reptar
05.11.02, 09:04
1.
"Najlepsza z książek, które przeczytałem w zeszłym roku. Jonathan Carroll"
- tak właśnie wydawca napisał na pierwszej stronie okładki "Pocałunków na
Manhattanie" Davida Schicklera. Trudno ocenić, ile realnej zachęty jest w
takim przytoczeniu. W końcu nic nie wiemy o stawce, w jakiej Pocałunki
zdobyły ten wątpliwie zaszczytny tytuł najlepszej z książek, które JC
przeczytał w zeszłym roku. Może JC w ogóle niewiele czytał w zeszłym roku, bo
na przykład w zeszłym roku JC tylko pisał kolejnego gniota?
Abstrahując od samych pocałunków na Manhattanie, chciałbym pociągnąć dyskusję
w kierunku sztuki kuszenia przez podstawienie.
2.
Sam padłem ofiarą takiej manipulacji, choć może "ofiara" nie jest tu dobrym
słowem. Byłem w pełni świadomy, co w recenzji książki może oznaczać taki oto
reklamiarski bełkot: "Wyobraźcie sobie Kurta Vonneguta jr. grającego rocka na
4/4, a otrzymacie właśnie tę książkę" (Bradley Denton - "Buddy Holly żyje i
pozdrawia z Ganimedesa"). Byłem jednakowoż ciekawy, jak dalece można posunąć
się w kłamstwie, żeby coś sprzedać. Merkantylizacja to fascynujące zjawisko.
Choć nie ukrywam, że mimo wiary we własny dystans do spraw, liczyłem po cichu
na to, że książka coś z ducha KV będzie jednak w sobie miała.
Nie miała.
3.
Czasem jeden atlant, choćby z pozoru poważny, wydaje się być zbyt słabą
gwarancją dla wydawcy asekuratora. Montując rusztowanie dla Lisy Jewell ów
pamięta, że co dwie głowy, to nie jedna, a atlantowi dorzuca kariatydę (lub
kariatydzie atlanta, żeby nie było, że jestem seksistą):
O książkach Lisy Jewell mówi się, że stanowią doskonałe połączenie pisarstwa
Helen Fielding i Nicka Hornby’ego, i są dobrze odbierane zarówno przez
kobiety, jak i mężczyzn. (Lisa Jewell - "Trzydziestka na karku").
4.
A czasem i dwa podpieradła to za mało.
Od Carrolla podpierającego zacząłem ten wątek, więc tutaj Carroll podparty
będzie stanowił znakomitą klamrę kompozycyjną. Oto na jego... samej "Krainie
Chichów" (tak!) możemy znaleźć misterny wabik, sam w sobie będący arcydziełem
tego osobnego, znamiennego mikrogatunku:
"Czułem się tak, jakbym czytał Buszującego w zbożu, który wyszedł spod pióra
C.S. Lewisa. Stephen King".
A może spotkaliście się kiedyś z jeszcze bardziej rozbudowaną sekwencją
znanych nazwisk i dzieł zaprzęgniętych w kierat doraźnej promocji?
5.
Czy zwracacie uwagę na takie wydawnicze podchody? Czy to na Was działa?
Co o tym sądzicie?