fieldsofgold
06.11.11, 10:10
watek rozrywkowo-filozoficzny. nie mam wielkiego doswiadczenia w zrywaniu i nie cierpie tego robic, wlasciwie zupelnie nie umiem i najczesciej mecze sie tak dlugo, az ta smutna powinnosc spadnie na druga osobe.
no ale dwa razy w zyciu mi sie zdarzylo. zadzwonilam, poprosilam o spotkanie, potem face to face wylozylam kawe na lawe. do glowy by mi nie przyszlo by okazac taki brak szacunku dla drugiej osoby jak zerwanie smsem czy mailem. co wiecej obiecalam, ze jak pan "porzucony" bedzie mial problem i chcial pogadac, wyjasnic, to jestem do dyspozycji. jak ktos zrywa to na ogol chce sie juz odciac od delikwenta, ale delikwent zazwyczaj ma wowczas klebowisko mysli i uczuc, uznaje wiec za swoj psi obowiazek jako osoby rzucajacej udzielac wszelkich wyjasnien w razie potrzeby.
i teraz do sedna. ze mna zerwano rowniez razy dwa. nie jakies tam kilkurandkowe znajomosci, ale dwa powazne wielomiesieczne/letnie zwiazki. w obu przypadkach przez sms. pomijam gorycz bycia porzuconym. trzeba przelknac bo wiadomo, ze nikogo sie nie zmusi. ale to forma mnie dobila. oznacza to dla mnie brak szacunku, tchorzostwo i chec latwego pozbycia sie natretnej muchy. zerwanie smsem nie daje mozliwosci na udzielenie wyjasnien, ktorych osoba porzucana potrzebuje jak powietrza. i dobitnie pokazuje: tak malo dla mnie znaczyles/as, ze nie zaslugujesz nawet na rozmowe.
tak sobie mysle. zgadzacie sie czy macie inne zdanie/perspektywe?