuje" Celine - z Francuzem męczyłem się
identycznie, a teraz przypominam sobie co smakowitsze fragmenty "Podróży do
kresu nocy" (część afrykańska, "conradowska" - cudo). Przypuszczam, że tak
samo bedzie ze "Słońcem...".
Nieśmiało przeczuwam, że jestem trochę za głupi na ten rodzaj prozy, trochę
podobnej do Faulknera, ale jeszcze bardziej zagmatwanej, i literacko, i
filozoficznie. Używając malarskich skojarzeń (nieprzypadkowo), dzieło
Gutersloha przypomina obraz - niby statyczny, a jednak swymi rozgałęzieniami
siegający daleko, tak w przestrzeń, jak i czas.
Wracając do starej dyskusji, "Słońce i ksieżyc" jest przeszłością czy
przyszłością literatury?
Pozdrawiam
adas
PS Proszę sie nie martwić, książka jest z biblioteki, nie mógłbym zrobić jej
krzywdy. Każdej innej zresztą także nie:)