meduza7
26.10.06, 07:40
Czytając J.A. odnoszę wrażenie, że społeczeństwo tamtych czasów było
cholernie nietolerancyjne wobec osób, które "zeszły na złą drogę". A
właściwie tylko kobiet. Taka Maria Bertram: skazana na odosobnienie do końca
życia w jakimś domku na ustroniu. Rodzina tyle tylko, że przekazuje pieniądze
na jej utrzymanie, poza tym ma zakaz kontaktów. Ten sam los mógłby spotkać
Lidię, gdyby nie udało się wydać jej jednak za mąż. Podejrzewam, że dobre
rady pana Collinsa, aby ojciec wyrzucił wyrodną córkę z domu i nigdy nie
pozwolił wspomnieć w swojej obecności jej imienia, były nader często
realizowane przez ojców w podobnej sytuacji. Tymczasem mężczyźni jak zwykle
mieli lepiej - o pułkowniku Brandonie krążyły plotki, że ma nieślubną córkę
(i cóż, że nieprawdziwe), a jednak nnie przeszkadzało to nikomu uważać go za
godnego szacunku dżentelmena. Podobnie nie sądzę, żeby romans z Marią Bertram
miał jakoś poważnie zaszkodzić reputacji Henry'ego Crawforda.
A los tych nieślubnych dzieci - wychowywane w izolacji, z dala od rodzin, z
mniej lub bardziej wyraźnym piętnem "gorszości". Ojciec Harriet Smith raczył
łaskawie się ujawnić dopiero w dniu jej zamążpójścia. Ja nie wiem, czy te
dzieci wyrastały na normalnych ludzi...