twojabogini
19.10.11, 17:53
Od cholery widzę dyskusji o tym jak to komu źle i niedobrze w małżeństwie. Sama ostatnio przeszłam kryzys małżeński - zmienił się nam układ zawodowy i nagle z mojego normalnego i współpracującego męża wyszedł jakiś patriarchalny troglodyta. Uprzedzając głupie komentarze - pracuję, tylko, że w domu i w czasie jaki sama sobie ustalę, zarabiam porównywalnie, niekiedy więcej.
Z początku nawet dałam się wrobić w nierówny podział itp., ale bardzo szybko okazało się, że jeszcze moment i z partnerki stanę się darmową służącą. A do tego nie lubię, kiedy robię się zrzęda, a kto by nie zrzędził nie mając czasu dla siebie (upić się, wyskoczyć gdzieś, poczytać itp.). próby rozmów ustalania planów itp. jak to można przewidzieć do sytuacji wnosiły kompletne zero - nic, nic.
Postanowiłam dać sobie spokój z małżeństwem. Oczywiście nie chodzi o rozwód, tylko o chwilowe olanie wszystkich kwestii. Żyję sobie sama, robię to, co sobie zaplanuję, jeśli napotykam opór, to wywalczam sobie swoje, nawet poprzez awanturę i tyle. W domu robię połowę, a drugą zostawiam. Powstały w ten sposób bajzel ignoruję.
Spadło mi ciśnienie. W małżeństwie oczywiście wieje chłodem i atmosfera jest raczej wroga. Ale przynajmniej nie dałam się stłamsić, zredukować do roli opiekunki do dzieci i darmowej służby domowej. Nie zamierzam poświęcić się, żeby było "dobrze".
Nie wiem jak historia się skończy. Mam nadzieje że ok. Mój mąż, dopóki mu nie odbiło był całkiem fajny.