Dodaj do ulubionych

no to mam problem...

29.11.12, 11:39
Wieczór zapowiadał się spokojnie. Panowie oglądali film, zajrzałam na forum, wylogowałam się. Zadzwonił telefon, wyszłam do drugiego pokoju. Musiałam skończyć rozmowę, bo dobiegły mnie krzyki i przekleństwa. Krzyczał mój mąż, dzieci były przestraszone. Uspokoiłam i rozładowałam sytuację. Stwierdziłam, że sama choć nad sobą panuję, to jestem zdenerwowana, więc nie ma sensu rozmawiać, i że dogłębniej zajmę się sprawą jutro - czyli dzisiaj.
Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby mój mąż wybuchł w taki sposób - bardzo agresywnie, z głośnym krzykiem, przekleństwami (on nie przeklina nawet na codzień, to raczej mi się czasem coś urywa, no co on zawsze zwraca uwagę, nie lubi tego). Poszło o jakieś głupoty, szkoda czasu żeby to opisywać. Po wszystkim on zachowywał się jakby nigdy nic - jakby taki wybuch był czymś normalnym. Dzieci uspokajały się znacznie dłużej.
Od jakiegoś czasu z moim mężem dzieje się coś złego. Wycofał się z odpowiedzialności, z obowiązków domowych, coraz więcej zrzucając na mnie. Były z tego powodu konflikty - ale na poziomie rozmów, a nie wrzasków, wyładowywania swojej frustracji na dzieciach itp. Atmosfera w domu była normalna. Aż do wczoraj.
Owszem, od paru dni był nerwowy, niesympatyczny, było widać, że coś go gryzie, że czasem aż gotuje się w środku. Starłam się nie dokładać mu, unikać sytuacji konfliktu, odciążyć, tak żeby po pracy mógł pobyć sam, odpocząć. Sama czasem mam zły okres, rozumiem, że czasem człowiek potrzebuje spokoju, wyciszenia. Próbowałam mu zwrócić uwagę na to, co się z nim dzieje, porozmawiać - bez efektu. Aż wybuchł - w najmniej oczekiwanym momencie, z powodu jakiejś dupereli.
Nie ma we mnie zgody na takie zachowania. Nie zgadzam się na to, aby dzieci były obiektami agresji ze strony ojca, przekleństw, wrzasków. Nie wiem, co dzieje się z tym człowiekiem. Mam zamiar poprosić go po jego powrocie z pracy o to, żeby się wyprowadził na jakiś czas i ułożył sam ze sobą. Jeśli wybuchł w ten sposób raz, może wybuchnąć i kolejne razy. Jedynym sposobem jak sądzę jest przerwać coś takiego, zanim się rozkręci.
Mam jeszcze parę godzin na zastanowienie. Czy propozycja czasowej wyprowadzki to dobry pomysł? Czy informować wtedy nasze rodziny - jego i moich rodziców (zostając sama z dziećmi, nawet na krótki czas, będę potrzebowała ich pomocy)?
Ja widzę to tak - cokolwiek dzieje się z moim mężem, nie jest to nic dobrego. Nie jestem psychologiem, psychoanalitykiem ani nikim takim. Cokolwiek się z nim dzieje musi sam sobie z tym poradzić (albo jeśli go to przerasta, przy pomocy specjalistów), jest dorosłym człowiekiem. Nie ma prawa kumulować swoich problemów i rozładowywać ich na dzieciach. Dlatego sądzę, że czasowa izolacja może mu pomóc, a z drugiej strony - ochronić dzieci przed ewentualnymi dalszymi wybuchami.
Obserwuj wątek
    • jopowa Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:40
      musisz sie zastanowic
    • berta-death Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:45
      Zaciągnij go do jakiegoś lekarza albo chociaż psychologa. Tobie może nie powie wszystkiego a przed obcym łatwiej będzie mu się otworzyć. Najwyraźniej ma jakiś problem, który go przerasta.
      • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:52
        moze zanim do psychologa to powinni sami porozmawiac????????????????????
    • six_a Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:48
      >Dlatego sądzę, że czasowa izolacja może mu pomóc,

      a znalazłaś już placówkę?
      • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:51
        six_a napisała:

        > >Dlatego sądzę, że czasowa izolacja może mu pomóc,
        >
        > a znalazłaś już placówkę?


        ma jeszcze kilka godzin, zdąży ;)
        • six_a Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:02
          najważniejsze, że już to wszystko przedyskutowała sama ze sobą, przepracowała, stworzyła plan ochrony rodziny przed agresorem, i wie jak temu zaradzić.

          dżizas, życie z kimś takim to musi być fajowa górska kolejka.
          • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:13
            i czujesz, ten chlop, który raz nie wytrzymał napięcia przyjdzie po pracy do domu, siadzie na kanapie a małzonka z miną nizzwykle powazna oznajmi mu ze: on musi sie wyprowadzic, na jego miejsce przyjedzie mamusia ktora zajmie sie dziecmi, a on musi sobie przemyslec swoje zachowanie i przez tydzien ma szlaban na telewizor...
            wspolczuje facetowi bez wzgledu na jego winy ktore ma :)
            • six_a Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:18
              ojtam, ubierze się ten siurpryz jak choinkę i będzie, że to dla jego dobra ten ciechocinek czy gdzie tam się jeździ dla okiełznania nerw;)
              • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:20
                chyba Lubliniec ;)
                • princessjobaggy Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:40
                  > chyba Lubliniec ;)

                  Siksa nie z Czestochowy i okolic, wiec moze nie zalapac. Tworki juz bardziej.
                  • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:49
                    no chcialam napisac Tworki ale nie moglam sobie przypomniec, a ze dziewczyna mojego kumpla byla z Lublińca i opowiadala o tym osrodku to pamietałam :D
            • g.r.a.f.z.e.r.o Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:26

              > wspolczuje facetowi bez wzgledu na jego winy ktore ma :)

              Dokładnie. Głównie wyjątkowego zaskoczenia i zawodu.
              Bo zaskoczony takim oświadczeniem mąż może zachować sie zgoła nieprzewidywalnie.
              I dalsze postępowanie dokładnie przemyśli, a jego myśli powędrują w inny kierunek niż się autorka spodziewa.
    • soulshuntr Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:48
      Spytam tak, kiedy ostatnim razem byl u was goracy namietny seks?
      • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:51
        seks i seks, no pewnie to jest przyczynek do nerwowości, ale nie powód agresji. powodem moze byc posiadanie kochanki, ktora spelnia obowiazki małzeńskie zamiast zony.
        ale tego sie autorka nie dowie jak z mezem nie pogada najpierw czemu sie złosci.
        moze go zwolnili z pracy a on nie wie jak o tym powiedziec i sie stresuje.
    • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:48
      Mam zamiar poprosić go po jego powrocie z pracy o to, żeby się wyprowadził na jakiś czas i ułożył sam ze sobą. Jeśli wybuchł w ten sposób raz, może wybuchnąć i kolejne razy. Jedynym sposobem jak sądzę jest przerwać coś takiego, zanim się rozkręci.


      proszę Cię....
      to nie jest sposób na rozwiązywanie konfliktów...
      z postu wynika ze sama nie wiesz co sie z nim dzieje i jaki jest powód jego wybuchów.
      jesli kochasz tego człowieka to moze z nim porozmawiaj na spokojnie uzywajac racjonalnych argumentow a nie kaz mu sie wyprowadzac. To jest kara a nie pomoc.
      Ludzie, czemu ze soba nie rozmawiacie???? - to było ogólnie do ludzkośći, ale do Ciebie tez ;)
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:23
        wielkafuria napisał(a):
        > z postu wynika ze sama nie wiesz co sie z nim dzieje i jaki jest powód jego wyb
        > uchów.
        Zgadza się
        > jesli kochasz tego człowieka to moze z nim porozmawiaj na spokojnie uzywajac ra
        > cjonalnych argumentow
        Próbowałam rozmawiać. Ale do tego potrzeba dwóch stron. W ciągu ostatnich dni był nerwowy. Zwracałam mu na to uwagę, pytałam czy jakoś mogę pomóc. Rozmowa przy dwójce ciągle czegoś chcących dzieci nie jest możliwa, więc zorganizowałam warunki do rozmowy, gdy byliśmy sami, bez myślenia o tym, że trzeba jeszcze wstawić parnie, albo dać dzieciom kolację. Mieliśmy przed sobą spokojny wieczór i spokojną noc. Nic z tego.

        >a nie kaz mu sie wyprowadzac. To jest kara a nie pomoc.

        Nie zamierzam mu kazać, zamierzam to zaproponować. Nie chce rozmawiać, coś się z nim dzieje, z trudem hamuje agresję, która się kumuluje. Wczoraj przestał. Nie chcę go karać, tylko skłonić do tego, aby zaczął coś ze swoim problemem robić. Jeśli zdecyduje się tym problemem ze mną podzielić - z chęcią mu pomogę. Ale wróżką nie jestem.

        > Ludzie, czemu ze soba nie rozmawiacie???? - to było ogólnie do ludzkośći, ale
        > do Ciebie tez ;)

        Myślę, że w większości przypadków jedna ze stron coś ukrywa i unika rozmowy.
        • kirkunia Re: no to mam problem... 30.11.12, 00:33
          A może po prostu ma duży problem, o którym wstydzi/boi się powiedzieć, a ma nadzieję że jakoś go sam rozwiąże? Na pewno taki wybuch nie jest godzien pochwały (delikatnie mówiąc), ale jak wyobrażasz sobie Wasz powrót do normalności po takim (nawet jeśli łagodnym) wystawieniu za drzwi?
    • g.r.a.f.z.e.r.o Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:51
      Mam jeszcze parę godzin na zastanowienie. Czy propozycja czasowej wyprowadzki to dobry pomysł? Czy informować wtedy nasze rodziny - jego i moich rodziców (zostając sama z dziećmi, nawet na krótki czas, będę potrzebowała ich pomocy)?

      Czy ewentualne źródło problemu widzisz w waszych stosunkach? Czy może być ono zewnętrzne?
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:30
        > Czy ewentualne źródło problemu widzisz w waszych stosunkach? Czy może być ono z
        > ewnętrzne?

