pasior76
21.12.05, 00:15
- Będą pon pili arbatę, to zarno zrobie?
- A gdzie to Mateusz, że ty za niego?
- Pon go przeciek zwolnili i poleciał do kobity na święta.
- Prawda. Duży tam mróz?
- Sielno skrzytwa; ino się śnig łyśni a mróz scypie kiej pies! - odpowiadała
młoda dziewczyna, prawdziwy typ chłopskiej piękności, bo wysoka w miarę,
rozrosła, rumiana niby miesiąc na nowiu, o regularnych rysach twarzy i
wielkich, mocno modrych oczach.
Poprawiła sobie czerwonej chustki na głowie i dziobała pogrzebaczem drwa w
kominie, nie śmiejąc mówić więcej, tylko spod oka rzucała spojrzenia na
siedzącego pod oknem. Patrzała się z jakąś pokorą i żałością na jego twarz
pochyloną, suchą i jakby zamgloną smutkiem. Była to twarz jeszcze młoda, ale
o wyrazie zupełnie biernym i nawet mazgajowatym, i napiętnowana męczeniem.
Niebieskie, jakby wyblakłe oczy świeciły jakoś sennie, ociężałość miał w
ruchach i niechęcenie.
- Marcysiu! to zrób mi herbaty - odezwał się po długim milczeniu i spojrzał
na nią.
Dziewczyna spuściła oczy i zakrzątnęła się żywo kolo samowaru.
- Ojciec jest?
- Ni ma. Tatulo pojechali do miasta kupić coś niecoś na świnta.
- To dzisiaj wigilia? - zapytał znowu.
- Juścić, ze wilija. Pon jadą dzisia do swoich?
- Jadę, muszę się nawet śpieszyć.
Podniósł się i zaczął chodzić po izbie.
- Mam urlop, pojadę - myślał zataczając koła po glinianej podłodze. -
Pojadę... Święta... pojadę... - i stanął nagle na środku izby. - Aha, do
Józka pojadę, przecież mnie prosił! - odpowiedział sobie i zabrał się do
picia herbaty.
Pił spiesznie, prawie gorączkowo się ubierał i co chwila spoglądał na
zegarek. Wyszedł przed dom, ogarnął wzrokiem niebo i ziemię i zawrócił na
drugą stronę chałupy do swoich gospodarzy, u których mieszkał i stołował się
nawet.
- Zostańcie ? Bogiem, Wawrzonowa! - powiedział wyciągając rękę.
- Niech pon jadą z Bogiem! - odpowiedziała stara kobieta i obtarłszy
fartuchem rękę, ścisnęła nieśmiało jego dłoń.
- No, bądź zdrowa, Marcysiu!
Dziewczyna pokraśniała i chciała go na pożegnanie pocałować w rękę, ale on
szybko schował ją poza siebie.
- Kiedy pon przyjadą? - zapytała Wawrzonowa.
- Dobrze jeszcze sam nie wiem, ale pewnie na Święty Szczepan. No, zostajcie z
Bogiem!
- Panu Bogu oddajem, szczęśliwa droga! - odpowiedziały obie, pochylając się w
ukłonie.
Mróz go na dworze owionął siarczysty, aż się skrzyły śniegi i migotały w
słońcu, a osędzielina pokrywała srebrnymi puchami drzewa, płoty i trzęsła się
niby cienkie włókna pierza na słomianych dachach. Druty telegraficzne
ciągnące się zaraz za Wawrzonowa chałupą, równolegle z linią drogi żelaznej,
wyglądały jakby skręcone z grubych kłaków bawełny i brzęczały przytłumionym,
rozlazłym jękiem.
Wszedł na plant i zaraz na przejeździe zastąpił mu drogę dróżnik.
- Może mnie pan zwolni na pasterkę? żona me zastąpi na przejeździe - prosił
pokornie.
- Dobrze.
- Prose pana, kropatwy dwie zabiły się o druty.
Płoszka je znalozł i przyniósł.
- Zanieście je do mnie i powiedzcie, żeby je Wawrzoł nowa powiesiła na
mrozie.
Poszedł plantem. Śnieg zaścielał białą powłoką i pola, i rowy, skarpy i
plant, tylko wyrzynały się z niego cztery błękitnawe, błyszczące się nici
szyn, biegnące prosto.
Drzewa i krzaki, rosnące ponad koleją, gięły się pod grubą warstwą śniegu.
Pustka była wokoło: z trzech stron zamykały horyzont mury lasów błękitnawych
szerokimi liniami, a z czwartej majaczyły z oddalenia wioski, jakby
przypłaszczone pod ciężarem śniegu. Cisza była ogromna w powietrzu. Wrony
tylko tłukły się po plancie za pożywieniem i zrywały się z krzykiem albo
czasami stadko kuropatw wznosiło się z ćwierkaniem i zapadało na kamionki
olbrzymie, porozrzucane po polach niby stogi. Szedł prędko, bo do stacji miał
pełne pięć wiorst. Mijał czerwone domki dróżników, gęsto stojące, dróżników
będących na służbie i wybiegał niecierpliwie oczyma naprzód. Pociągi towarowe
przebiegały obok niego tak cicho, jakby nie dotykały szyn, tylko płynęły w
powietrzu, rozsnuwając za sobą długi, skłębiony i zaróżowiony obłok dymów,
wiszących niby chmura w powietrzu spokojnym.
