Gość: Majka
IP: *.idea.pl
16.08.05, 09:50
I znów orzeł Vargi w natarciu.
W czasie spotkań młodzieży w Kolonii, po ćwierćwieczu nauczania JPII autor
powiada o czymś, po kazaniu BXVI autor powiada „co w mało nowoczesny sposób
można by nazwać godnym życiem”.
Materia do budowania tej godności jest ciekawa: „kazirodcze stosunki pomiędzy
młodym pisarzem i oszalałą, schowaną w domu matką, opisy przypadkowych aktów
seksualnych podobne raczej do praktyk sado-maso, aborcje i próby samobójcze”
Rozumowanie, że żyje w duchowej niemocy ktoś, kto regularnie „pocina” własną
matkę „jednocześnie rujnując związek z delikatną i wrażliwą kobietą” jest
bardzo ciekawe. Co może w takim kontekście oznaczać „życie w ciągłym
klinczu”. Czy naprawdę kazirodztwo jest niejednoznacznym działaniem. Co to za
głupstwa? Podobnie jak bredzenie o moralitecie. To jednak naprawdę „gatunek
dramatyczny ukształtowany w późnym średniowieczu, do którego należały utwory
dydaktyczno-filozoficzne wypełnione rozważaniami na temat kwestii moralnych,
głoszone przez alegoryczne postacie, takie jak: dobro, zło, wiara, pycha” i
nawet największy dziennika nie ma prawa zmieniać kryteriów gatunkowych, bo
się zacznie totalny bałagan mentalny „osadzony w krajobrazie”.
Ale kiedy autor powieści sadzi takie bomby jak „wolność to stan bez żadnych
właściwości” trudno się dziwić recenzentowi, który uznał to za arcydzieło.
Wolność bez właściwości, proza bez formy. Powiedziałabym jak Prus o kochance
Izabeli – w bohaterze tej powieści jest tyle demona, co trucizny w zapałce.
Nawet jeśli „pandemonium, jakie wybucha pod koniec książki” może faktycznie
wybuchnąć, to jakim cudem „piekło; kompletne zamieszanie, chaos, anarchia,
sądny dzień, istny koniec świata; ogłuszający zgiełk, tumult (jak pisze
Kopaliński) może przynieść „w końcu oczyszczenie i tytułowy spokój”.
Jeśli tacy bohaterowie są dla recenzenta GW „wrażliwymi jednostkami”, to
wypada współczuć i zachęcać do terapii.