        Zewnętrzne. Owszem w naszej relacji zmieniło się już jakiś czas temu jego podejście do spraw domu, rodziny - ale nie wynikało to z niczego co działo się w domu, bo działo się to samo co zawsze. Nagle on zaczął torpedować wszystko, podział obowiązków, mój rozwój zawodowy, czas mojej pracy (potrzebnej do utrzymania rodziny).
        Ostatnio był w domu spokój, ja przeorganiozowałam się, zapewniłam sobie pomoc z zewnątrz i kwestie porządkowe i mojego czasu na pracę przestały być problemem. Wycofał się to się wycofał. Uznałam że szkoda mojego czasu i nerwów. Był partnerski, przestał trudno. Niektórzy zmieniają się na lepsze inni na gorsze. Ja też się zmieniam.
        Jak widać to sprawy nie rozwiązało, napięcie jeszcze mu wzrosło.
    • rekreativa Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:51
      Weź Ty tego męża posadź na kanapie i spokojnie, ale bez owijania w bawełnę wyłóż kawę na ławę: że widzisz, jak coś się z nim niedobrego dzieje, jak to wpływa negatywnie na całą rodzinę, że jesteś po jego stronie, jeśli ma jakieś problemy i chcesz go wesprzeć, ale żeby to zrobić, to on musi Ci zaufać i powiedzieć, o co chodzi itd.
      I dopiero na końcu, jesli to nic nie da, oświadcz, że Ty tak dłużej po prostu nie potrafisz i może lepiej od siebie nawzajem odpocząć.
      No bo rzeczywiście, jeżeli człowiek z natury jest w miare spokojny, nigdy się nie awanturował, a nagle zaczyna wybuchać i wrzeszczeć i to przy dzieciach, czy na dzieci, to coś tu mocno nie gra.
      • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:55
        > No bo rzeczywiście, jeżeli człowiek z natury jest w miare spokojny, nigdy się n
        > ie awanturował, a nagle zaczyna wybuchać i wrzeszczeć i to przy dzieciach, czy
        > na dzieci, to coś tu mocno nie gra.

        dokładnie.
        ale przeciez autorka juz zdazyla wymyslic pomoc psychologa, mysli o zaangazowaniu rodziny w pomoc nad dziecmi a w doopie ma męża i to sie z nim dzieje. po co porozmawiac. po takiej akcji na miejscu meza rzeczywiscie bym sie wyprowadzila i nie wiem czy chciala wrocic... powaznie.
        • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:46
          > ale przeciez autorka juz zdazyla wymyslic pomoc psychologa,

          A co jest złego w psychologu? Skoro nie chce rozmawiać ze mną otwarcie, to może ma kłopot z rodzaju takich o których się żonie nie mówi. Ma romans, wpadł w długi karciane, szantażuje go kochanek? Ja nie mogę teraz siedzieć i domyślać się co mu jest - nie jestem wróżką. Jeśli on mi nie powie, ja nie zgadnę. Wiele kobiet w takiej sytuacji przegląda telefony, maile śledzi, wprowadza kontrolę - chodzi do pracy czy bierze urlop z kochanką, nadgodziny bierze naprawdę czy siedzi w kasynie? Ja uważam, że to by mnie upokorzyło, jego też.

          mysli o zaangazowan
          > iu rodziny w pomoc nad dziecmi

          Samo zycie. Dzieci do szafy nie schowam, bo tatusiowi wzrósł poziom agresji.

          >a w doopie ma męża i to sie z nim dzieje.

          Nie mam. Ale nie mogę do niego dotrzeć. Ma problem, ale nie chce powiedzieć jaki.

          po co
          > porozmawiac. po takiej akcji na miejscu meza rzeczywiscie bym sie wyprowadzila
          > i nie wiem czy chciala wrocic... powaznie.

          Słuchaj być może jego problem jest taki, że uświadomił sobie, że rodzina i dzieci to już naprawdę i na zawsze. I wycofuje się rakiem, bo się w tym nie odnajduje. Okej. Ale można przyjść i otwarcie o tym powiedzieć, albo przed odejściem zrobić żonie i dzieciom piekło i wyżyć się na nich za swoje problemy. Rodzic jest od tego, żeby chronić dzieci, także przed drugim rodzicem, gdy mu odbije. Nikt mi nie powie, że wrzask, agresja i przekleństwa w stosunku do dzieci, bo się posprzeczały o telewizor jest normalną reakcją.
          • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:54
            twojabogini napisała:


            >
            > A co jest złego w psychologu? Skoro nie chce rozmawiać ze mną otwarcie, to może
            > ma kłopot z rodzaju takich o których się żonie nie mówi.

            a jak chcesz go do tego psychologa zaciagnac???? zakujesz go w kajdanki i doprowadzisz? zeby psycholog mial mu pomoc to on sam musialby tego chciec...

            >

            >
            > Samo zycie. Dzieci do szafy nie schowam, bo tatusiowi wzrósł poziom agresji.


            ok, ale to rozumiem byla agresja słowna tak? nie powinna sie zdarzyc, tak samo boli czasami jak fizyczna przemoc, ale juz ustalilismy ze to nie jest u niego norma tylko COŚ się dzieje...
            >

            > po co
            > > porozmawiac. po takiej akcji na miejscu meza rzeczywiscie bym sie wyprowa
            > dzila
            > > i nie wiem czy chciala wrocic... powaznie.
            >
            > Słuchaj być może jego problem jest taki, że uświadomił sobie, że rodzina i dzie
            > ci to już naprawdę i na zawsze.


            ale tego nie wiesz, wiec nie gdybaj. zawies dzieci do babci i powiedz facetowi ze musicie porozmawiac i już. na spokojnie, bez oceniania, bez komentowania na goraco... no chyba ze powie ze ma kochanke, to mozesz mu rzeczy przez okno wywalić ;)
            • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:55
              aaaaaaa, zawieź miało być nie zawies. nie chodziło o wieszanie dzieci tylko wywiezienie ;)
              • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:15
                wielkafuria napisał(a):

                > aaaaaaa, zawieź miało być nie zawies. nie chodziło o wieszanie dzieci tylko wyw
                > iezienie ;)

                :)

                Dzieci już były u babci, na popołudnie, wieczór i na noc. On nie chce rozmawiać.
          • piataziuta Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:32
            > Słuchaj być może jego problem jest taki, że uświadomił sobie, że rodzina i dzie
            > ci to już naprawdę i na zawsze. I wycofuje się rakiem, bo się w tym nie odnajdu
            > je. Okej. Ale można przyjść i otwarcie o tym powiedzieć, albo przed odejściem z
            > robić żonie i dzieciom piekło i wyżyć się na nich za swoje problemy. Rodzic jes
            > t od tego, żeby chronić dzieci, także przed drugim rodzicem, gdy mu odbije. Nik
            > t mi nie powie, że wrzask, agresja i przekleństwa w stosunku do dzieci, bo się
            > posprzeczały o telewizor jest normalną reakcją.

            a nie macie przypadkiem kilkunastoletniego dziecka?
            po kilkunastu latach sobie uświadomił że się nie odnajduje??
          • paco_lopez Re: no to mam problem... 10.12.12, 11:32
            chyba jednak jest to reakcja normalna. prawdopodobnie podejmowanie dyplomatycznych mediacji trafiało jak kulą w płot. tez mnie te w kółko czegoś chcące dzieci do szału doprowadzają. nie bój sie nie pozabija ich. tez coś zrób żeby szczeniaki nie kłóciły się o pierdoły. z mojego podwórka, wygląda to tak, że efektowne podniesienie piekła daje porządane efekty, w przeciwieństwie do mentorstwa. założę się , że podobnie jak u mnie wyflekowało mu sie kompletnie zachowanie dzieci, i widzi, że przemądra mama doprowadza do ich rozwydrzenia. tak to było u nas.
            • iwonder78 Re: no to mam problem... 10.12.12, 12:53
              Przyznam, że wkurza mnie takie gadanie. Co to znaczy, że faceta dzieci denerwują. A kobiet takie jęczące, marudzące albo wiecznie kłócące się o pierdoły dzieci nie denerwują? Mnie też czasem się wyflekowuje zachowanie mojego dziecka, ale zagryzam zęby i nie wrzeszczę na nie. I nie tylko odpowiedzialnością kobiet jest by dzieci nie kłóciły się o pierdoły. Podobno przecież wychowanie dzieci to odpowiedzialność obydwojga rodziców.
              No i jasne. Przedświąteczny zgiełk, ty się zmywasz, a żona ma na głowie sama i dzieci i przygotowania. I to ma być normalna reakcja?
              Chyba cały dramat sytuacji bogini to właśnie wziął się właśnie z tego, że nie uważała, że coś takiego powinno być normalne. Czyli jak jest mniej fajnie i trudniej, to czas najwyższy by Pan sobie poszedł odpocząć i wyalienować się, bo mu się wyflekowało.
              Ja nie wiem skąd to przekonanie, że kobiety nigdy nie mają czasem dość, włączając w to swoje dzieci i ogólnie całość życia, a tylko facetom to się zdarza lub tylko oni mają prawo od tego na jakiś czas się wyalienować.
              • twojabogini Re: no to mam problem... 10.12.12, 14:03
                > Ja nie wiem skąd to przekonanie, że kobiety nigdy nie mają czasem dość, włączaj
                > ąc w to swoje dzieci i ogólnie całość życia, a tylko facetom to się zdarza lub
                > tylko oni mają prawo od tego na jakiś czas się wyalienować.

                Nic dodać, nic ująć. Rodzicielstwo ma to do siebie, że jest tak piękne i intensywne oraz absorbujące, że czasem się ma dość. Może dobrym rozwiązaniem byłoby, gdyby rodzice czasem wspólnie się alienowali i urywali?
                Bo widzisz w kwestii alienacji w moim małżeństwie to ja przegięłam. Raz na jakiś czas się urywałam - kiedy czułam, że potrzebuje parę dni pożyć dorosłym życiem, odstawić na chwilę dom i pracę. Mój mąż nie. A może nawet nie przegięłam. Po prostu uznałam, że mąż jest dorosły i jeśli będzie potrzebował - to zrobi to co ja. Zgłosi problem, uzgodni ze mną datę wyjazdu, czy co tam mu przyjdzie do głowy, wspólnie zorganizujemy funkcjonowanie domu pod jego nieobecność (tak jak to robimy, gdy to ja się urywam) - i już. Taka alienacja bardzo dobrze robi na uczucia rodzinne. Może on jednak nie wpadł na takie rozwiązanie, a zamiast tego poczuł się jak porzucana raz na jakiś czas żona?
                Cóż odkrywam w nim nowe głębie. Może jednak nie jest tak silny i asertywny, jakim go dotąd widziałam. Może faktycznie starając się i starając, wpadł w pułapkę w którą zwykle wpadają żony - poczuł się stłumiony.
                • iwonder78 Re: no to mam problem... 10.12.12, 14:16
                  twojabogini napisała:
                  > Cóż odkrywam w nim nowe głębie. Może jednak nie jest tak silny i asertywny, jakim go dotąd widziałam. Może faktycznie starając się i starając, wpadł w pułapkę w którą zwykle wpadają żony - poczuł się stłumiony. >

                  Czyli jak rozumiem rozmawiacie i próbujecie się dogadać? Mam nadzieję, że wam się uda :)
            • twojabogini Re: no to mam problem... 10.12.12, 13:49
              paco_lopez napisał:

              wygląda to tak, że efektowne
              > podniesienie piekła daje porządane efekty,
              Wiesz, obserwacja trafna. Dzieciaki się uspokoiły i przestały kłócić. Mimo wszystko nie uważam, że to sensowna metoda wychowawcza.

              > założę się , że podobnie jak u mnie wyflekowało mu sie kompletnie zachowanie dzie
              > ci, i widzi, że przemądra mama doprowadza do ich rozwydrzenia.
              Być może mąż swoim męskim okiem tak właśnie zaczął postrzegać sytuację. Czy dzieci są rozwydrzone? Jak to dzieci - spierają się między sobą, rywalizują, domagają się uwagi, hałasują na wszystkie możliwe sposoby, zapraszają bandy kolegów. Czasem je pacyfikuję, czasem czymś zajmuję, czasem pozwalam aby sprawy szły własnym torem. Fakt, że ja ten cały dziecięcy zamęt lubię, choć bywa że mnie męczy i chciałabym parę dni czegoś innego. Być może mojego męża bardzie to wkurza, niż rozczula i angażuje. Ale wiesz - kto ma pszczoły ten ma miód.
              I nie widzę nic złego, gdy ktoś kto ma dość raz na jakiś czas się z tego rejwachu urwie. Sama się czasem urywam. Dobrze, że umiałeś swoje uczucia nazwać i powiedzieć o nich żonie. Więc pewnie rozwiązanie, które znaleźliście nie jest takie złe. Spytaj tylko żony, czy czasem ona też by nie chciała takich "wakacji".
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:37
        rekreativa napisała:

        > Weź Ty tego męża posadź na kanapie i spokojnie, ale bez owijania w bawełnę wyłó
        > ż kawę na ławę: że widzisz, jak coś się z nim niedobrego dzieje, jak to wpływa
        > negatywnie na całą rodzinę, że jesteś po jego stronie, jeśli ma jakieś problemy
        > i chcesz go wesprzeć, ale żeby to zrobić, to on musi Ci zaufać i powiedzieć, o
        > co chodzi itd.

