francesqa
19.05.11, 13:21
zostalam zdradzona. jesli mozna to tak nazwac. nie jestesmy w zwiazku, nic sobie nie obiecywalismy - nic - nie myslelismy o zakladaniu rodziny, dzieciach, nie planowalismy zycia na wieki wiekow razem... ale pisalam juz, bylo miedzy nami uczucie, spedzalismy ze soba mnostwo czasu.
wczoraj zostalam zdradzona. poszedl gdzies indziej... biorac pod uwage ze nie jestem glupia, poskladalam fakty, i wszytskiego sie domyslilam. oczywiscie wyparl sie... ale nie trawalo to dlugo bo moje argumenty mialy sens. przyznal sie, powiedzial ze zaluje, ze nie wie czemu, ze pijany... (za pijany zeby do czegos doszlo)... ale jednak poszedl.
zastanawiam sie czy jestem masochostka. nie chcialam tego skonczyc. nie chcialam kazac mu sie wynosic i wiecej nie pokazywac. wole zapomniec. mimo ze boli mnie jak cholera, mimo ze przykro mi i jak tylko o tym pomysle, same mi lzy leca. znam ta laske, wiem ze za 2 miesiace wychodzi za maz... swietna bedzie zona. pogratulowac... :( dzis ja widzialam, mialam ochote rozjechac jej wielka dupe samochodem.
ale...zmierzam do tego, ze... nie rozstalismy sie. wiem ze napiszecie - nie jestescie w zwiazku, wiec czego ty chcesz, mozecie robic co chcecie!. tak. zgadza sie.
postawilam sprawe na ostrzu noza. albo woz albo przewoz. albo jestesmy razem, oficjalnie, staramy sie, nie zdradzamy, szanujemy. albo zegnamy.... zegnamy siebie, plany na wakacje, podroze, miliony wspomnien z porzeednich podrozy, nieprzespane, przegadane noce, filmy o niczym, ktore znamy na pamiec...
jestesmy razem. oficjalnie. ale... nie wierze ze to przetrwa. on tego nie chce. mysle ze zgodzil sie zeby mnie nie stracic calkiem.... zgodzil sie bo przeplakalam pol dnia, pytajac co ja zlego mu zrobilam, ze tak mnie potraktowal... szkoda mu mnie. wiem o tym.
jestem masochostka....
sama sobie to robie.
ale...chyba w jakism sensie go kocham. :(
dziekuje, wygadalam sie.