Przyszedł na stację zmęczony, ale do osobowego miał jeszcze godzinę czasu.
W kancelarii zawiadowcy zastał tylko dyżurnego przy aparacie telegraficznym.
- Co, sam pan jesteś? - zapytał po przywitaniu.
- Pojechali wszyscy na opłatek do Witkowskiego; na osobowy wrócą.
- A! na opłatek... - szepnął siadając na szezlągu.
Siedział milcząc, ale po długiej chwili zapytał się w duchu: - Właściwie,
dokąd ja pojadę na święta? dokąd?
Przed miesiącem prosił go jeden z kolegów do siebie na święta; miał jeszcze
napisać, ale nie napisał. A on tak rię szykował, tak sobie obiecywał po
ludzku tam je spędzić - i nie uważał, że ten kolega nie ponowił zaproszenia
listownie, tylko się postarał o urlop i teraz miał jechać - ale poczuł jakieś
wahanie, niepewność i rodzaj wstydu go przejął.
- Dlaczego on nie napisał? - myślał z coraz większą przykrością. - Może nie
chce....
- Prose pana! Starse państwo z paninkamy przyjechały, niech pon idą.
- Panie Stanisławie, zastąpcie mnie przy aparacie na chwilę; skoczę do domu,
przywitam się, podzielimy się opłatkiem i za chwilę będę z powrotem - prosił
telegrafista.
- Dobrze - i zaraz usiadł przy aparacie. - Dobrze, ale dokąd ja pojadę na
święta? do kogo? - szeptał do siebie i zwolna jakiś tępy ból osamotnienia
przesączał się do duszy. - Dokąd ja pojadę na święta? - i leciał myślą w
świat, ale nie było takiego punktu, gdzieby się mógł za czepić, nie było
takiego miejsca, gdzieby mógł pojechać, nie było takich dusz, które by go
oczekiwały. Nic, pustka zupełna.
Aparat zaczął gwałtownie przywoływać. Dał znak, że jest, wyciągał papierową
wstęgę i czytał: - "Serdeczne życzenia wszystkim z Bolimowa".
- Może Józiek prosił mnie tylko, ot, tak sobie, przez grzeczność... - myślał.
"Bagaż, przybory do choinek Nr 1247, przywieziono Nr 112. Zatrzymać i
odesłać" - wołał znowu aparat. Stanisław czytał, zapisywał, odpowiadał, ale
czuł w mózgu coraz boleśniej, że nie ma dokąd jechać - i myślał z goryczą, że
wszyscy się jednoczą dzisiaj, że tyle serc czerpie szczęście w tym dniu z
ognisk rodzinnych, tylko on jeden jest sam, zupełnie sam, poaa obrębem
radości i wesela tego dnia uroczystego.
"Co jest wagonów osobowych, przyłączyć do pociągu Nr 7" - krzyczał znowu
telegraf.
- Dopiero tam tłok! Na święta jadą wszyscy - myślał z jakąś cichą zazdrością,
ale znowu aparat stukać zaczął: - "Mamusiu! koni moc, przyjeżdżamy
popołudniowym całą bandą. Hela, ciasta, sprawunki z nami. - Władek".
Przepisał ten telegram i zaraz go przez umyślnego wysłał... Cicho się zrobiło
w kancelarii, tylko zegar cykał monotonne: tik, tak! tik, tak!
- Mamusiu, mamusiu! - powtarzał z pewną lubością Stanisław, a w duszy jakby
mu się naprężała struna jakiegoś żalu i drgała słabo, ale boleśnie...
Wpadł telegrafista, twarz miał rozpromienioną radością, opowiadał mu prędko o
swoich i zabrał się do roboty. Kubicki usiadł znowu na szezlągu i milczał.
- Osobowy wyszedł - rzucił telegrafista.
Kubicki ostemplował sobie w kasie bilety i poszedł na peron.
Pociąg przyszedł i cichą stację zalał gwar, bo masy ludzi wysiadały i drugie
tyle czekało na peronie. Kubicki przyglądał się gorącym przywitaniem,
pocałunkom, słuchał radosnych okrzyków i zaciął mocniej jeszcze usta, i
wszedł do pociągu. Pociąg był literalnie zapchany.
Przechodził wagony, ale wszędzie był tłok nie do opisania. Wszędzie pełno
było kobiet, dzieci, tobołów, paczek, twarzy uśmiechniętych, postaci
wyświątecznionych i gwaru. Wszyscy rozmawiali i ze wszystkich oczu biła
radość, i wszystkie usta śmiały się w oczekiwaniu.
Zatrzymał się na balkonie ostatniego wagonu i kiedy już pociąg ruszał,
zeskoczył i nie pojechał.
- A niech to pioruny!