        Posadziłam, i próbowałam rozmawiać, stworzyłam ku temu warunki - cisza spokój, brak dzieci, czas. W związku z jego napięciem kupiłam mu ziołowe środki uspokajające, naprawdę było widać, że z czymś sobie nie radzi. Ale nie chciał rozmowy.

        > I dopiero na końcu, jesli to nic nie da, oświadcz, że Ty tak dłużej po prostu n
        > ie potrafisz i może lepiej od siebie nawzajem odpocząć.
        No i tu jestem właśnie przy końcu - rozmowy nie chce, ładunek agresji mu rośnie. Z domu się wycofał (to znaczy z obowiązków, bo po pracy wraca do domu, bawi się z dziećmi, coś tam robi przy domu, odpocznie, zje - generalnie jest) - okej trudno. Myślałam, że kłopoty się skończą - a tu nagle jeszcze gorzej.
        Nie chodzi mi o koniec związku, to, że się pogubił - jeszcze może się znaleźć. Ale chwilowo w danej sytuacji za wiele zrobić nie mogę. Na pewno nie mogę pozwolić na rozładowywanie agresji w domu. Wczoraj używał przekleństw przy dzieciach, mam czekać, aż zacznie do dzieci?
        • nie.mam.20 a jesli sie dowiedzial, ze jest nieuleczalnie 29.11.12, 13:13
          chory?
          albo ma prace na nastepne dwa miesiace?
          albo poznal pikantne detale twojej przeszlosci?
          .......
          • rekreativa Re: a jesli sie dowiedzial, ze jest nieuleczalnie 29.11.12, 13:16
            No to wszystko mozliwe.
            Tylko jak sie upewnić, skoro facet się zaparł i milczy?
            • nie.mam.20 Re: a jesli sie dowiedzial, ze jest nieuleczalnie 29.11.12, 13:21
              Balmain boys don't cry.
    • maly.jasio no to masz problem... Slowotok. 29.11.12, 11:57
      a problemy to rozwiazuje sie w domu, ev. wsrod znajomych.
      ostatecznie u specjalisty.
      jednak nie na forum ogolnym/publicznym - gdzie sam laikat siedzi.
      • wielkafuria Re: no to masz problem... Slowotok. 29.11.12, 12:24
        maly.jasio napisał:

        > a problemy to rozwiazuje sie w domu, ev. wsrod znajomych.
        > ostatecznie u specjalisty.
        > jednak nie na forum ogolnym/publicznym - gdzie sam laikat siedzi.


        całe szczescie ze napisala, bo moze jak poczyta odpowiedzi to nie bedzie juz chciala wyrzucac meza z domu...
    • wielkafuria Re: no to mam problem... 29.11.12, 11:57
      > Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby mój mąż wybuchł w taki sposób


      skoro zdarzyło sie to pierwszy raz to gratuluje podejscia. zamiast na spokojnie pogadac to juz opracowalas plan jak meza pograzyc jeszcze bardziej wysylajac go do psychologa oraz wyrzucajac z domu. to miło ze w przypadku problemow mozna na ciebie liczyc :)
      no chyba ze maz ma kogos i nie wytrzymuje napiecia dzialajac na dwa fronty :)
      • aroden Ty wez_nie piernicz... 29.11.12, 12:04
        gdy sie prowadzi wlasna firme - to zawsze trza podejmowac odwazne decyzje.
        • wielkafuria Re: Ty wez_nie piernicz... 29.11.12, 12:10
          a to do mnie???
          • aroden nie. 29.11.12, 12:12
            Nie czepiaj sie drzewka.
            oczywiscie, ze nie do Ciebie.
            ale kontekst byl. jaki byl.
            • wielkafuria Re: nie. 29.11.12, 12:14
              ej, w koncu nauczyłam sie drzewko stosować to teraz musze sie czepiać :D
              • aroden furia 29.11.12, 12:20
                Ty wiesz, ze ja Cie lubie.
                za Kochanke - tobym Cie chcial.
                ale za zone - to nigdy w zyciu.
                • wielkafuria Re: furia 29.11.12, 12:32
                  aroden napisał:

                  > Ty wiesz, ze ja Cie lubie.
                  > za Kochanke - tobym Cie chcial.
                  > ale za zone - to nigdy w zyciu.


                  słucham? ja byłabym idealną żoną! na pewno nie wyrzucałabym Cie od razu z domu!
                  • six_a Re: furia 29.11.12, 12:35
                    niech Ci prześle kilometrową listę swoich nicków, to będziesz chociaż wiedziała, z kim w ogóle rozmawiasz:)
                    • wielkafuria Re: furia 29.11.12, 12:40
                      czasami lepiej nie wiedziec :)
                  • nie.mam.20 Re: furia 29.11.12, 13:17
                    na ten ostatni wieczor powinna byc wspaniala kolacja, prezentujaca wszystkie zalety pani domu, zeby opuszczajacy malz do konca zycia pamietal, jaki stracil skarb :P

                    zemsta kobiety
                  • aroden no dobrzi... 29.11.12, 17:56
                    wielkafuria napisał(a):
                    ja byłabym idealną żoną! na pewno nie wyrzucałabym Cie od razu z domu!


                    no dobrzi, jezeli chodzi o ta (jedyna) dobra strone - to ja jusz taka mam...
                    a te inne ?


    • nie.mam.20 zdecydowalas sie na niby-rozwod nie znajac 29.11.12, 11:59
      powodow wybuchu zlosci?
      Moze lagodnie porozmawiaj, zeby poznac problemy, z ktorymi sobie nie radzi?
      Sama piszesz, ze normalnie jest inny?
      A jak podchwyci pomysl i wyprowadzie sie na stale? O to ci chodzi?
      • rekreativa Re: zdecydowalas sie na niby-rozwod nie znajac 29.11.12, 12:15
        No właśnie.
        Nie powinna podejmować jakichś dramatycznych kroków zanim nie odkryje, o co chodzi.
        Z facetem coś się dzieje, ma jakieś problemy, które go przerosły i stres go zaczyna zjadać. Może ma jakies konflikty w pracy, może się wpieprzył w podejrzane interesy i narobił długów, może ma jakieś kłopoty ze zdrowiem, a może poznał inna kobietę i poczucie winy wyładowuje w agresji na zonę?
        No coś to być musi.
    • coffei.na Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:11
      z tego co się orientujemy Twój problem trwa już od dłuższego czasu..a rozmawiałaś z nim czy zwyczajnie strzeliłaś focha,bo co Ty mi tu będziesz...a może ma jakiś problem?musisz go odpowiednio podejść-faceci często nie potrafią w pojedynkę zmagać się ze swoimi problemami..

      ja znalazłam antidotum na tego typu rozterki..bo zawsze jest ktoś kto rozjaśni drogę,pozwoli położyć głowę na swym łonie a czasem trzepnie-tak zapobiegawczo..
      obyś takim właśnie "ludziem" była dla swojego męża :)
      • po-trafie Re: no to mam problem... 29.11.12, 15:09
        Ja nie wiem, czy wy wogole czytacie te posty poczatkowe czy tylko pierwsze dwa zdania?
        Pisze kobieta x razy ze probowala pogadac na spokojnie, stworzyla warunki ku temu itp a odpowiedzi glucha cisza. Na co polowa osob (jak coddei.na) pisze: moze wez z nim spokojnie porozmawiaj.

        Czytacie? Myslicie?
        • gambas-gambas Re: no to mam problem... 29.11.12, 18:54
          > Ja nie wiem, czy wy wogole czytacie te posty poczatkowe czy tylko pierwsze dwazdania?
          > Pisze kobieta x razy ze probowala pogadac na spokojnie, stworzyla warunki ku temu itp a odpowiedzi
          > glucha cisza. Na co polowa osob (jak coddei.na) pisze: moze wez z nim spokojnie porozmawiaj.
          >
          > Czytacie? Myslicie?

          O właśnie, mnie też większość odpowiedzi rozwaliła.
    • stephanie.plum Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:14
      wrzeszczał na dzieci?
      na nastolatka, czy na dwulatka? czy na oboje?

      gdyby to był mój mąż i moje dzieci, to mężowi powiedziałabym, że JA na klatę mogę wziąć dużo, właściwie wszystko, bo se go wzięłam na dobre i na złe.
      ale że nie mogę pozwolić na to, żeby straszył i zahukiwał dzieci.
      wytłumaczyłabym, dlaczego. jakie spustoszenie w dziecku robi lęk.

      powiedziałabym, że podobnie nie mogłabym patrzeć spokojnie, gdyby dla odreagowania uderzał w nie nie wrzaskiem, tylko młotem.

      i że ufam, iż zrozumiał i to się nigdy nie powtórzy. bo jeśli się powtórzy, to separacja, i terapia, aż do skutku. albo niech idzie w pejzaż - jego czojs.

      rodziny bym w to pod żadnym pozorem nie mieszała, ale ja tak już mam, że rodziny w moje małżeńskie sprawy nie mieszam.
    • wez_sie ja chyba wiem --> najlogiczniejsza historia 29.11.12, 12:15
      wydaje misie, ze on zrobil dzieciom testy na dna i si eokazalo, ze to nie sa jego dzieci i dlatego jest wsciekly i zly i juz nie traktuje dobrze tych dzieci, no bo nie sa jego.
    • piataziuta Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:20
      Wszystko co piszesz o swoim mężu świadczyłoby o tym, że nie umie on wyrażać swoich potrzeb i problemów.
      I dziwne w tym wszystkim jest tylko to, że piszesz jakbyś się o tym dopiero niedawno dowiedziała.
      Czyżby wcześniej był w stanie wyrazić co mu jest i czego oczekuje?
      Jeśli tak, to co się zmieniło?

      Jeśli nie, to dlaczego chcesz go "wyprowadzać" z domu zamiast wyciągnąć z niego co się dzieje i próbować pomóc?
      Po raz trzeci zapytam: chcesz się pozbyć męża?
      Bo każdy ma swoje wady. Niektórzy właśnie takie, że nie potrafią wyrazić emocji. I jeśli chce się być z nimi w związku to się im pomaga, a nie wyprowadza ich z domu.
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:30
        piataziuta napisała:

        > Wszystko co piszesz o swoim mężu świadczyłoby o tym, że nie umie on wyrażać swo
        > ich potrzeb i problemów.
        > I dziwne w tym wszystkim jest tylko to, że piszesz jakbyś się o tym dopiero nie
        > dawno dowiedziała.
        > Czyżby wcześniej był w stanie wyrazić co mu jest i czego oczekuje?
        > Jeśli tak, to co się zmieniło?

