jolea
16.01.09, 08:19
Jabłkowity został z a p r o s z o n y. Osobiście. Do obejrzenia,
wysłuchania, oszcowania, powąchania... Tak to czuł. W górę wywiozła
go winda oszklona, przeniknięta słońcem na wskroś, razem z
Jabłkowitym i jego duszą, której aktualnego umiejscowienia sam nie
był pewien. Potem szedł korytarzem, długim, dudniącym, i tak szedł,
że jakby się chwilami cofał. Widział siebie w tej doniosłej chwili
całkiem od zewnątrz,i niby on to był, niby kto inny, gdyż
donioślejszy znacznie, zasługą chwili onej, wiekopomnej. Przed
drzwiami wziął głęboki oddech, na wypadek, gdyby miało go zatchnąć,
zanim nabierze w płuca powietrza. Nie zatchnęło. Nie, nie tak.
Wstrząs, owszem, był. Ale innego rodzaju. Zamiast spodziewanych
salonów Jabłkowity znalazł się posród nadspodziewanego bajzlu:
bezładnych stosów książek pachnących jeszcze drukarską farbą,
luźnych papierzysk, maskotek, kapci na zmianę, suchych bukietów,
świętych obrazków, plastikowych butelek oraz jednej puszki po
konserwie rybnej, z powodzeniem konkurujacej z zapachem świeżego
druku. Za Wielkim Stołem siedziało gremium. Żeńskie. A właściwie...
ge-ren-to-mium. Wysunęło zza Stołu swój trójgłowy kadłub i
zlustrowało gościa wnikliwie, z wpisaną w zawód chłodną ironią, aby
sobie czasem czego nie pomyślał... Gremium skojarzyło się
Jabłkowitemu jednoznacznie, aczkolwiek literacko. Tak bardzo
literacko, iż nie nadawało się nawet do bezdźwięcznego wyszeptania.
- Bardzo nam miło, panie Jabłkowity - zafalowała Środkowa mocno
pofalowaną szyją i podała mu do ucałowania adekwatną dłoń.
- Miło nam pana poznać - dorzuciła Lewa.
- Oraz podjąć - uzupełniła Prawa głosem nieswoim, gdyż męskim.
- Ja jestem tutaj Prezesem, Semiramida Grzyb - dookreśliła się
Środkowa. - To jest nasza redaktor - wskazała w stronę Lewej, a to -
dźgnęła Prawą wskazującym palcem, jakby z pewną pretensją - jest
Tadek. Proszę spocząć.
Jabłkowity spoczął, a jakże. Zapadł się aż po sutki w wielkim fotelu
ze skóry sztucznego zwierzęcia i zastygł.
- Pan się napije? - zapytała po męsku Tadek.
- Wody? - uściślił Jabłkowity, omiatając wzrokiem do połowy
opróżnioną butelkę Muszynianki.
- Wody.
- A... to nie - podziękował Jabłokiwty.
- Wobec tego przejdźmy do rzeczy - ucieszyła się Prezes. - Otóż, co
nam pan tu przysłał? No? My oczywiście wiemy, gdyż czytaliśmy.
- Wnikliwie - dorzuciła Lewa Nieprzedstawiona Z Nazwiska.
- I dogłębnie - poparła ją Tadek.
- Wydamy, a jakże, wydamy - zamruczała lubieżnie Prezes. - Pan
trochę poprawi...
- Ja też... troche poprawię - Nieprzedstawiona Z Nazwiska spuściła
skromnie oczy.
- A potem Tadek trochę poprawi - Prezes protekcjonalnie posmyrała go
tipsem pod brodą. - I będzie gites