piataziuta
20.10.17, 15:50
Czytam wypowiedzi moich znajomych koleżanek, które przyznają, że były molestowane i jako przykłady podają np. niewybredne komentarze na swój temat, niechciane spojrzenia, nazbyt intensywne przytulanie wujka, ocieranie w windzie, albo sytuacje w stylu "instruktor nauki jazdy złapał mnie za rękę, pod pretekstem, że źle trzymam kierownicę".
Jak myślicie:
1) czy wkładanie sytuacji tego typu do jednego wora z gwałtem, niechcianym obmacywaniem i oferowaniem pracy/kariery za seks (oraz uniemożliwianiem tychże w przypadku odmowy) nie umniejsza tym drugim?
Identyfikowanie się z ofiarami molestowania grubego kalibru, po tym jak żul spod budki krzyknął "Ale dupa!" i uśmiechnął się obleśnie, wydaje mi się nie w porządku i świadczy (dla mnie) o ogromnym braku wyobraźni w stosunku do "prawdziwych" ofiar.
Do tego dochodzi możliwość błędu interpretacji w niektórych sytuacjach - jak z tym łapaniem za rękę przez instruktora - byłam podobnie łapana przy zmianie biegów, mój chłopak także - nie odczuwaliśmy tych sytuacji jako coś niewłaściwego.
Oczywiście, że najlepiej byłoby zapytać koleżanki bezpośrednio, ale temat jest drażliwy, wolę to przemyśleć najpierw tutaj.
2) jeżeli kwalifikowanie opisanych sytuacji jako "molestowania" nie jest przesadą, to jak wyznaczyć granicę pomiędzy flirtem a molestowaniem? Czy jeżeli nie mamy ochoty z kimś na flirt, a ten ktoś podejmuje jego próby, to czy to nie podchodzi pod molestowanie?
To jak?
Jestem w błędzie?