Dodaj do ulubionych

Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :)

IP: *.acn.pl 08.04.03, 00:15
Żar lał się z bezchmurnego nieba. Ewa moczyła nogi w wartkim potoku. Nie
czuła tak bardzo gorącego słońca. Zimna woda wspaniale ochładzała jej nagie
ciało. Patrzyła na ryby pływające pod taflą wody. Wydawało się, że wystarczy
wyciągnąć rękę by je złapać. Pływały koło jej stóp. Niekiedy je obcierając i
łaskocząc. Wtedy Ewa śmiała się.
Cieszyła się życiem w tym raju stworzonym przez Boga. Cieszyła się wszystkim
co istniało, a najbardziej cieszyła się swoim mężem; Adamem. Kochała go tak
mocno jak Boga i wszystko co On stworzył. Adam kochał ją z równą siłą.
Wydawało się, że przed sobą nie mają tajemnic. Nie odczuwają wstydu. Pragną
tego samego.
Zerwał się lekki wiatr. Delikatnie pogładził nagie plecy Ewy niczym jej mąż
gładził je gdy spała. Odwróciła się by zobaczyć czy nie stoi on za nią. Lecz
za nią nie stał jej mąż tylko uskrzydlona kobieta o pięknych, jasnych
włosach opadających na jej pełną pierś.
- Jesteś aniołem- spytała Ewa bez krztyny strachu.
Kobieta uśmiechnęła się promiennie.
- Jestem Lilith- odparła podchodząc do strumyka i Ewy.
Ewie imię to nic nie mówiło. Nie wiedziała o jednej tajemnicy jakiej nie
wyjawił jej Adam. Coś ukrył przed nią. Dawno temu Lilith była jego żoną.
Pierwszą żoną. Adam nigdy nie powiedział o tym Ewie. Sam nie wiedział
dlaczego. Przecież nie chciał mieć przed nią tajemnic. Wydawało mu się, że
ją zrani opowiadając jej o Lilith. Postanowił nic nie mówić o tym wydawałoby
się zamkniętym rozdziale swojego życia.
Związek Adama i Lilith to była ciągła walka. Wiecznie się kłócili, ale i
namiętnie kochali. Chwile ciszy były piękne, ale chwile walki były bardzo
bolesne. Mimo, że ona była boską córką to jednak kochała go w ludzki sposób.
Nie przestała go kochac. Czasem patrzyła na Adama i Ewę. Jak całowali się,
obejmowali, kochali. Czuła nieopisaną zazdrość i wściekłość. Nienawidziła go
i kochała. Ją tylko nienawidziła.
Gdy Bóg zobaczył jak Adam męczy się z tą boską istotą stworzył inną boską
istotę, lecz bardziej ludzką; Ewę, a w sercu Adama od razu zakiełkowała
miłość do niej. Prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Z Ewą było
inaczej. Wieczny spokój. Prawdziwy święty spokój, którego tak potrzebował.
Ona zapewniała mu pewność miłości.
Lilith widząc doskonałe dzieło Boga uniosła się w powietrze i odleciała na
pustynię, gdzie stała się demonem. Przez całe dnie robiła wyrzuty Bogu i
wyklinała Go w swej czystej nienawiści.
- Ewo, czy chciałbyś znać przyszłość- spytała dotykając czule jej nagiego
ramienia.
Kobieta zdziwiła się tym pytaniem. Nie wiedziała o co chodzi tej skrzydlatej
postaci.
- Dlaczego mnie o to pytasz- rzekła.
- Chcesz znać przyszłość ludzkości.
Ewa zastanawiała się chwilę, a z każdą sekundą jej ciekawość wzrastała.
Coraz bardziej i bardziej.
- Dobrze- powiedziała do Lilith.
Wnet po tych słowach Ewa zapadła w ciemność. Zobaczyła wszystko co czekało
ludzkość. Lilith pokazała jej zabójstwa, wojny, głód, choroby, wściekłość,
gniew ludzką, podporządkowanie. W jednej chwili wszystkie te obrazy
przepłynęły przez głowę Ewy niczym powódź niszcząca wszystko co napotka.
Zniszczyła jej niewinność i wiarę w świetlaną przyszłość.
- To jest ludzkie życie-powiedziała Lilith śmiejąc się w duszy.- Nie warte
niczego. Będą się mnożyć i cierpieć. Mnożyć i zabijać.
Ewa nie potrafiła temu zaprzeczyć. Nie wiedziała co myśleć. Wiedziała tylko
tyle, że to co zobaczyła było złem. Strasznym złem, które miało ogarnąć
świat wraz z człowiekiem. W jej oczach po raz pierwszy w życiu zaczaił się
strach. Tak bardzo piekły ją jej myśli. Przez chwilę poczuła jakby w jej
głowie coś się spalało.