        Umiał wyrażać swoje myśli i emocje. To od jakiegoś czasu jest nie bo nie i tak bo tak i nie wiem. Nie chciał brać udziału w pracach domowych (z czym wcześniej nie miał problemu) bo nie. Sprzeciwiał się moim planom zawodowym, bo tak. Zero racjonalnych argumentów.
        Okej - nie udało się porozumieć - to się ugięłam. Plany przełożyłam, inaczej się zorganizowałam i on już nie musi się martwic co ugotować na obiad.

        > Jeśli nie, to dlaczego chcesz go "wyprowadzać" z domu zamiast wyciągnąć z niego
        > co się dzieje i próbować pomóc?

        Próbowałam.


        • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:36
          Okej - nie udało się porozumieć - to się ugięłam. Plany przełożyłam, inaczej si
          > ę zorganizowałam i on już nie musi się martwic co ugotować na obiad.

          no to się zorganizowałaś na nowo-na Ci mąż(?).
          Może jest zmęczony Twoimi planami.Wysłuchaj wreszcie, moze ma lepszy;-p
          • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:53
            > Może jest zmęczony Twoimi planami.Wysłuchaj wreszcie, moze ma lepszy;-p

            Nie ma żadnych planów. Rozmawialiśmy. Tylko nie chce, żebym ja realizowała swoje - okej, przełożyłam je do czasu, gdy nie będę potrzebować angażować jego. On tylko czuł sprzeciw wobec obowiązków domowych. Nie jestem w stanie sama pracować zawodowo, zajmować się domem, jeździć na spotkania, rehabilitować dzieci, czuwać nad kasą, dorabiać gdy brakuje - doba ma 24 godziny. Skoro odmówił w tym udziału, nie miałam wyjścia i musiałam zaangażować w pomoc inne osoby.
            Zamiast mało intratnych ale ambitnych spraw wzięłam kasowe zlecenia, które wymagają mniej zaangażowania i czasu na wykonanie - i nie muszę wyjeżdżać. Do południa młodsze dziecko jest poza domem - mam czas na pracę i ogarnięcie domu. Po południu nie muszę już pracować, więc mam czas na ćwiczenie z dziećmi. Od paru dniu, gdy mąż wraca do domu ma obiad i żadnych obowiązków. I chodzi bardziej wściekły niż kiedykolwiek dotąd.
            • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:00
              dobra-a jak Ty przekazujesz mu informacje o tym , że oczekujesz by pomógł?W jakiej formie?Jakim tonem?
              Rozumiem, że obowiązki ma i matka i ojciec i żona i mąż.Ty też masz prawo być wściekłą na niego, ze się miga.
              Tylko koło się zamyka w pewnym momencie.
              Czym mąż się zajmuje?Wraca na obiad o 15:30 i leży na kanapie?
        • nie.mam.20 widac, to on ma problem z toba 29.11.12, 14:17
          nie za bardzo nim radzilas? rownouprawnienie i takie tam pierdoly?
          skoro sie az tak zaparl, to wyraznie uprawia dywersje. obstrukcja ma na celu wrazenie niezadowolenia, taki disgruntled employee. sprawdz ostatnie iles tam miesiecy, lat.
        • z_pokladu_idy Re: no to mam problem... 29.11.12, 15:54
          W moim związku było podobnie. Wspólne plany, kredyt, mieszkanie, które remontowaliśmy razem, a później po cichutku zaczął się z tego wszystkiego wycofywać. Zamiast spędzać ze mną czas, wolał siedzieć sam albo z kumplami w garażu. Na wspomnienie o ślubie, mówił, że w życiu pewna jest tylko śmierć. Zaczął być niemiły i nerwowy. Na wszelkie próby rozmowy reagował albo agresją, albo ciszą. Mówił, że nie wie, co mu jest, a pomocy nie chce i nie potrzebuje, jedyny argument, jaki używał to 'nie, bo nie'. Po pół roku prób rozmowy, szarpania się i moich wizytach u psychologa (ciągle myślałam, że to coś ze mną nie tak, chociaż to nie ja się zmieniłam) odpuściłam.
          Dopiero po naszym rozstaniu ruszył tyłek i poszukał pomocy. Ja nadal nie wiem, co się stało, ale wiem ile kosztuje takie domyślanie się, co mu jest. I jak sam nie będzie chciał powiedzieć, to spokojną rozmową nijak się z niego wydusić niczego nie da.
        • piataziuta Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:17
          No to jak próbowałaś to chyba pozostało tylko zrobić wstrząs.
          Oby z dobrym skutkiem.
    • krytyk-systemu-edukacji Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:29
      > Mam zamiar poprosić go po jego powrocie z pracy o to, że by się wyprowadził
      > na jakiś czas i ułożył sam ze sobą.
      > Nie ma prawa kumulować swoich problemów i rozładowywać ich na dzieciach. Dlatego
      > sądzę, że czasowa izolacja może mu pomóc

      O, to podobnie bywało ze mną. Otóż za młodu byłem tzw. trudnym uczniem i podobną taktykę stosowała do mnie profesorka od polskiego: ciągle musiałem wychodzić z klasy. Ale rzeczywiście, czasowa izolacja bardzo mi pomagała, wracałem uspokojony, ułożony sam ze sobą, gotów do dalszego słuchania o owym nieśmiertelnym pięknie, kryjącym się w takich tytułach, jak „Cierpienia młodego Wertera”, „Lalka”, „Na Niemnem”, a także „Na skalnym Podhalu” niejakiego Kazimierza            Tetmajera (polecam gorąco to ostatnie, palce lizać, w dodatku całość pisana gwarą).

      Ale i tak w liceum miałem lepiej niż w podstawówce, gdzieśmy – z racji, jak sądzę, PRL-owskich sentymentów pani – omawiali mnóstwo ściskającej gardło zaangażowanej nowelistyki: o trudzie życia robotników fabrycznych (nowela „Dym”), o zmaganiach chłopów małorolnych („Janko Muzykant”, „Nasza szkapa”); o pozbawionych państwowej kurateli dzieciach (nowela „Tadeusz”), które z tej racji wszystkie się gotowe utopić w sadzawkach. I tak dalej, i tak dalej.

      Brakowało tylko omówień publicystki Aleksandry Kołłątaj (Kołłontaj), i mielibyśmy komplet. :)
    • light_in_august Re: no to mam problem... 29.11.12, 12:29
      Wyprowadzka to nie jest dobry pomysł. Pokazywanie komuś drzwi po jednych wybuchu to tak nie bardzo... Jakoś mi to wygląda na rozwiązanie ostateczne. Lepiej sie zająć przyczyną niż skutkiem.
      Pisałaś, że on nie z tych rozmownych, ale wydaje mi się, że trzeba go do rozmowy zmusić. Usiąść i poważnie przegadać, co go gryzie, o co mu chodzi, co się dzieje i jaki to ma wpływ na rodzinę. Jeśli faktycznie nie da się nic z niego wyciagnąć i nadal będzie bez zmian na lepsze, to wtedy ewentualnie możesz poprosić, że się wyniósł i przemyślał, czego chce od życia.
    • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:12
      Wszyscy mi piszecie, że powinnam najpierw porozmawiać, już nie nadążam odpowiadać w tej kwestii indywidualnie. Rzecz w tym, że ja próbowałam rozmawiać. Rzecz w tym, że widziałam, ze dzieje się z nim coś złego. Wygnałam z domu dzieci na wieczór i noc. Zaaranżowałam wszystko tak, żeby były warunki do rozmowy, nic na głowie, kolacja gotowa, łózko pościelone. I nic. Zapytałam czy coś się dzieje. Nic. Powiedziałam, że jest nierowowy, że się martwię, ze to widzę, czy mogę pomóc. Nic.

      Żeby było zabawniej zrobił się nerwowy wtedy, kiedy przystosowałam się do jego nowych wymagań - tj. zdjęłam z niego wszystkie obowiązki i zorganizowałam sobie pomoc z zewnątrz. Bez focha, bez agresji - skoro nie chciał dalej angażować się w dom i rozmowy nie pomagały, nie mogłam zrobić nic innego. Doba ma 24 godziny, ja w tym czasie muszę pracować, zając się młodszym dzieckiem, przygotować rodzinie posiłki, uprać, przeprowadzić dzieciom rehabilitację i masaże, spędzić czas z rodziną, porozmawiać z klientami, wyjść na spotkania. Sama nie jestem w stanie zrobić tego wszystkiego i nie mogę zrezygnować z pracy, bo bez mojej pensji się nie utrzymamy - więc skorzystałam z pomocy z zewnątrz. Odłożyłam plany rozwoju zawodowego do czasu, aż mały pójdzie do przedszkola, w tym czasie moja mama ograniczy pracę zawodową i będzie w stanie mnie wspomóc. Ugięłam się i spełniłam wszystkie postulaty. Ja. To bardzo świeże decyzje i nowy układ - wszystko na jego warunkach. Ja jestem zadowolona, bo mam czas na wszystko (przełożyłam rzeczy dla mnie ważne, ale pogodziłam się z tym), on powinien być zadowolony, bo jest tak jak chciał.
      I nie zdążyło to nawet chwilę zafunkcjonować, bo okazało się, że znowu jest źle. Bo rośnie mu poziom agresji. Bo chodzi wściekły. Bo nie chce powiedzieć o co chodzi. I w końcu wybucha. Nie do mnie. Do dzieci.

      To, że zmierzam mu zaproponować wyprowadzkę i ułożenie się ze sobą nie wynika z chęci ukarania go. Ale skoro on nie chce rozmawiać, twierdzi, że nie ma problemu - a problem jest widoczny gołym okiem i zaczyna odbijać się na dzieciach - to co mogę zrobić. Być może są inne rozwiązania. Właśnie nad tym myślę.
      • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:17
        autoreklama jakaś ? Ty wszystko a reszta nic?Kiedy znajdujesz czas by na forum takie długaśne posty redagować-tyle obowiązków i od nikogo pomocy.Phi
        Moze zamiast sobą zainteresuj się tak poważniej swoim bliskim, jak na razie więcej piszesz o swoich zasługach niż o całej sytuacji. Maz też człowiek, jeśli jesteś taka idealna, moze nie ma ochoty z Tobą rozmawiać-akurat z Tobą.
        • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:40
          Na forum siedzę od lat. Zawsze wtedy, gdy mam włączonego kompa - jako uzupełnienie pracy. Jak wiele osób tutaj. dziś tylko pisze, nie jestem w stanie pracować, bardzo to wszystko przeżywam. Z bliskim mi człowiekiem dzieje się coś złego. Nie mogę do niego dotrzeć. On robi się agresywny.

          Do tej pory tyle obowiązków rozkładało się na nas dwoje. Od jakiegoś czasu złożyło się na mnie - bo on się z obowiązków wycofał. Przestałam dawać radę. Rozmowy nie pomogły. Zmieniłam organizację, część obowiązków scedowałam na innych. Do południa jestem sama w domu i mam czas i na pracę i na ugotowanie obiadu. Po południu ćwiczę z dziećmi. Reszta to normalne rodzinne życie. odłożyłam plany zawodowe, bo bez męża nie dam rady. myślałam, że to rozwiążę problem. Zamiast tego zaczął chodzić coraz bardziej wściekły. Odpuściłam mu - dałam czas na odpoczynek, próbowałam rozmawiać.

