jeepwdyzlu
30.08.13, 12:03
booklips.pl/newsy/martin-amis-kobiety-lepiej-pisza-o-seksie/
Czyżby?
Tu facet, klasyk oczywiście...
Chyba w życiu nie miałem takiej dobrej dupy. Ani razu nie rozpuściła jadaczki - ani tamtej nocy, ani następnej, ani żadnej. Wykradała się na dół w ciemnościach, gdy tylko zwietrzyła, że jestem sam, i oblepiała mnie całego swoją cipą. A kiedy tak sięgam pamięcią wstecz, była to ogromna ci.... Mroczny, podziemny labirynt wyposażony w otomany i przytulne zakątki, gumowe zęby, strzykawki, wyściełane gniazdka, kaczy puch i liście morwy. Wwiercałem się tam jak samotny robak i zagrzebywałem w tę jej szparę, gdzie było tak cicho, swojsko i przytulnie, że leżałem sobie niczym delfin na ławicy ostryg. Jeden mały ruch, a mogłem się znaleźć w pulmanowskim wagonie czytając gazetę albo w zaułku brukowanym omszałymi kamieniami pełnym wiklinowych furtek, które otwiera i zamyka automat. Czasem przypominało to jazdę lunaparkową kolejką wodną, stromy uskok, a następnie mgławica lśniących krabów morskich, gwałtownie rozkołysane sitowie i skrzela małych rybek trzepoczące o mnie niczym klapki harmonijki. W tej ogromnej czarnej grocie znajdowały się jedwabno-mydlane organy wygrywające drapieżne czarne rytmy. Kiedy dziewczyna wzbijała się na wyżyny, kiedy puszczała soki na pełen regulator, wykwitał ciemny fiolet, morwowa plama niczym świt, brzuchomówczy świt doświadczany przez karlice i debilki podczas menstruacji. Przywodziło mi to na myśl kanibali żujących kwiaty, członków plemienia Bantu dostających amoku, dzikie jednorożce parzące się pośród rododendronów. Wszystko było anonimowe i nieokreślone, Jan Iks i jego żona, Emma Iks; nad nami zbiorniki gazu, a pod nami morskie życie. Od pasa w górę, jak powiadam, była szurnięta. Tak, kompletna wariatka, chociaż utrzymywała się jakoś na powierzchni. Może właśnie dlatego jej ci... była tak cudownie bezosobowa. Jedna ci... na milion, istna Perła Antyli, taka, jaką odkrył Dick Osborn podczas lektury Josepha Conrada. Leżała tak na rozległym Pacyfiku seksu niby migotliwa srebrzysta rafa w otoczeniu ludzkich anemonów, ludzkich rozgwiazd, ludzkich koralowców. Tylko ktoś taki jak Osborn mógł ją odkryć, wyznaczyć odpowiednią długość i szerokość geograficzną jej cipy. Po spotkaniach za dnia, obserwowaniu, jak z wolna dostaje hysia, wraz z nadejściem nocy zupełnie jakby się chwytało w potrzask łasicę. Wystarczyło, żebym położył się w ciemnościach z otwartym rozporkiem i czekał. Przypominała Ofelię wskrzeszoną nagle pośród Kafrów. Nie potrafiła spamiętać ani słowa w żadnym języku, a już zwłaszcza po angielsku. Była głuchoniemą, która utraciła pamięć, a wraz z zanikiem pamięci utraciła też lodówkę, żelazka do włosów, szczypczyki i torebkę. Była nawet bardziej naga od ryby wyjąwszy tę kępę włosów między nogami. I była nawet bardziej od ryby oślizgła, bo przecież ryby mają łuski, ona zaś nie miała. Czasem trudno się było połapać, czy to ja jestem w niej, czy ona we mnie. Prowadziliśmy otwartą wojnę, pankracjon w nowym wydaniu, a każdy gryzł się we własną dupę. Miłość pomiędzy trytonami, a przy tym zawór otwarty na oścież. Miłość bez płci i bez lizolu. Miłość inkubacyjna, jaką uprawiają rosomaki powyżej strefy drzew. Po jednej stronie Ocean Arktyczny, po drugiej Zatoka Meksykańska. I chociaż nigdy nie mówiliśmy o tym otwarcie, zawsze towarzyszył nam King Kong, King Kong uśpiony w rozbitym kadłubie “Titanica" między fosforyzującymi kośćmi milionerów i minogów. Żadna logika nie zdołałaby King Konga przegonić. Był olbrzymim wspornikiem podtrzymującym przelotne cierpienia duszy. Był tortem weselnym o owłosionych nogach i kilometrowych rękach. Był ekranem obrotowym przekazującym wiadomości. Był wylotem lufy rewolweru, który nigdy nie wypalił, trędowatym uzbrojonym w obrzynkowe gonokoki.....
Najserdeczniej
jeep