ursyda
30.11.10, 15:11
Pośpiech. Trzeba jechać po opony. Koleżanka co miała być o ósmej przyjezdza koło 10. Wsiadam zmarznięta do auta i jedziemy na drugi koniec miasta. 1,5 godziny jesteśmy na miejscu- normalnie to połowa drogi do Warszawy. Kolezanka w drodze namawia mnie żeby zmienic opony u jej znajomego- duży serwis - 65 zł z wyważeniem- stoi. Pędzimy tam z oponami, zostawiamy je i wracamy z powrotem do mnie po moje auto. E. odjeżdża a ja próbuję oczyścić auto, stało dwa dni pod domem i to białe gó... zasypało je dokumentnie. Plus taki, że po zwaleniu ton śniegu okazuje się, ze czysciłam jednak mój samochód. Ok teraz muszę wyjechać - przód, tył ku... przód, tył i xuj. Nie wyjadę. Zero ludzi na około więc nie mam kogo zabić i podsunąć pod koła. Dobra to jeszcze raz, gibam się gibam i nic. O! Człowiek! Właśnie się zatrzymał i leje w ten mróz na pobliskie drzewo. Mam to centralnie w dupie i dodaję gazu żeby widział że mam kłopoty. Pomimo, że jest kompletnie pijany nie ignoruje mnie i wali się pod auto wyciągając śnieg spod kół. Daje profesjonalny instruktaż w ktorą stronę mam kręcić i mnie wypycha. Przez otwarte okno krzyczę podziękowania bo boję się zatrzymać i jadę. Serce wali mi młotem bo jestem na letnich oponach a stojąc pod bankiem i czekając na kolezankę widziałam co się dzieje. Jadę i uświadamiam sobie, że torebka z dokumentami została w domu, nerwowo sprawdzam czy chociaż mam kartę mam, bo brałam gotówkę z bankomatu na opony. Telefon!!! Mam. Uff. Prawie rozladowany,to nic mam ładowarkę w aucie. Nie działa. Dlaczego kurde nie działa skoro jeszcze niedawno działała?! Rozładowany telefon urasta w mojej głowie do problemu głodu w Afryce. Dziecko. Dziecko może dzwonić a nie ma kluczy a ja mogę nie zdążyć, albo się zakopie i nie będe miała jak zadzownić. Chora wyobraźnia podsuwa mi jeszcze z 3 czarne scenariusze ale udaje mi się dojechać do serwisu. Z flakiem.Po drodze złapałam gumę. No coś huknęło w pewnym momencie ale zignorowałam zajęta co się może stać. Niech sobie będzie flak i tak zmieniam, nie? Ile to potrawa? Sama zmiana z godzinę a jeszcze na razie nie ma miejsca. Decyduję się wracać do domu i nie czekać na miejscu no bo muszę telefon podładować bo się dzieciak do mnie nie dodzwoni. Jestem głodna i chce mi się palić. Obliczam, że mam jakieś 15 min piechotą i jakąś godzinę taxą. Decyduję się iść piechotą. Wymysliłam zajebisty skrót w zwiazku z czym wpieprzyłam się w metrową zaspę w dodatku koło jezdni. Próbując z niej wyleźć zauważam zwalniające auto - to tatuś mojego jednego z byłych. Ja w tym pier..lym śniegu i głupawym kapturze bez makijażu i z mokrymi nogawkami jeansów. Tatuś macha rąsią a ja oczyma mojej wyboraźni widzę go jak wykręca nr do byłego (12 lat temu) i mu mówi, " wiesz Maciuś? Óla to źle wygląda... no ale sama sobie wybrała"... Po 15 min wbiegam po schodach w bloku - jestem w połowie drogi jak mi się zapala żarówka. Klucze. KLUCZE!!! Klucze od domu są przy kluczach od auta. Auto w serwisie. Zapasowe w torebce. Torebka w domu. Morduję w myslach połowę ludzkości i zawracam. Jestem głodna i coraz bardziej chce mi się palić. Muszę coś zjesć, coś niezdrowego. Kebab, koło przystanku jest kebab. Zamawiam, czekam i