          On nie chce rozmawiać, jego frustracja rośnie, wyżył się wczoraj na dzieciach i uważa że nic się nie stało.
          • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:45
            zamiast artykułować jemu to co nam-co on odbierze za pretensje, powiedz mu, ze go bardzo potrzebujesz-zamiast organizować wyprowadzkę.
            Powiedz , że się o niego martwisz, że obserwujesz iz odbija się (to jego zachowanie) negatywnie na rodzinie. Powiedz, że może na Ciebie liczyć........Takie to trudne, gdy chce się pomóc bliskiemu?
            Zaraz emocje WAS rozsadzą , a wtedy nie będzie jak rozmawiać...
            • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:57
              powiedz mu, ze
              > go bardzo potrzebujesz-zamiast organizować wyprowadzkę.
              > Powiedz , że się o niego martwisz, że obserwujesz iz odbija się (to jego zachow
              > anie) negatywnie na rodzinie. Powiedz, że może na Ciebie liczyć........Takie to
              > trudne, gdy chce się pomóc bliskiemu?

              Ja to wszystko mówiłam, próbowałam się dowiedzieć na czym polega problem, dostosowałam się do nowych oczekiwań, choć było to dla mnie trudne. On nie chce rozmawiać.

              > Zaraz emocje WAS rozsadzą , a wtedy nie będzie jak rozmawiać...

              No rozsadzą. Ale skoro on nie chce rozmawiać, nie chce powiedzieć co go tak frustruje - to co mam zrobić? Nie jestem w stanie zgadnąć co go gnębi, dlaczego kumuluje się w nim agresja. Skoro nie chce mi powiedzieć - to musi sobie z tym poradzić sam, albo zwrócić się do psychologa, kolegi, koleżanki, wujka.
              tylko, ze on nie robi nic. Chodził naładowany parę dni, a potem wyżył się na dzieciach.
          • nie.mam.20 Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:26
            Nie mogę do niego dotrzeć. On robi się agresywny.


            to mu nie organizuj przesluchania przy swiecach z posciela w tle. Idz z nim wieczorem na spacer, idz blisko, zeby byl kontakt fizyczny.
            I nie atakauj, nie rozwiazuj za niego, nie zmuszaj do odpowiedzi.
            Przytul sie i powiedz - zrobmy cos. nie chce ....... niech sie dowie, ze cierpisz, ze chcesz poprawy, ze dzieci...
            co mozemy RAZEM zrobic, zeby wrocilo stare?
            Jesli nie bedziesz miala jego checi, to marnujesz czas.
            NIe mozesz byc agresywna, ani ulegla. Przekaz jest prosty - zle sie dzieje, musimy to ratowac JUZ, teraz. Potrzebuje twojej pomocy, mozesz liczyc na moja.
            faceci rozumieja racjonalne argumenty, rzadziej emocjonalne. faceci tez miewaja problemy, z ktorymi musza sobie poradzic, kobieca oferta musi byc skrojona na miare, ani za duzo, ani za malo.
            pomysl, ze jemu moze byc jeszcze ciezej.
      • marguy Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:23
        ". Cokolwiek się z nim dzieje musi sam sobie z tym poradzić ..."

        boginii,
        tak naprawde to wy nigdy nie byliscie razem, szczegolnie ty. Z twoiego podejscia do tego co dzieje sie z mezem, a najwyrazniej cos sie dzieje, wynika, ze masz faceta kompletnie w doopie, a wasz pseudo zwiazek nigdy nie wykroczyl poza etap: fajnie jest do chwili gdy jest fajnie!
        Bo gdy zaczyna byc niefajnie nie jestes w stanie nawiazac dialogu i wyrzucasz zabawke, tora przestala dzialac tak jak ty tego chcesz, w tym wypadku twojego meza.

        No i co z tego, ze nie jestes psychologiem? A co bedzie gdy twoje dzieci zaczna borykac sie z problemami? Takze je wyslesz w cholere?
        • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:45
          marguy napisała:

          > ". Cokolwiek się z nim dzieje musi sam sobie z tym poradzić ..."
          >
          > boginii,
          > tak naprawde to wy nigdy nie byliscie razem, szczegolnie ty. Z twoiego podejsci
          > a do tego co dzieje sie z mezem, a najwyrazniej cos sie dzieje, wynika, ze masz
          > faceta kompletnie w doopie, a wasz pseudo zwiazek nigdy nie wykroczyl poza eta
          > p: fajnie jest do chwili gdy jest fajnie!

          Mylisz się. Przeszliśmy razem wiele problemów i wiele razy nie było fajnie:przez jakis czas nie miał pracy, musieliśmy stoczyć walkę o życie i zdrowie naszego młodszego synka. Był czas kłopotów finansowych, gdy on nie dawał rady, był czas gdy miał problemy osobiste. Zawsze rozmawialiśmy i zawsze dawaliśmy sobie razem radę.

          > Bo gdy zaczyna byc niefajnie nie jestes w stanie nawiazac dialogu i wyrzucasz
          > zabawke, tora przestala dzialac tak jak ty tego chcesz, w tym wypadku twojego m
          > eza.

          Nie chcę wyrzucać zabawki. próbowałam rozmawiać, dostosowałam się do jego nowych oczekiwań, do nowego rozdziału obowiązków (ja wszystko, on okazjonalnie to na co ma ochotę).

          > No i co z tego, ze nie jestes psychologiem? A co bedzie gdy twoje dzieci zaczna
          > borykac sie z problemami? Takze je wyslesz w cholere?

          Pisząc, że nie jestem psychologiem, mam na myśli, ze nie jestem w stanie godzinami analizować z czym on może mieć problem, rozwikływać o co chodzi. Albo mi powie, albo nie. Próbowałam metody "wyciągania" - nie działa.
          • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:52
            bogini, nie Ty masz problem.WY macie problem.I to chyba jest sedno sprawy. Za każdym razem ON, nie daje rady.Ty jako ta wspaniała radzisz SOBIE ze wszystkim.
            Reagujesz na huurra. Zrób plan działania i przedstaw go,moze włączy się maż do analizy. Jakoś grasz w domu pierwsze skrzypce, rozstawiasz po kątach(chyba).Niech ma facet szansę wykazania się, moze właśnie tego chce.Ja tu nie widzę partnerstwa.
            • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:09
              kseniainc napisała:

              > bogini, nie Ty masz problem.WY macie problem.I to chyba jest sedno sprawy. Za k
              > ażdym razem ON, nie daje rady.Ty jako ta wspaniała radzisz SOBIE ze wszystkim.

              Nie to nie tak. Podałam przykłady, gdy on miał problem, lub my mieliśmy problem i razem go rozwiązaliśmy - w odpowiedzi na to, że wyrzucam, go bo się zepsuł. Bywało i tak, że to ja nie dawałam rady, miałam jazdy i wtedy to ja miałam wsparcie od niego. Z kryzysami, wspólnymi, lub indywidualnymi zawsze radziliśmy sobie razem. Czasem potrzebowaliśmy chwili wytchnienia, spojrzenia z boku, ale razem dochodziliśmy do nowych rozwiązań.

              > Reagujesz na huurra. Zrób plan działania i przedstaw go,moze włączy się maż do
              > analizy. Jakoś grasz w domu pierwsze skrzypce, rozstawiasz po kątach(chyba).Nie
              > ch ma facet szansę wykazania się, moze właśnie tego chce.Ja tu nie widzę partne
              > rstwa.

              Oboje mamy silne osobowości. Żadne z nas nie jest z tych, które da się zdominować, ale zdajemy sobie sprawę z naszych rogatych dusz i współpracujemy (współpracowaliśmy) rozmawiamy (rozmawialiśmy). Pierwszych skrzypiec na dłuższa metę nie zagra żadne z nas. Chociaż przepraszam - to co stało się ostatnio - to właśnie jego próba dominacji nade mną. Mam ograniczyć pracę zawodową, zwiększyć zaangażowanie w dom, żeby go odciążyć i najlepiej nadal zarabiać tyle samo. I ja to zrobiłam. Jak widać wcale nie o to chodziło.
      • self-inflicted Re: no to mam problem... 29.11.12, 22:42
        Z tego, co opisujesz, to wygląda trochę na taktykę na małe dziecko. W jego wykonaniu oczywiście. Zaczął sabotować różne sprawy/obowiązki/układy, które do tej pory się sprawdzały i działały ok dla obydwu stron. Z jakiegoś powodu (nie wiemy, bo on nie mówi), przestało mu to odpowiadać, w każdym razie przestał to robić. Może to było na zasadzie zwrócenia na siebie uwagi.
        Kiedy Ty pogodziłaś się z tym szybko i zaakceptowałaś jego nowy plan bez specjalnej rewolucji, krzyków i agresji, to on po prostu się wkurzył. Bo coś tu nie poszło po jego myśli.
        Może to o chodziło o to, żebyś się powkurzała trochę, może on chciał, z jakiś powodów, wywołać konflikt? Nie chcę tu być jakąś Kasandrą, ale nie wygląda to dobrze.
        Dla mnie on jest ewidentnie sfrustrowany.
    • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:13
      on ma wiele problemów jak widać nawet z postów Twoich.Nie tylko w pracy, ale mnie Twoja postawa doprowadziłąby do szału. Jesteś jakaś roszczeniowa.To już kurna nie można się w domu nawet zdenerwować? Co to ma być, powiesz kilka razy kur....., walniesz pięscią w stół i masz zafundowane "wczasy"?Toć to człowiek/maz a nie robot.Myślisz, ze Twoje dzieci przekleństw nigdy nie słyszały?
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:09
        > on ma wiele problemów jak widać nawet z postów Twoich.Nie tylko w pracy, ale mn
        > ie Twoja postawa doprowadziłąby do szału. Jesteś jakaś roszczeniowa.To już kurn
        > a nie można się w domu nawet zdenerwować? Co to ma być, powiesz kilka razy kur.
        > ...., walniesz pięscią w stół i masz zafundowane "wczasy"?Toć to człowiek/maz a
        > nie robot.Myślisz, ze Twoje dzieci przekleństw nigdy nie słyszały?

        Denerwujemy się w domu i denerwujemy się przy dzieciach. Nie uważam, że to coś złego. Denerwujemy się nawet na dzieci i czasem tez krzyczymy. Mi się zdarza użyć wyrazów, gdy jestem zła. Ale co innego zdenerwować się, a co innego rozładować na dzieciach agresję.
        To nie była złość to był wybuch agresji. Młodego dziecka nie mogłam uspokoić bardzo długo, starszy nie spał północy. Dzieci nie zrobiły nic złego, co mogłoby spowodować taki wybuch.

        Nie jestem idiotką, żeby wyrzucać męża z domu, za to że się zwyczajnie wkurzył. Jemu odbiło i nad sobą nie panował. To znacząca różnica. I nie chce go wyrzucać. Nie mam tylko pomysłu jak rozwiązać problem. Ja nawet nie wiem na czym ten problem polega. Mąz od jakiegos czasu robi różne manewry, wymiksował się z obowiązków. A teraz chodzi wściekły, nie chce powiedziec o co i w końcu traci nad sobą kontrolę.

        Chcę mu zaproponować, żeby na jakiś czas się wyprowadził i doszedł do ładu ze sobą. A nie wyrzucić z domu z dnia na dzień na ulicę. Musi mieć czas, żeby to przemyśleć, jeśli uzna, że mu to pomoże znaleźć jakieś miejsce do mieszkania, mieć czas na zabranie rzeczy. Musimy uzgodnić co powiemy dzieciom, a co rodzicom - bo będę musiała ich zaangażować do pomocy.

