kropidlo5
18.07.12, 12:39
Dawno mnie nie bylo, wiec czas na kolejny dylemat rodzinny;)
Ostatnio, a wlasciwie od jakiegos czsu, myslalem o tym i gadalem nawet z siostra i nie moge tego ogarnac na wszystkich polach. Otoz zacznijmy od tego, ze moja matka przez lata wychowania a takze dzis zdecydowanie premiuje moja siostre a mnie stawia w pozycji 'gorszego'. Na dzien dzisiejszy nawet przy byle okazji podkresla, jaka ona dobra a ja zly. Moja siostra sama tez przyznala, ze widzi, ze istnieje ten problem.
Do rzeczy, matka przytka mnie i wciaga w te debaty siostre, w rozmaitych porownaniach (jak na przyklad w ostatniej klotni, ni z gruszki ni z pietruszki stwierdzila ' rodzice to powinni dawac corkom co najmniej trzy razy wiecej niz synom i pomagac, syn to sobie powinien sam poradzic' i tego typu wymysly, powolujac sie na dodatek na rzekome slowa jakiejs ciotki, ktora powiedziala, ze mojej siostrze to powinni 'wiele wiecej pomoc niz mnie', na 9% jestem pewien ze matka to zmyslila.
Ja skomentowalem najpierw, ze ta zasada nigdzie nie istnieje tylko w umyslach niektorych osob, a w ogole w patriarchalnych spoleczenstwach to syn(owie) z reguly byli i sa dziedzicami wiekszosci majatku/ nastapcami tronu itp. Ale to oczywiscie pole nauki i wiedzy, obce mojej matce z zalozenia, bo ona wie lepiej, wiec w koncu dodalem, ' no tak czy owak, i tak wlasnie zrobiliscie, pomogliscie corce wiecej' i zaraz burza, ze jak to, ze dostalismy tyle samo i ze powinni jej pomoc wiecej ale dali jej tyle co mnie- co jak mowilem, jest klamstwem, ale mniejsza ao to.
Glówny problem: moja siostra strasznei sie burzy i denerwuje, gdy te dyskusje sie odbywaja i gdy ja 'kontruje' argumenty rodzicow. Ma troche racji, i ja sam to podkreslam, ze to nie jej wina, ze dostala wiecej od rodzicow czy byla/jest lepiej traktowana, ale to odpowiedzialnosc rodzicow (glowni matki, bo ojciec to jest sam 'ponizej' wlasnej corki w hierarchii domowej). Zarazem, jesli ja ciagle slysze, ze mialem 'w nieuprawniony sposob tyle samo poparte klamstwami,' to nie moge tego nie komentowac i nie przywolywac faktow.
Taki potrzask psychologiczno- dyskusyjny. W relacji mojej i siostry powstal taki temat taboo- tego wlasnie faworyzowania jej w przeszlosci. Z jednej strony ja rozumiem, bo jest bezsilna, bo nie ona byla sprawca tego faworyzowania, z drugiej nieco mnie denerwuje, bo sie strasznie puszy na samo wspomnienie tego faktu- w koncu prawdy historycznej, ktora sama uznala.
OCzywiscie, pomijam kwestie ciaglego debatowania tej sprawy- i ja tego tematu nie wywoluje i nie poruszam, tylko matka (tak jak w ostatnium, ww przykladzie) natomiast wymaganie mojej siostry jest takie, ze wobec ustawicznych i ciaglych komantarzy i czynow faworyzujacych ja ja mam milczec, bo 'to nie moja sprawa tylko jej i rodzicow'. To i historia i trwa, bo ona np dostaje pomoc finansowa i rzeczowa czesto, w przeciwienstwie do mnie, ale jak mowie, juz nawet z tym poczuciem, ze jestem gorzej traktowany moge sie pogodzic- ja wiem swoje, i po prostu akceptuje rzeczywistosc- ale co mnie irytuje, to ciagle klamstwa pokrywajace to (zapewne tworzone, by zaciemnic istote problemu i fakt niesprawiedliwosci).
Troche dlugie, ale dawno mie nie bylo haha. Tak czy owak- pomozcie mi zrozumiec postawe siostry, bo jak mowie, czesciowo ja rozumiem, a czesciowo mnie denerwuje. Mam wrazenie, ze ona troche gra na dwa fronty- tu z rodzicami dobrze zyc i brac co daja, a tu ze mna tez dobrze zyc i przyznac mi racje, ale unikac konfrontacji faktow. Tylko nie wiem, czemu ona boi sie tej konfrontacji, tzn wiem, albo inaczej domyslam sie, ale domysly moje sa nieco cyniczne, wiec pytam o opinie.
Dzieki.