Gość: miregal
IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl
09.02.03, 18:37
tak sie przy okazji ostatniej "koledy" zastanawialam jak to jest ze nie mozna
zadnemu ksiedzu powiedziec ze sie nie wierzy, zeby sie nie narazic na
natychmiastowe ewangelizowanie. ja np. nie wierze w Boga bo po prostu... no
jakos. nie wierze w zadna sile wyzsza ktora tym swiatem kreci. jesli komus
pomagam i robie cos dobrego, albo odwrotnie, powstrzymuje sie od zrobienia
swinstwa, to nie po to zeby pojsc do nieba tylko tak o, bo jestem przyzwoitym
czlowiekiem. zaznaczam, ze pomagam chetnie, dziala w wolontariacie, nigdy
nikogo nie oszukalam i nie okradlam i nie zamierzam. moj ojciec jest ateista,
i moja przyjaciolka, i moj chlopak, i wszyscy sa dobrymi, uczciwymi ludzmi.
ja szanuje czyjas wiare i w zyciu by mi nie przyszlo do glowy namawiac kogos,
zeby przestal wierzyc - absurd! a ksiedzu po koledzie juz z rezygnacja
wcisnelam kit ze jestem wierzaca tylko chodze na msze akadmickie a nie do
osiedlowej parafii, bo jak raz uczciwie powiedzialam ze nie wierze i juz to
mialam b. wyczerpujaca sesje "nawracania". tak mi sie wydaje, ze to jest
troche... nietaktowne. co o tym myslicie? zaznaczam ze nie krytykuje wiary,
uwazam ze dekalog jest piekny a Chrystus, chociaz nie wierze w jego boskosc,
byl bardzo godnym szacunku, odwaznym, dobrym czlowiekiem.