        Nie wiem, być może zaangażował się w inna kobietę i nie wie co zrobić i dlatego nagle wszystko mu przestało w naszym domu pasować. Może narobił długów na głupoty i nie wie jak z tego wybrnąć. Może miał kochanka i on go teraz szantażuje. Może okazało się, że zgłosiła się do niego panna, pokazała mu zdjęcie dziecka i powiedziała, że to jego córka?
        Skąd ja to mam wiedzieć. Skoro wyraźnie sobie nie radzi z czymś i nie chce mi powiedzieć co to - to musi sobie poradzić sam.
        Skoro jednak jego problemy choć nie chce o nich mówić zaczynają być problemem rodziny - bo na rodzinie rozładowuje frustrację - to tu powinnam w moim odczuciu powiedzieć stop.



        • kseniainc Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:15
          widzę, ze już decyzja podjęta, a w zasadzie od pierwszego posta;-p Niech przemyśliwuje poza domem.
          Od dłuższego czasu widać gracie do innej bramki. Życie wspólne, to nie tylko obowiązki i egzekwowanie.....
    • elton_dzwon Re: no to mam problem... 29.11.12, 13:47
      normalny facet w tej sytuacji uznałby, że żona wyrzuca go z domu a nie daje czas na przemyślenie, dlatego też powinien:
      * zaproponować jej, że weźmie ze sobą 1 dziecko, żeby potem nie spierać się o alimenty
      * wybić jej z głowy jej idiotyczne pomysły
      * wyprowadzić się z domu, zerwać kontakty z dziećmi a jak już dorosną i zapytają "dlaczego" to wytłumaczyć im że mama to ... a one będą wiedziały jak jej "podziękować"
    • stephanie.plum to już nie kwestia fochów 29.11.12, 13:52
      co Wy piszecie.

      Ona ma OBOWIĄZEK nie godzić się na przemoc stosowaną wobec dzieci i jej przeciwdziałać.
      zastanawianie się, strzelić focha czy nie, porozmawiać, czy nie - to w tej sytuacji o wiele za mało.
      • nie.mam.20 nauczylem sie jednej rzeczy w Polsce 29.11.12, 14:39
        nigdy nie wydawac podwladnemu polecenia, wiedzac, ze go nie wykona.
        postawic to ona sie moze, moze poleciec do sadu i ligi kobiet. Tylko, ze jej to malzenstwa nie uratuje.
        Znam pare sytuacji domowych osob uzaleznionych lub z problemami psychicznymi.
        Cierpliwosc i milosc okazana MIMO wszystko jest najlepszym rozwiazaniem.
        poki co, przemoc byla raz. radzac jej, pamietaj, ze to ona ponosi konsekwencje, nie ty.
        • stephanie.plum Re: nauczylem sie jednej rzeczy w Polsce 29.11.12, 14:48
          mądrze prawisz.
          dlatego, jako ciotka dobra rada, radzę, żeby powiedziała mu otwarcie, że na powtórkę się nie zgadza, niezależnie od przyczyn.

          bo czy małżeństwo przetrwa, to zależy od dwojga. ale jeśli jedno doznało chwilowej zaćmy na mózgu, drugie, to przytomne, powinno nie dopuścić, żeby osobom trzecim stała się krzywda.

          ja się w Polsce nauczyłam, że niestety furiactwo mężczyzn bywa traktowane jak zło konieczne - no tacy już są, że jak się wkurzą, to drą mordy. można wtedy nerowo chichotać, głośno przyznawać im rację,, ewentualnie słabo protestować.

          tymczasem trzeba im zdecydowanie pokazać, że nie tędy droga, właśnie w imię trwania małżeństwa. bo inaczej będzie tylko gorzej.
          • nie.mam.20 moja zona poskramia mnie spokojnie, systematycznie 30.11.12, 00:51
            juz od 33 lat. I jest na dobrej drodze. A ja sie tyko usmiecham. Bo ja jestem lagodny, zgodny i samo drobro :D
            Pytanie, czy chodzi o utrzymanie zwiazku, czy o natychmiastowe zapacykowanie?
            Wiesz, czym mnie zona rozwala?
            Cierpliwoscia i miloscia. Ja sie na nia nie moge pogniewac, bo nie mam powodow.
            Chodzacy ideal. Zadna tam feministka, dobra, polska zona, co to ugotuje, posprzata, dzieci wychowa, wysle mnie do dentysty i lekarza, zadba o wyprasowanie koszul.
            A ja jej za to cala kase oddaje, dostalem bonusik, mowie - kup sobie cos.

            Zamiast grozic, ze to pierwszy i ostatni raz, niech znajdzie droge do jego serca i rozumu. Nic na sile, chlop jest delikatna istota i moze miec gorsze dni.
            Najwazniejsze teraz to unikac zaostrzenia sytuacji, nawet kosztem wlasnego ego. Sa slowa, po ktorych nie ma powrotu. A tutaj, jak nigdzie, potrzeba rozmowy. Cierpliwej rozmowy. Przebic sie przez mur.
            • stephanie.plum Re: moja zona poskramia mnie spokojnie, systematy 30.11.12, 12:19
              ładnie brzmi to, co piszesz. nawet bardzo ładnie.

              moja mama też taka jest.
              z tatą bardzo się kochają, i nawet oczywiste "niedobranie charakterologiczne" ich nie zniszczyło.
              ale kiedy on był młodym facetem, a ja z bratem - szkrabami, cierpiał, biedak, na nietrzymanie furii. wybuchał, darł się. a potem przepraszał. ciężkie dla wszystkich.

              kiedy patrzę na nich dzisiaj, jestem wdzięczna mojej mamie, że nigdy w tatę nie zwątpiła.
              ale były takie lata, kiedy miałam do niej żal, że gdy umieraliśmy ze strachu, nie potrafiła się postawić w naszej obronie.

              nie wiem, jakie jest najlepsze wyjście, może lepszego nie było, tylko właśnie miłość i cierpliwość.
      • rurzowiutki Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 14:44
        jaki piekny rurzowy swiat prezentujesz
        az sie rozmarzylem
        • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 14:55
          ?
          • rurzowiutki Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 15:02
            czego nie rozumiesz?
            • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 15:14
              nie rozumiem, co skłoniło cie do napisania poprzedniego komentarza.
              • rurzowiutki Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:51
                aha, no to sie nie dowiesz
      • twojabogini Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:14
        stephanie.plum dziękuje ci bardzo za zrozumienie. Ja nie mogę znieść sytuacji, gdy dla dobra dzieci matki godzą się na to, aby Pan mąż i władca odreagowywał na tychże dzieciach swoje problemy. Jak jest taki mocny, to niech idzie pokłócić się z sąsiadem.

        Trafiają do mnie kobiety ofiary przemocy ze strony partnerów. I zawsze ciśnie mi się na usta pytanie - dlaczego nie przerwała Pani tego od razu (nigdy tego nie robię, bo nie mam do tego prawa, jestem żeby pomóc a nie oceniać). Teraz już chyba jednak wiem, jeśli całe ich otoczenie tak reagowało, ze raz to nie raz, ze to pani powinna coś zrobić z tym, że pan nie panuje nad sobą, że powinna się nad nim czule pochylić, prowadzić godzinne debaty i szukać winy w sobie...
        • to.niemozliwe Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:08
          O czym Ty piszes? jeszcze niedawno wychwalałas swojego faceta pod niebiosa jaki jest doskonaly, a teraz, ze stosuje wobec Was przemoc? Bo podniósł głos kilka razy?
          Całkiem mozliwe, ze jego problemem jesteś Ty.
          • rekreativa Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:24
            " Całkiem mozliwe, ze jego problemem jesteś Ty."
            Mozliwe, ale niech on wreszcie weźmie i to głośno wyartykuuje, bo ilez mozna dreptać wkoło gościa i się słodko dopytywać, o co mu, kuzwa, chodzi?
      • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:16
        >na przemoc stosowaną wobec dzieci

        więc było tak: wylała się herbata na podłogę, facet się wydarł. to jest ta przemoc?
        do przemocy to się policję wzywa.
        bez przesady.
        • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:31
          no coś TY.
          naprawdę uważasz, że między wytarciem herbaty w milczeniu a wezwaniem policji nie może być NIC? (żadnych innych możliwych reakcji?)
          to dopiero byłoby straszne.

          to jest akurat taki temat, w którym mogę mieć skłonność do przesady, bo wiem, jak się czuje dziecko, na które ojciec - kochany, dobry i szlachetny człowiek, ale nie umiejący panować nad sobą - drze się w przypływie furii tak, że zmienia się na twarzy, czerwienieje, blednie, sinieje, dygocze...
          właśnie za duperel. albo za nic. dlatego, że dziecko nie umie myśleć, nie raczyło się chwilę nad sobą zastanowić, itepe, itede.
          rozlało herbatę. roześmiało się głośno o piątej nad ranem. za wolno je.

          wiem, że poczucie winy, jakie przygniata potem nie kogo innego, tylko właśnie tego ojca, naprawdę nie jest warte tej chwili, w której sobie ulżył.
          mijają lata, ojciec i dziecko chcą się z nowu w swojej obecności poczuć bezpiecznie i swobodnie, ale cos już zawsze będzie uwierać, żeby nie wiem jak się oboje starali.

          facetowi trzeba pomóc, i to zaraz, bo sobie spieprzy zycie. jak się nie da inaczej, to szokowo.
          to jest emocjonalna katastrofa, ruiny i zgliszcza tam, gdzie powinno byc poczucie bezpieczeństwa.
          • piataziuta Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:39
            > to jest akurat taki temat, w którym mogę mieć skłonność do przesady, bo wiem, j
            > ak się czuje dziecko, na które ojciec - kochany, dobry i szlachetny człowiek, a
            > le nie umiejący panować nad sobą - drze się w przypływie furii tak, że zmienia
            > się na twarzy, czerwienieje, blednie, sinieje, dygocze...
            > właśnie za duperel. albo za nic. dlatego, że dziecko nie umie myśleć, nie raczy
            > ło się chwilę nad sobą zastanowić, itepe, itede.
            > rozlało herbatę. roześmiało się głośno o piątej nad ranem. za wolno je.
            >.

            i z takiego dziecka wyrasta potem człowiek z poszarpanymi nerwami, zaburzoną samooceną i z takimi samymi skłonnościami agresji jak u tatusia - tylko jeszcze z dodatkowym obciążeniem w postaci myśli "jestem zły tak samo jak ojciec"

            • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:44
              tak.
              ale przychodzi chwila, kiedy przestaje się na to patrzeć tak fatalistycznie.
              człowiek tworzy się przez różne zmagania.
              bywa, że one nie zabiją tylko wzmocnią. co nie znaczy, że są przyjemne.
            • twojabogini Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:58
              > i z takiego dziecka wyrasta potem człowiek z poszarpanymi nerwami, zaburzoną sa
              > mooceną i z takimi samymi skłonnościami agresji jak u tatusia - tylko jeszcze z
              > dodatkowym obciążeniem w postaci myśli "jestem zły tak samo jak ojciec"
              >
              Złe wzorce z dzieciństwa nie wchodzą w grę. jego ojciec to uosobienie spokoju i z relacji rodzinnych wynika, ze taki był zawsze. Zanim zdecydowałam się z nim związać poznałam dobrze jego rodzinę i to co zobaczyłam było dobrą rękojmią - wzajemny szacunek, miłość, współpraca. To nie był złudny obrazek, teraz z teściami widuje się często i takie jest ich małżeństwo. Ani grama przemocy, braku kultury szacunku. Dzieci wychowane w dość sporej dyscyplinie, ale z miłością i szacunkiem, bez krzyków i bicia.

