starucha_izergiel
17.12.06, 00:27
Godzina 10:35, słońce niemrawo przebija się przez chmury, temperatura jak na
grudzień wściekle wysoka. Podjeżdżam na parking jednego z supermarketów. Ani
jednego wolnego miejsca. Krążę w kółko, rozglądam się czujnie, a nuż znajdzie
się wolne miejsce by się wcisnąć. Jest! Ktoś wyjeżdża, całkiem blisko wyjścia.
Przyczajam się, włączam migacz i czekam cierpliwie aż wyjedzie. Z naprzeciwka
widzę paniusię w białym samochodzie marki super i w równie białym futerku.
Zapewne też super. Wrzuciła migacz i chce zając moją wypatrzoną miejscówkę! O
nie paniusiu, nie uda Ci się - byłam pierwsza. Uff, udało się. Chyba silnik
tej paniusi nie taki super, a może to refleks? :) Zaparkowałam, odprowadziłam
pełnym wyższości spojrzeniem wściekłą kobietkę w białym aucie marki super i
ruszyłam do ruchomych drzwi supermarketu. Tam zostałam potrącona przez dziadka
z laską, który nie zważając zupełnie na moją osobę, niczym pies gończy skoczył
na biednego człowieka w niebieskiej kamizelce pchającego chyba ze sto
wielgachnych wózków. Następnie człowieka z wózkami dopadła kobieta w czerwonej
kurteczce, za nią ruszyła matka z dwojgiem dzieci i nim się obejrzałam, jeden
dzieciak wylądował w złowionym przez nią wózku, a drugi ochoczo go pchał w
kierunku bramek. Potem na wspomnianego biedaka z wózkami rzuciło się całe
stado wygłodniałych wilków włącznie ze mną. Nie wiem, czy ten biedak zdążył
doturlać choć jeden wózek do ich miejsca przeznaczenia, bo nie odwracając się
na niego wpadłam na halę supermarketu. Wyciągnęłam swoją listę zakupów. Nie
taka długu. Pójdzie szybko:
1. Mąka
2. Cukier
3. Sery
4. Żwirek dla kota
5. Płyn do płukania tkanin
6. Odplamiacz do dywanów
7. Podpaski
8. Krem do rąk
9. Zielona herbata
10. Bakalie
11. Soki i woda mineralna
Mąka. Hmm... Mąka na prawo. A może na lewo? W każdym razie na samym końcu
wielkiego sklepu. Kto wymyślił wąskie alejki i tak szerokie wózki? Słowo
przepraszam wypowiadałam setki razy z prędkością karabinu maszynowego. Czy oni
wszyscy pogłupieli do reszty?? Żeby w sobotnie przedpołudnie pchać się
drzwiami i oknami do sklepu? No może przesadziłam - tam nie było żadnych
okien. Ok. Mąka jest. Dwa kilo. Teraz cukier, brązowy, bo zdrowszy i lepszy.
Nie wiem czemu lepszy, bo nigdy różnicy nie poczułam, ale coś w nim musi być
takiego. W każdym razie cena czyni cuda, prawda? A ten cukier ma cenę cudownie
wysoką. Sery... czemu sery są tak daleko od mąki? Nie, no wcale nie są daleko,
tylko dotarcie do nich to jak przeprawa przez zasieki, albo gra w rugby. Robię
uniki, znów powtarzam słowo przepraszam, choć równie dobrze mogłabym mówić
przekwaszam, albo przestraszam, pewnie i tak nikt by się nie zorientował.
Posuwam się do przodu z prędkością 10 cm na sekundę. Jest! Dopełzam do serów.
Wkładam do koszyka. Trzecia baza zdobyta.
W tym momencie dopada mnie największy wróg klienta supermarketu. Dopiero
teraz, ale to musiało się zdarzyć. O ile do tej pory ściśle trzymałam się
harmonogramu z kartki, tak teraz, czuję, że mnie przyciąga, nie jestem się w
stanie opanować. Jest tuż tuż. Hipnotyzuje, zniewala, odbiera umysł. PROMOCJA.