- Zastanów się nad tym- powiedziała Lilith odchodząc.
Ewa kiedy wróciła do swojego domu wiedziała już co robić. Kiedy Adam chciał
się z nią kochać ona odmawiała. Mimo swojej całej miłości do niego
odmawiała. Tak było każdej nocy. Mąż nie poznawał jej. Widział w niej
zmianę. Widział coś czego nie rozumiał; cierpienie.
Teraz kiedy zasypiał śnił o Lilith. Coraz częściej ją wspominał. Nadal
kochał swoją żonę, lecz śnił o namiętności Lilith. Wiedział, że jej
ewentualne przybycie nie uczyniłoby go szczęśliwym. Pamiętał dobrze co mu
obiecała odchodząc. Powiedziała zapalczywie „twój ród wyginie”.
Adam i Ewa nie kochali się już od dawna. Fizyczność ich związku przestała
istnieć. Adam już nawet nie pytał jej dlaczego. Lecz nastał dzień kiedy w
mężu zaczęła wzrastać złość.
- Dlaczego nie chcesz się ze mną kochać- spytał po dniach milczenia.
Gdy Ewa nic nie odpowiedziała złapał ją za przegub ręki i spytał wściekle, a
ona pierwszy raz w życiu zobaczyła go w takim stanie.
- Dlaczego nie chcesz- powtórzył.
- Bo nie chcę dać ci dzieci- odparła spokojnie.- Chcę, żeby człowiek
przestał istnieć. Nie chcę narażać moich dzieci na cierpienie.
Wtedy w Adama wstąpił gniew. Ewa wiedziała jak jej mąż pragnął mieć dzieci.
Jak bardzo tego pragnął. Chciał mieć synów. Już nawet nadał im imiona;
Kain, Abel i Set. Już ich podświadomie kochał. Myśląc o ty rzucił się na nią
i chciał wziąć gwałtem, lecz nagle coś go poraziło i padł na ziemię. Czuł
się jak sparaliżowany. Jego mięśnie zwiotczały. Nie czuł swojego ciała. Ewa
przypadła do niego. Schyliła się i spojrzała w jego półprzytomne oczy. Wtedy
usłyszeli głos Boga.
- Nie jesteś godny, ani mojej miłości, ani jej miłości. Twoja gwałtowna
natura nie ma prawa istnieć. Świat bez ciebie będzie lepszy.
- On nie chciał- powiedziała Ewa ze łzami w oczach.
- Zawsze będą tak mówić- odparł Bóg.- Zawsze będą się tłumaczyć. Już
podjąłem decyzję.
Wtedy z ciała Adama odpłynął jego nieśmiertelny duch. Bóg postanowił, że
pieczę nad światem będą miały same kobiety. Kobiety rodziły dziewczynki.
Przychodził na każdą taki czas. Nawet współcześni naukowcy nie wiedzą jak to
się dzieje. To jest jak cud. Te narodziny.
Ewa patrzyła jak z Adama odeszło życie i została sama. Potem urodziła córkę
i nie była już sama. Gdy jej córeczka dorosła powiedział do matki „Mamo
czuję jakąś pustkę”. Ewa jednak nic nie powiedziała o mężczyźnie. Zabrała
swoją tajemnicę do grobu. Od tej pory każda kobieta czuła dziwną pustkę.
Brak było pożądania, brak było zwykłej miłości. Lecz Bogu świat ten wydawał
się lepszy, czystszy. Taki jaki prawie powinien być.
Obserwuj wątek
    • daffne Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) 08.04.03, 00:20
      lol :)
      • anahella no wlasnie - lol! 08.04.03, 13:00
        daffne napisała:

        > lol :)


        Xanatos nie poderzewalam cie o taki talent.
    • Gość: Tanatos Re: Bajeczka na dobranoc nr 2 IP: *.acn.pl 08.04.03, 22:10
      Wódź wygrzebał się z pod kołdry, która swoim ciężarem dusiła go całą noc.
      Jednak było zbyt zimno, żeby się odkryć i uwolnić spod tych upiornych,
      ołowianych pieleszy. Miał zamiar kogoś ukarać za to. Zarówno za zimno w jego
      sypialni, jak i za zbyt ciężką kołdrę.
      Punkt dziewiąta do drzwi zapukał jego adiutant. Nikt inny oprócz niego nie
      mógł wchodzić do sypialni, kiedy wódź w niej przebywał. Nie mógł przekroczyć
      progu. To był zakaz karany natychmiastową śmiercią. Kiedyś jedna pokojówka
      złamała go i weszła omyłkowo do pokoju, kiedy wódz przebierał się. Tego samego
      dnia została rozstrzelana przez pluton egzekucyjny. Zostawiła troje dzieci
      oraz męża pijaka. Paradoksalnie wódź uratował dzieci i ich ojca, ponieważ
      kobieta miała zamiar zabić jutro całą swoją rodzina. Planowała to od dawna.