              To było moje drugie małżeństwo i zanim podjęłam decyzję poznałam lepiej nie tylko potencjalnego męża, ale także jego rodzinę, znajomych, przyjaciół. To nie jest środowisko w którym w szale się wrzeszczy na wystraszone i nic nie rozumiejące dzieci.
              • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:05
                wiesz co, naprawdę, jedyna sensowna dla Was rada, to idźcie do jakiegoś terapeuty, może on Ci pokaże to, czego sama nie jesteś w stanie albo i nie chcesz zobaczyć od kilku wątków, jakie tu zakładasz.

                na mój gust, to po prostu szukasz na siłę powodu do wyjścia z tego małżeństwa, i to tak, żeby drugą stronę obciążyć stuprocentową winą.

                bez arbitra to sorry, ale nie macie szans wyjść poza swoje racje.
                • kirkunia Re: to już nie kwestia fochów 30.11.12, 00:51
                  Dobrze prawisz, six
          • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:57
            dlaczego, może być bardzo wiele reakcji, przecież nie znamy sytuacji, bo jak zwykle najważniejsze nie jest opisane. no ale jak widać, da się z tego zrobić PRZEMOC i konieczność ochrony dzieci przez oddelegowanie towarzysza ojca z domu.

            >bo wiem, jak się czuje dziecko, na które ojciec - kochany, dobry i szlachetny
            no właśnie, a sytuacja zdarzyła się PIERWSZY raz. sorry, ale jeśli to był pierwszy raz, to nie robi się takich cyrków jak: a może byś się mężu wyprowadził won i ochłonął.

            daj spokój, to jest wszystko przedstawiane tak jednostronnie, że oto w lewym narożniku masz oazę spokoju i zrozumienia wszelakiego, czyli boginię, a w narożniku prawym tego opornika i źródło zła. BO ON się zmienił.

            etam. ale już dawno pisałam, czym to się skończy, to nie będę po raz setny strzępić klawiatury. jak się ma swoją wizję związku, to wiadomo, że czyjaś wizja jest zawsze do niczego.

            dziękuję za uwagę.
            • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:06
              no, tośmy se pogadały.

              ja nie jestem zdania, że powinna z nim zrywać albo go wyrzucać z domu, co zresztą napisałam, ale trochę wyżej, więc można było nie zauważyć.

              poza tym - to jest durne forum, a nie spotkanie z mediatorem, jak chcesz osiągnąć tu obiektywizm?

              czuję, że w jakimś sensie masz rację - źle jest ferować wyroki nie znając całej prawdy - ale to by nas zmuszało do niewypowiadania się w żadnym wątku prawie.
              • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:14
                >jak chcesz osiągnąć tu obiektywizm?
                tak najprościej? przedstawiając sytuację rzetelnie, a nie tak żeby uzyskać lajki dla siebie i kciuki w dół dla ojca przemocowca.

                wypowiadać się można, po to jest forum. snuć domysły można, no ale na litość niech będą jakieś granice. nie było mowy o przemocy w rozumieniu takim, że należałoby wezwać np. policję. typowe spięcie na tle jakiejś drobnostki, może z przesadzoną reakcją, a może z nieprzesadzoną, kto to wie, przecież nie napisała.

                a reakcję na to masz jaką? czy powiadomić rodziny, czy zaproponować mu żeby pomieszkał poza domem. no gdzie w ogóle proporcje jakieś?
                • stephanie.plum Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:25
                  niech nawet będzie, że ona zachowywała się od dawna jak uprzykrzona mucha, a dzieci jak wściekłe prosięta.
                  niech będzie, że ona głównie zajmuje się własnym komfortem i dopieszczaniem własnych ambicji, albo pomnażaniem kapitału żalu, że tych ambicji rozwijać nie może, bo założyli rodzinę, a mąż nie chce wszystkiego robić sam.

                  niech on będzie najcierpliwszym, najofiarniejszym, najbardziej kochającym z ludzi, a ona wyrachowaną barakudą, która czai się i wypatruje pretekstu do rozwodu.

                  za to wszystko ja - ze swych wyżyn moralności - mogę nie szczędzić jej krytyki.

                  ale, o ile cała jej historia nie jest zmyślona, fakt pozostaje, że gościu wydarł się agresywnie na małe dzieci.

                  równie niezdrową i przesadną reakcją wobec jego czynu, jak wezwanie policji, rozwód i rodzinny ostracyzm, jest moim zdaniem natychmiastowe rozpoczęcie poszukiwania USPRAWIEDLIWIEŃ jego zachowania.
                  - że to tylko raz
                  - że dzieci pewnie zasłużyły
                  i tak dalej.
                  • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:59
                    >niech będzie, że ona głównie zajmuje się własnym komfortem i dopieszczaniem własnych ambicji, albo pomnażaniem kapitału żalu, że tych ambicji rozwijać nie może, bo założyli rodzinę, a mąż nie

                    nie, ona po prostu od-le-cia-ła.

                    >rozpoczęcie poszukiwania USPRAWIEDLIWIEŃ jego zachowania.
                    a kto poszukuje? bo chyba nie ja. ja oceniam nieadekwatność reakcji do zaistniałej sytuacji. i nikt mi nie wmówi, że to wszystko dlatego, że on przestał zmywać i chodzić z dziećmi do lekarza. to som jawne bzdury, pszę państwa. takie cuda mogą być tylko efektem, a nie przyczyną. a przedstawianie efektów jako przyczyn to, patrz wyżej, zbieranie kwitów na to jaki mąż jest zły.
                    • kseniainc Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 18:13
                      taaaaaa
                      to już skutki.....
                    • kalllka Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 18:42
                      Uhym, o kwitach tez wcześniej pisała, ze zbiera
                      i zanosi do US.
                      I się kobita zwyczajnie skarży ze mąż nie zachowuje
                      się jak był zwykł tylko dostał "nagłego kota "
                      więc na zasadzie wstrzasnienia próbuje z nim tym
                      samym- oddaniem kotem.
                      Trudno imaginowac jak potoczy się takie starcie
                      kotów ale najczęściej stratami po obu stronach.
                      Ja bym ci Boguniu poradziła, jesli juz ostentacyjnie
                      to ciche dni.
            • piataziuta Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:23
              załóżmy że masz rację
              co powinna twoim zdaniem zrobić boginii, żeby to teraz odkręcić?
              paść na kolana i bić głową w podłogę, żeby pan łaskawie przemówił i wytłumaczył co mu nie pasuje?
        • twojabogini Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 16:52
          six_a napisała:

          > >na przemoc stosowaną wobec dzieci
          >
          > więc było tak: wylała się herbata na podłogę, facet się wydarł. to jest ta prz
          > emoc?
          > do przemocy to się policję wzywa.

          Umiem odróżnić złość na dzieci - które tą złość czasem same wywołują (są momenty gdy sama wyrzuciłabym swoich potomków przez okno i usprawiedliwia mnie tylko to, ze okna są na parterze) od wybuchu agresji, którego dzieci nie sprowokowały.
          Jest różnica między nagłym wybuchem złości i nagłym wybuchem agresji.
          • six_a Re: to już nie kwestia fochów 29.11.12, 17:00
            przecież nie było cię w pokoju, przyszłaś dopiero w środek awantury, skąd wiesz, co było wcześniej i co spowodowało wybuch, jeśli nawet o tym nie rozmawialiście. nie zebrałaś zeznań od wszystkich, to co możesz ocenić?
    • zolla78 Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:13
      A brałaś pod uwagę takie trochę mniej fajne wytłumaczenia jego zachowania.
      Tj. że tak naprawdę nigdy nie chciał być partnerem, ale wcześniej w innym układzie widział, że nie ma wyjścia. Teraz z dzieckiem i ty bez wcześniejszej pracy, po prostu wdraża to co chciał mieć od początku. Że ćwiczy właśnie twoje granice i jednocześnie czuje się w waszym układzie już na tyle silny, że już nie uważa za konieczne pilnowanie się. Że poczuł się niejako panem sytuacji. A ta cała nerwowość to wynik tego, że z jednej strony chce by było tak jak on chce, a z drugiej strony wie, że jest w nieporządku wobec ciebie. Wtedy niestety i tak zwali na koniec za wszystko winę na ciebie, włączając w to agresję.
      A może wcześniej zbyt dużo rzeczy działo się tak jak ty chciałaś, tj. małżeństwo, dziecko, inwestycje - i nie ma tu znaczenia, że na to się zgadzał - i tak może czuć się upokorzony tym, że było jak ty chcesz. Wiem, że brzmi to głupio, ale mi coś takiego powiedział ostatnio psycholog. I tłumaczył właśnie, że co innego zgoda ze strony faceta na coś takiego, a co innego jego wewnętrzne poczucie upokorzenia, że podejmuje decyzje zgodne z tym co chce partnerka, a nie daj boże, ma jeszcze ona w tym rację.

      Nie wiem co doradzić. Chciałabym być chociaż trochę tak stanowcza jak ty się wydajesz. Ja mam jakiś problem chyba sama z sobą. Mąż właśnie dzisiaj w nocy, jak próbowałam naszą małą uspokoić bo wybudziła się i płakała, wyskoczył na mnie z pyskiem, że nie umiem jej uspokoić, a nią też niemal wydarł się, że ma być cicho. I to u nas częste jest. A ja tylko zastanawiam się czy nie przegnę jak powiem, że z uwagi na takie zachowanie nie wyjdę z nim dzisiaj wieczorem na koncert :( O powiedzeniu mu by się wyniósł na jakiś czas nawet nie myślałam :(
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:27
        zolla78 napisała:

        > Że ćwiczy właśnie twoje granic
        > e i jednocześnie czuje się w waszym układzie już na tyle silny, że już nie uważ
        > a za konieczne pilnowanie się.

        Myślałam o tym, ale nie sądzę, żeby dał utrzymać taką partnerską maskaradę tyle lat i dopiero teraz to puściło. Zwłaszcza, ze nie jestem od niego w żaden sposób zależna. Poradzę sobie z nim czy bez niego. Nie jestem z nim bo muszę, bo nie dam rady sama z dziećmi itp.

        > A może wcześniej zbyt dużo rzeczy działo się tak jak ty chciałaś, tj. małżeństw
        > o, dziecko, inwestycje - i nie ma tu znaczenia, że na to się zgadzał

        Wcale nie planowałam małżeństwa, w ogóle w swoim życiu. Zaskoczył mnie. Zgodziłam się, bo go kochałam, bo był partnerski, bo wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Na dziecko zdecydowaliśmy się razem, on chciał wcześniej, ja wtedy nie byłam gotowa i w którejś rozmowie uznałam, że teraz już mogę, oswoiłam się z myślą ze będę znów mamą (tego też już w swoim życiu nie planowałam). Inwestycje wymyśliłam ja - ale uzgodniliśmy wszystko razem. Wiele rzeczy zrobiliśmy według jego planów, w tym bardzo poważne zmiany, takie jak radykalna zmiana zamieszkania.