Uśmiechnięta, ze złotymi wstążeczkami, gwiazdkami, kolorowymi łańcuchami. Ma
mnie, jestem jej. W jednej chwili w moim koszyku ląduje śliczny świecznik, do
tego serwetki, piękne, bożonarodzeniowe. I bombki - idealnie pasują. Wszystko
razem, taniocha! O! I jest obrusik - duży i mały, super! I poszewki na
poduszki, będą jak znalazł. Wszytko idealnie dobrane. Ale ja nie mam takich
małych poduszeczek! Nic nie szkodzi, obok są i poduszki, w idealnie pasującym
do poszewek rozmiarze. Wezmę dwie, albo nie - cztery. Dwie na kanapę i po
jednej na fotele! Cholera, chyba odbiegłam od listy, ale to nic, zaraz do niej
wrócę. Co to miało być dalej? Acha, żwirek, ale bliżej mi będzie do kremu do
rąk. Przez chwilę tłumaczę uśmiechniętej brunetce w czerwonej czapeczce z
pomponikiem i w butkach elfa, że nie mam ochoty na to super coś, nie bardzo
nawet wiem co, co tak zachwala. Zaczynam się niecierpliwić. Po co mi żwirek?
Przecież jeszcze trochę jest, krem, przypomniało mi się, zostawiłam w
szufladzie w pracy. Reszta z listy tak naprawdę też jest na razie zbędna.
Ustawiam się w kolejce za ostatnią osobą w długim i krętym wężu kolejki. Jest
12:00. Znów się niecierpliwię. O tej porze powinnam już sprzątać, a za godzinę
przynajmniej zacząć gotować obiad. Osób przede mną nie ubywa. Na taśmie
piętrzą się góry towaru. Ile to wszystko może być warte?? Wsłuchuję się przez
chwilę w Georga Michaela z czasów gdy jeszcze nie był gejem i śpiewał do
kobiety swego życia, której oddał serce w zeszłe święta. Jakie to
wzruszające... Brutalnie przerywa mi piskliwy głos mówiący, że Jan Kowalski
proszony jest do działu akcesoria samochodowe. Jan Kowalski, proszę. George
Michael o orientacji hetero już nie wrócił. Robię się głodna. Za późno wstałam
i nie zdążyłam zjeść śniadania. Teraz burczy mi w brzuchu. Przestępuję z nogi
na nogę czytając napis: "Jeśli w kolejce do kasy stoją przed Tobą więcej niż
dwie osoby, zgłoś to kasjerowi, otworzymy dla Ciebie kolejną kasę.". Niestety,
wszystkie kasy są otwarte, więc moje zgłoszenie na nic się zda. 12:15.
Docieram do taśmy. Kładę pierwsze zakupy. Zmieściły się tylko dwie
poduszeczki. Hmm... zaczynam powątpiewać. Zdejmuję je i wykładam mąkę i
cukier. Patrzę do koszyka. Tak naprawdę nie potrzebuję tych poduszek. A te
obrusy są obleśne. No i po co mi bombki? Przecież od lat na choince wieszamy
zabawki domowej roboty. Skoro rezygnuję z poduszek, po cholerę mi poszewki??
Popatrzyłam na taśmę, a na niej mąkę i cukier niezgrabnie przesuwające się za
wielkim stosem pieluszek, zupek, soczków i innych towarów młodego małżeństwa
stojącego przede mną. A po cholerę ja mam stać w tej kolejce dla dwóch
kilogramów mąki i pudełka najlepszego, bo brązowego cukru? - pomyślałam i czym
prędzej oddaliłam się od kasy szybko i zwinnie omijając toporne wózki i równie
topornych kupujących. Szybko i zwinnie, bo bez tego balastu, który dotychczas
pchałam przed sobą.