titus_flavius
17.03.03, 05:51
Ave,
z dzisiejszej Rzepy:
T.
Polemika Czy Januszowi A. Majcherkowi przeszkadza dobre wychowanie?
O polityce wymierzonej w rodzinę
ROBERT PUCEK
O ogólnopolskiej konferencji "Dzieci - ofiary przemocy w rodzinie"
dowiedziałem się z artykułu Danuty Frey ("Rz" 11.03.2003 r.). Po przeczytaniu
jestem przerażony, widząc jak do jednego kosza wrzuca się "fizyczne karcenie
dzieci" wraz ze "znęcaniem się nad rodziną", nie mówiąc już o bardzo modnym
ostatnio "wykorzystywaniu seksualnym".
Nikt przy zdrowych zmysłach nie jest zwolennikiem katowania dzieci. Wydawać
by się jednak mogło, że bez trudu można odróżnić przyłożonego w odpowiednim
momencie - na przykład wtedy, gdy inne formy perswazji zdecydowanie zawodzą -
klapsa od łamania kości czy przypalania papierosem lub żelazkiem. Klaps
wymierzony we właściwym momencie, jest jak najbardziej uprawnionym środkiem
wychowawczym i może być podyktowany rodzicielską miłością właśnie, a nie
bezmyślnym okrucieństwem. Rzecz w tym jedynie, by odróżniać uzasadnione
karcenie, które jest świętym prawem i obowiązkiem rodziców, od znęcania się
nad dziećmi.
Tymczasem uczestnicy rzeczonej konferencji chcą zapisać w art. 95 kodeksu
rodzinnego, że "zakazane jest stosowanie wobec dzieci kar cielesnych i innych
poniżających metod". Absurdalność takiego zapisu woła o pomstę do nieba.
Byłby to kolejny cios w plecy zadany przez państwo i tak już mocno osłabionej
rodzinie. Dzięki niemu już niedługo niegrzeczny chłopczyk lub początkujący
chuligan będzie mógł - niczym nieśmiertelny, jak się okazuje, Pawka Morozow -
zadenuncjować swego ojca, który posłał go do kąta lub przejechał mu pasem po
tyłku. Jeżeli na dodatek chłopak weźmie wygadanego adwokata - ma się
rozumieć, że na koszt ojca lub podatnika - to może uda mu się nawet wysłać
rodzica do więzienia, a wtedy "hulaj dusza, piekła nie ma". A przecież
nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której porządne lanie w odpowiednim
momencie może wyrwać jakiegoś początkującego chuligana spod wpływu grupy
rówieśniczej i zawrócić go ze złej drogi. Jeżeli zaś chodzi o rodziców
ewidentnych sadystów, to od tego są prokurator i policja.
Należy przy tym z całą mocą podkreślić, że państwo, które chciałoby w ten
sposób związać ręce rodzicom, samo przecież nie zrezygnuje wcale ze swoich
uprawnień do "fizycznego karcenia" i nie zabroni na przykład
policjantom "pałowania" awanturujących się młodocianych kibiców piłki nożnej.
Gołym okiem widać, że jest to kolejna wersja filozofii Kalego. Ponadto nikt
nam nie zaręczy, że za jakiś czas to samo państwo nie każe wypłacać młodzieży
kieszonkowego, na przykład obliczanego w zależności od dochodów rodziców, bo
przecież brak pieniędzy na dyskotekę, nowe buty lub loda może być
również "poniżający" dla młodego człowieka. Na tym właśnie polega kłopot z
etatystami wszelakiej maści, że kiedy zaczynają operować żywy organizm
społeczny - na chybił trafił wycinając z niego organy w postaci różnych norm
i obyczajów - nikt nie potrafi przewidzieć do czego to w końcu doprowadzi.
Tak się złożyło, że sprawozdanie z konferencji ukazało się w tym samym
numerze "Rzeczpospolitej", co artykuł Janusza A. Majcherka ("Rodzina i
polityka"), w którym autor ten - polemizując z moją obroną rodziny - opowiada
nam o zagrożeniach, jakie niesie z sobą życie rodzinne. Nie mogę się jednak
zgodzić z twierdzeniem Majcherka, że puszczona samopas część dzisiejszej
młodzieży okłada się bejsbolowymi kijami, a bywa, że i brutalnie morduje, bo
w ten sposób okazuje bunt przeciw sztywnym konwenansom. Nie wiem, dlaczego
walka z zalewem obłudy ma polegać na alkoholizowaniu się i narkotyzowaniu, a
sprzeciw wobec przymusowych kontraktów ślubnych musi przejawiać się w
promiskuityzmie. O co chodzi Majcherkowi, gdy pisze iż "rygorystyczne wzory
dobrego wychowania - tak wychwalane przez niektórych konserwatywnych
moralistów i przytaczane także przez Roberta Pucka - stanowiły przekleństwo
kilku co najmniej generacji". Czy głosi pochwałę lżenia staruszek? I w czym
przeszkadza mu dobre wychowanie?
Co gorsza, autor powiada również, że "władza rodzicielska jest groźniejsza od
władzy publicznej, bowiem sprawowana jest bez kwalifikacji, przymusowo i
wobec osób pozbawionych pełni praw publicznych". Nie będę tu opowiadał o
szczególnej więzi, która łączy rodziców z dziećmi, bardzo różnej od tej, jaka
może łączyć najpoczciwsze nawet państwo z jego obywatelami. Zwracam jednak
uwagę - i czynię to w pełni świadomy wstrząsu, jaki konstatacja tak groźnej
anarchii może wywołać u redaktora Majcherka - że od niepamiętnych czasów
również poczęcie odbywa się bez kwalifikacji zdobytych w odpowiednich
instytucjach państwa...
Nie mogę również zgodzić się z wnioskami autora, wedle których udane życie
rodzinne to coś zupełnie innego niż udane życie polityczne. To dość banalna
prawda, ale jak mówił hrabia Zamoyski, takie będą Rzeczypospolite, jak ich
młodzieży chowanie.
Autor jest niezależnym publicystą