        > Ja mam jakiś problem chyba sama z sobą. Mąż właśnie dzisiaj w nocy, jak
        > próbowałam naszą małą uspokoić bo wybudziła się i płakała, wyskoczył na mnie z
        > pyskiem, że nie umiem jej uspokoić, a nią też niemal wydarł się, że ma być cic
        > ho. I to u nas częste jest. A ja tylko zastanawiam się czy nie przegnę jak powi
        > em, że z uwagi na takie zachowanie nie wyjdę z nim dzisiaj wieczorem na koncert
        > :( O powiedzeniu mu by się wyniósł na jakiś czas nawet nie myślałam :(

        Wiesz, może twój mąż po prostu się złości? W złości krzyczy się różne rzeczy, także na dziecko. Mi tez się zdarza. Myślę, że gdyby chodziło o rozładowanie agresji na tobie i dziecku reagowałabyś inaczej. To naprawdę ogromna różnica - miałam okazję to wczoraj poczuć na własnej skórze - a raczej nasze dzieci, bo ja przerwałam "pokaz" bardzo szybko.




      • berta-death Re: no to mam problem... 30.11.12, 21:25
        Tak czytając te wszystkie małżeńskie wątki o problemach, które pojawiły się wraz z przyjściem na świat dzieci, przyszło mi do głowy, że to chodzi o to, że pod jednym dachem niemowlak plus osoba pracująca to duet mocno niekompatybilny. Musi prowadzić do konfliktów.

        Ktoś kto pracuje na pełny etat zazwyczaj musi wstać o tej 6rano a potem przez minimum 11-12h być na nogach w stanie pełnego czuwania. Bo to nie tylko o pobyt w pracy chodzi, ale też o dojazd do niej, powrót, stanie w korkach, szykowanie się do wyjścia z domu, itp. Nawet jak ta praca nie jest szczególnie zobowiązująca intelektualnie czy fizycznie to i tak przebywanie w hałasie, szumie informacyjnym i nawet małym, ale zawsze, stresie, ciągłym stanie czuwania bo nie można się walnąć na kanapie i zdrzemnąć pół godziny, jest wyczerpująca. A co dopiero kiedy jest się głównym żywicielem rodziny i trzeba taką pracę wykonywać, żeby mieć z tego sensowną kasę, wtedy jest zazwyczaj zdecydowanie mniej lajtowo i dłużej to trwa.

        I żeby to przetrwać to też trzeba mieć na to kondycję i być w miarę wypoczętym. Czyli te 7-8 godzin na dobę trzeba przespać. Nie mając kiedy spać w ciągu dnia, bo w pracy żywcem się nie da, trzeba to robić w nocy. Czyli od tej 22-23 do 6rano człowiek chciałby już mieć ciszę i spokój, żeby wypocząć przed maratonem kolejnego dnia. Zwłaszcza, że większość osób ma pewne problemy ze spaniem i nie ma tak, że nawet wystrzał z armaty ich nie obudzi ani tak, że ledwo głowę do poduszki przyłożą to już śpią, zwłaszcza jak ich ktoś lub coś w środku nocy obudzi.
        A niemowlak wręcz odwrotnie, nie ma 24 godzinnego rytmu dnia, śpi na raty przez całą dobę na okrągło, je po nocach a jak mu się coś nie spodoba to wyje z głośnością młota pneumatycznego a wyć potrafi i przez kilka godzin non stop. Siedząc z dzieckiem w domu, człowiek szybko się przestawia na niemowlęcy rytm życia i spokojnie jest w stanie funkcjonować śpiąc na raty, natomiast jak się pracuje to takiej możliwości nie ma. Po pracy też nie, bo wracając do domu akurat trafia się w popołudniowo-wieczorną aktywność dziecka i jeszcze trzeba się nim zająć w imię równouprawnienia i integracji. I najczęściej taka osoba cierpi na deprywację snu, co potrafi człowieka zmienić w potwora. Bo można jedną noc zarwać, nawet kilka, ale jak to jest 50 noc z rzędu, to można wyjść z siebie i stanąć obok.
        • kochanic.a.francuza Re: no to mam problem... 05.12.12, 16:39
          Trafilas w sedno, tu jest pies pogrzebany, chociaz malo kto sobie sprawe z tego zdaje.
          Datego nie wierze w zadne "godzenie pracy z dbaniem o dom". Doa sie da, tylko na jakim pozimie? Na takim, ze na dluzsza mete ani on ani ona nie wytrzymuja napiecia. Widze to we WSZTSKICH" malzenstwach pracujacych bez wyjatku. Jedni sie kotluja i po latach jakos ukladaja, inni sie glownie z tego wyczerpania rozwodza, dopisujac ideologie ze on czy ona jedzowata/ty.
    • magnusg A ja uawazam,ze to dobry pomysl 29.11.12, 14:13
      W obydwoch jak widac poziom frustracji tym zwiazkiem siega zenitu i czas na koncowe wyjasnienia.Jak go postawi pod sciania grozba wywalenia z domu, to facet pewnie wybuchnie i autorka dowie sie w glosnych slowach bycmoze wielu przykrych dla niej prawd niewypowiadanych od tygodni/miesiecy/lat.Ryzyko jest takie,ze to bedzie koniec tego Love Story,ale wedlug mnie lepszy straszny koniec niz strach bez konca i kiszenie sie wzajemne w parazwiazku.
    • satysf.akcja Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:26
      Wiesz co, jak czytam co piszesz (o sporze, ustępstwach, dalszym sporze...), to przypomina mi się historia pewnej pary. Para świetna, zgrana, ładna i tylko pozazdrościć, mężczyzna w pewnym momencie poznał inną kobietę - zakochał się, w żaden sposób jednak nie umiał odejść od żony, wziąć odpowiedzialności na siebie za to swoje zakochanie i odejście. I zaczęła się jazda mająca sprowokować żonę do odejścia. To nie był żaden przemyślany, wykalkulowany plan. W opowieści tego mężczyzny przedstawione to było jako wahanie, niemożność dokonania wyboru - chociaż tak naprawdę wybór był już dokonany, chciał być z kochanką. Nawet wtedy jak już zdrada się wydała, on wyprowadził się, to zabawa z żoną ciągle trwała, dawanie nadziei, jednocześnie stawianie warunków, które żona spełniała, co tylko go rozsierdzało, bo warunki były po to, żeby ona go rzuciła, a nie dostosowywała się. Pan nawet przez chwilę nie podejrzewał siebie, że to co robi jest nie fair, on po prostu chciał, żeby to ona podjęła decyzję i wzięła odpowiedzialność, żeby go uwolniła, a on nie musiał myśleć o sobie źle.
      Nie mówię, że u Ciebie też tak jest, ale może warto się zastanowić i przegadać, czy Twój mąż w ogóle chce dalej z Tobą być, a nie tylko w jakim układzie obowiązków.
      • satysf.akcja Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:42
        O, a teraz mi tak jeszcze przyszło do głowy. Może też warto się zastanowić, czy Ty chcesz z nim być. Może Twoje plany, pretensje, doszukiwanie się w jego zachowaniu zmian na niekorzyść i żądanie poprawy, nie są tak naprawdę próbą stawiania go pod ścianą, tak aby to on w końcu odszedł. Może Wy wcale nie chcecie już być ze sobą.
        • rurzowiutki Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:45
          wlasnie pomyslalem a moze on jest ukrytym gejem?
          • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:43
            rurzowiutki napisał(a):

            > wlasnie pomyslalem a moze on jest ukrytym gejem?

            Jesteś taki słodziusi. Jeśli okaże się gejem dam ci jego zdjęcie, jak ci się spodoba, może czeka was słodziuśka przyszłość.
            • rurzowiutki Re: no to mam problem... 29.11.12, 17:52
              nie bardzo, bo on czasem krzyczy
        • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:42
          satysf.akcja napisała:

          > O, a teraz mi tak jeszcze przyszło do głowy. Może też warto się zastanowić, czy
          > Ty chcesz z nim być. Może Twoje plany, pretensje, doszukiwanie się w jego zach
          > owaniu zmian na niekorzyść i żądanie poprawy, nie są tak naprawdę próbą stawian
          > ia go pod ścianą, tak aby to on w końcu odszedł. Może Wy wcale nie chcecie już
          > być ze sobą.

          Nie. Zmiany nastąpiły obiektywnie. Gotował - nie gotuje. Woził dzieci do lekarzy - nie wozi. Brał udział w rehabilitacji - nie bierze, nawet przy ćwiczeniach, które obsługują dwie osoby. Brał udział w porządkach w domu - nie bierze. Dzieliliśmy się odpowiedzialnością - teraz to ja jestem odpowiedzialna za wszystko. Wspierał mnie i moje plany zawodowe, doceniał moją pracę - przestał i zaczął domagać się żebym to ograniczyła (moja praca jest zwyczajnie potrzebna żebyśmy mogli się utrzymać).

          Owszem chcę z nim być, ale na normalnych warunkach.
      • pani_frig Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:52
        A wiesz, że podobny scenariusz przyszedł mi do głowy po przeczytaniu wpisów boginii.
        • agios_pneumatos Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:02
          pani_frig napisała:

          > A wiesz, że podobny scenariusz przyszedł mi do głowy po przeczytaniu wpisów bog
          > inii.

          Się nie dziwię. Nie wiem jak ten człowiek z nią wytrzymuje.
      • twojabogini Re: no to mam problem... 29.11.12, 16:37
        satysf.akcja napisała:

        > Wiesz co, jak czytam co piszesz (o sporze, ustępstwach, dalszym sporze...), to
        > przypomina mi się historia pewnej pary. Para świetna, zgrana, ładna i tylko poz
        > azdrościć, mężczyzna w pewnym momencie poznał inną kobietę

        Myślałam o tym. Dopasowałam się do oczekiwań, o których nigdy bym nie pomyślała, że spełnię. Powinna nastać sielanka, a tu frustracja, złość, w końcu wybuch agresji. Coś jest mocno nie tak.
        Ja na pewno nie pozwolę ciągnąc dłużej takiej sytuacji, dać się wmanewrować w wojny podjazdowe i mamić. Spotkałam się z historiami podobnymi do tej, które opisujesz i widzę pewne analogie. Zwłaszcza, że niektórym panom nawet nie trzeba było kochanki do urządzania takich jazd, wystarczyło że uświadomili sobie, ze obowiązki będą już teraz zawsze, a przynajmniej do czasu aż najmłodsze dziecko nie podrośnie.
        Dochodzić, czy ma kochankę nie zamierzam, to poniżej mojej godności.
        • satysf.akcja Re: no to mam problem... 29.11.12, 20:34

          > Dochodzić, czy ma kochankę nie zamierzam, to poniżej mojej godności.

          Nigdy nic podobnego bym nie sugerowala. Sugerowałam, że może trzeba się zastanowić nad checią bycia w związku - jego, Twoją. Bo kiedy dwójka ludzi, którzy kiedyś mogła się dogadać, a nagle przestaje i pomimo prób porozumienia dalej nic nie wychodzi, to może brakuje po prostu chęci.
          A jak naprawdę jest to nie mam pojęcia, a cokolwiek by niebyło, to życzę powodzenia i rozwiązania problemu.
        • nie.mam.20 sporo w tobie agresji siedzi - my way or highway? 30.11.12, 01:14

    • rurzowiutki Re: no to mam problem... 29.11.12, 14:43
      nie napisalas jeszcze czy jak rano idzie do ubikacji to czy steka i jak glosno, bo moze ma prostate i stad ten problem
      nic innego mi nie przychodzi na mysl
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka