kochanic.a.francuza
26.10.11, 16:17
Pomagamy sobie ze znajoma. Ona uczy moje dziecko matmy, a ja jej dziecko anglika.
Moj mlody cienki z matmy ale nadrabia innymi przedmiotami i marzy o najlepszym liceum w okolicy, o czym znajoma wie. I wczoraj powiedziala mi, ze warto go wyslac do innego prywatnego liceum (niezbyt wysoko notowanego), w ktorym mialby okazje blyszczec swoimi zdolnosciami jezykowymi i bylby najlepszy. Nawet sama go zagadala, czy woli byc noga w renomowanym liceum, czy gwiazda w tym "mniej renomowanym". Chlopak powiedzia, ze woli towarzystwo najlepszych, nie przeszkadza mu byc nawet na dnie.
Czuje, ze gada tak specjalnie, chce nam dopiec, czegos zazdrosci. Moj mlody ma jeszcze sporo czasu do egzaminow, liczy sie ogolna punktacja. Obliczylam, ze matme pieknie nadrobi trzema innymi przedmiotami+wyniki z matmy tez ida do gory dzieki systematycznej pracy. Zreszta chce go nauczyc walki do konca, a nie poddawania sie "bo jestem kiepski z matmy".
Jak myslicie, czy ona tak z dobrego serca czy chce nam dowalic? Ja bym tak przynajmniej nie powiedzial jej synowi, ze nie nie wazne, ze ma beznadziejna wymowe, wystarczy, ze jakos tam wybaka, to co chce, na tych seminariach dla naukowcow-sztywniakow. Niw wazne, ze ma slaba pamiec i zla wymowe, wazne, ze nad soba pracuje.
Pani ma taki sam stopien naukowy co ja, jesli to ma cos do rzeczy. Jest corka naukowca, ja "prywaciarzy" PRL-wskich.
Maz stwierdzil, ze to zazdrosc z powodu wlasnej "pie...watosci" i patrzenie z gory na wszystko, co nie pracuje na uczelni. Ale wole miec szersze spektrum opinii.
Co o tym myslicie?