próbuję przywrócić krążenie w rękach i nogach. Pani stanowczo za szybko zrobiła mi ten kebab bo rąk jeszcze nie czuję w zwiazku z czym kurczak z sosem pikantym i czosnkowym ląduje mi na kurtce i szaliku. Morduję panią od kebabów, Turków z ktorymi mi się kojarzą oraz siebie za to, ze chciałam jasna kurtkę. Sms. "Mamo, dostałam piłko w oko i julka się śmiała". Boże! Co robić! Jechać! Ratować dziecko!!! Potem przytomnieję, dochodzi do mnie. że to chodzi o piłkę a nie dzidę w oku i jedyne na co mnie stać to na odpisanie słowa: "piłką" modląc się by jeszcze bateria trochę wytrzymała. Utwierdzając się w przekonaniu, że jestem wyrodną matką wyruszam do serwisu a tam pan mówi,że nie jest dobrze. Co kurde nie jest dobrze? Ja tylko opony chciałam zmienić! Że felgi wygięte. To wyprostujcie. My nie prostujemy. To kto prostuje? W Księżynie jest prostowanie felg. Księzyno to w tych warunkach to jak Kraków dla mnie. Jutro, jutro, jutro. Dziś pojadę na krzywych. Ile? 108 zł. Miało być 65 zł. No ale ciężarki... Nawet już nie mam ochoty mordować, chcę do domu. Papierosa. Królewstwo za papierosa. Automat do kawy. Boże jak cudnie mam dychę w kieszeni. Mogę rozmienić? Oj akurat nie mam bilonu. A pan? Nie. Może pan? No niestety ale mam złotówkę to pani kupię. Nie, dziękuję. Pan jest uparty i kupuje mi kawę. Wsiadam do auta i już widzę jak pruję do domu. Gówno. Auto nie chce odpalić. Znów ten cholerny akumulator. Trzech mechaników chyba już się mnie boi. Dziwnie na mnie patrzą. Przychodzi szef i nieśmiało mówi, ze ależ oczywiście, że niech zostanie, ze oni podładują, że sobie o 21. 00 odbiorę. O 21.00. Jakie mnie kurde szczęście spotkało. Chyba mam obłęd w oczach bo szefo chce mi dać zastępcze auto (nie musi bo to serwis fiata a ja inną marką) dzwoni pyta czy mają. Mają. Na letnich oponach. Mój śmiech przypomina szloch. Ok, nie biorę zastępczego, płacę i wychodzę. Po pięciu min wracam. Odpinam klucze domowe od kluczyków samochodowych i idę w stronę domu. Telefon. Dziecko. Mamo przejechałam przystanek, nie denerwuj się już wracam. Dziecko gdzie jesteś! Mamo nie denerwuj się tylko przystanek przejechałam, wiem gdzie jestem. Pojęcia nie mam gdzie jest ten następny przystanek i nie wiem gdzie jest mój dzieciak. Koło babci. Ok, idz do babci. Nie! nie idz bo ja i tak nie mam czym przyjechać, przejdz przez ulicę i wracaj do domu. Telefon pada a ja już widzę, jak moje dziecko błądzi po mieście i pęta się autobusami i nie może się ze mną skontaktować. Prawie biegnę do domu przypominając sobie, ze muszę kupić ryż, mijam kolejne sklepy i decyduję się na ostatni przed moim domem. Żabka. Bo tam nigdy nie ma kolejki. Chwytam za klamkę. Zamknięte. Napis "zaraz wracam". Pierdolę cię Żabko - to miałam tylko pomyslec ale chyba powiedziałam to głośno bo koleś obok wydał dźwięk jakby udławił się gorącym kartoflem. Idę do domu. Dziecko z wyrzutem w oczach już czeka.
Jest 15.00 policzki palą mnie żywym ogniem a ja się boję reszty dnia. Postanowiłam pod zadnym pozorem dziś nie wychodzić.
A teraz w końcu piję kawę i pożarłam paczkę sezamków. Zapliłam. Melisy nie mam a szkoda, przydałaby się.
Dziękuję za uwagę tym, ktorzy dotrwali do końca bo to jest najdłuższy post w moim forumowym życiu.