marta.uparta
03.11.15, 13:23
Kiedyś już pisałam na ten temat. Mój mąż ma pewną seksistowską teorię, polegającą na tym, że związki, w których się nie gotuje i nie spożywa razem przynajmniej jednego wspólnego posiłku dziennie mają bardzo niewielką szansę na przetrwanie. W domyśle oczywiście najlepiej jak gotuje kobieta. Od lat co jakiś czas ten temat wypływa, najczęściej w sytuacji gdy jakaś znajoma para się rozstaje i wtedy oczywiście jest jego na wierzchu, bo rodzina nie jadła wspólnie obiadów. I muszę powiedzieć, choć niechętnie, ale w tej teorii jest dużo prawdy. Ostatnio rozpadło się małżeństwo (po 20 latach) naszych dobrych znajomych, którzy przez długi czas przeczyli tezie mojego męża, ponieważ związek trwał mimo iż oparty na obiadach w postaci otwartej puszki sardynek. Pan poszedł do wiele młodszej panny, która, nie sądzę że gotuje lepiej od żony, ale pewnie dysponuje innymi zaletami.
Mamy też znajomych, w których żona, będąc ewidentną zołzą , gotuje jak anioł - i małżeństwo szczęśliwie trwa. Oczywiście, gotowanie przez kobietę niewiele zmniejsza ryzyko rozpadu związku, znamy i takie pary, które mimo wybornej kuchni rozchodzą się. Ale brak gotowania - to jest prawie 100 % prawdopodobieństwa, że małżeństwo (związek) nie przetrwa. Osobiście znamy tylko jedno małżeństwo z 40letnim stażem, w którym kobieta miała dwie lewe ręce do gotowania, ale za to jej mąż gotował smacznie i z zamiłowaniem i ten codzienny posiłek dla całej rodziny był.
Zastanawiam się, czy tak jest, czy możecie znaleźć przykłady, które zdecydowanie tej tezie przeczą (mam na myśli związki z naprawdę długim stażem, kilkudziesięcioletnim)? Czy faktycznie wspólny posiłek codziennie, i ten moment gdy wszyscy spokojnie razem usiądą przy stole i razem zjedzą to co sami smacznie ugotowali sprzyja scaleniu rodziny? Że jesteśmy w stanie przymknąć oko na niedostatki charakteru naszych towarzyszy i towarzyszek życia, skoro wynagradzają nam to pysznymi obiadkami?