wuzetka1
05.05.04, 17:26
Przeczytalam watek "Ludzie kultury supermarketow" i nasunelo mi sie kilka
spostrzezen.
Zawsze znajda sie ludzie o odmiennym niz nasz guscie, zainteresowaniach,
potrzebach i upodobaniach. Moga nas draznic, dzialac nam na nerwy, ale czy
uprawnia to nas do okreslenia ich mianem bydla? Czy sluszne jest ubolewanie,
ze "bydlo" rozprzestrzenia sie wszedzie i wyrazanie zyczen, aby ograniczylo
sie do bywania we wspomnianych centrach handlowych?
Moze raczej jesli kogos ludzie draznia do tego stopnia, ze az czuje potrzebe
wylewania swych frustracji na forum, sam powinien przestac bywac w miejscach,
w ktorych jet narazony na takie przykrosci jak jarmarcznie ubrani ludzie czy
krzyczace dzieci.
Wreszcie czy dwa fakultety i praca na uczelni sprawiaja automatycznie, ze
jestesmy kims lepszym i mamy prawo z gory patrzec na caly ten "motloch"? Moim
zdaiem zarowno wsrod ludzi z wyzszym wyksztalceniem jak i wsrod tych, ktorzy
poprzestali na zawodowce/liceum itp. mozna spotkac osoby wartosciowe i madre
zyciowe oraz tzw.buraki (vide autorka watku ludzie kultury supermarketow).
Ze wspomianego watku zalatuje mi probami dowartosciowania sie, poczuciem
wyzszosci oraz checia przeprowadzenia segregacji, a jak konczyly sie zwykle
takie zapedy i do jakich patologii prowadzily, nie trzeba chyba nikomu
przypominac. Wystarczy przesledzic sobie np. historie pierwszej polowy XX
wieku.