      Uważała, że ulży dzieciom w egzystencjalnym cierpieniu. Naczytawszy się
      filozofów odbiło jej. Męża zaś chciała zabić z czystej nienawiści. Zresztą mąż
      nie pożył długo. Tylko parę lat więcej od niej. Jej najstarszy syn utopił go w
      wannie i z sadystyczną przyjemnością uśmiechał się przy tym dziele swojego
      życia.
      Kiedy adiutant wszedł do pokoju ze śniadaniem wódz wymamrotał od razu.
      - Rozstrzelaj tych z kotłowni i tych co mi ścielą łóżko.
      - Dobrze wodzu- powiedział adiutant bez zastanowienia.
      Wódz lubił go za ten brak refleksji. Cenił tę cechę u ludzi. Była dobra, bo
      tak nieskomplikowana.
      Adiutant postawił przed wodzem tacę ze śniadaniem i wyprostowawszy się jak
      struna zdał raport.
      - Paryż zajęty. Nasze wojska wkroczyły do niego nad ranem. Długo się bronili.
      Zupełnie to do nich nie podobne.
      - Miasto miłości zajęte. Miasto zarazy padło- rozpromienił się wódź i dodał.-
      Nie będzie już romantycznych wycieczek uliczkami Paryża. Całujących się
      publicznie par. Tej całej bezużytecznej zarazy.
      Wódz pogryzając bułkę rozmarzył się o świecie bez miłości. To był jego cel.
      Wytępić całą miłość ze świata. Żadnych więcej pocałunków tylko czysta
      prokreacja dla płodzenia. Żadnej czułości tylko czysta prokreacja dla
      rodzenia. Żadnego złączenia się ze sobą tylko czysta prokreacja dla istnienia.
      Chciał ludzkości wolnej od troski. Wolnej od tęsknoty. Nic z tego chaosu.
      Wódz mógł to urzeczywistnić, bo los zesłał mu człowieka, który wynalazł
      urządzenie do pomiaru ilości miłości w każdym człowieku. Wystarczyło je
      przyłożyć do badanego niczym stetoskop i na skali ukazywała się jak wielka
      jest miłość w człowieku. Czasem jednak urządzenie było zawodne, bo nie
      starczało skali i pękało. Zdarzało się to niezwykle rzadko lecz się zdarzało.
      Takich zakochanych do nieprzytomności fanatyków rozstrzeliwało się na miejscu.
      Po całym świecie zajętym przez wodza szalały specjalne komanda z tymi
      czytnikami i mierzyły zawartość miłości w człowieku. Ci którzy mieli w sobie
      dopuszczalną dawkę miłości byli wysyłani tylko na specjalne szkolenie, które
      miał na celu je stępić. Codziennie musieli udawać się na takie wykłady. Tylko
      raz można było nie być na zajęciach. To była nieobecność usprawiedliwiona.
      Następnym razem trafiało się pod mur, zupełnie tak samo jak ci, którzy mieli
      niedopuszczalną dawkę miłości w sobie. Ci bez sądu byli rozstrzeliwani przez
      pluton egzekucyjny. To się działo na całym świecie, bowiem wódz ze swoją armią
      zajął go już całego i trzymał go swoją stalową dłonią.
      Oczywiście były różne grupy próbujące zabić wodza i jego władzę. Na przykład
      przed tygodniem grupa lekko uzbrojonych księży próbowała wedrzeć się do
      pałacu. Po krótkich walkach w holu i na schodach zostali rozbici w pył przed
      doborowe jednostki wodza. Opór ogólnie był słaby, więc wódz robił co chciał.
      - Co tam masz dla mnie- spytał adiutanta widząc jakieś papiery w jego ręce.
      - To są plany naszych naukowców co do wychowywania małych dzieci by w nich w
      przyszłości nie kiełkowała przypadkiem miłość. Parę zaleceń dla rodziców.
      - Tak. Trzeba dbać o naszą przyszłość- wydukał wódź powoli ubierając się i
      dodał przypominając sobie co chciał powiedzieć dużo wcześniej.- Nie zabijajcie
      w tym Paryżu dziwek. One są piękne. Takie czyste.
      - Rozkaz- powiedział adiutant podając wodzowi pas do munduru.
      - Z nimi zawsze wiadomo o co chodzi. Czysta wymiana- dokończył myśl wódź.
      Dzisiaj ze swojego balkonu miał wygłosić swoją tradycyjną poranną przemowę.
      Parę słów dla swojego miasta. Przed pałacem już kłębił się tłum. Jednak nie
      wznosił on radosnych okrzyków widząc swojego wodza w oknie. On nie lubił tej
      ostentacji i stanowczo tego zabronił Nie lubił tych krzyków „Niech nam żyje”
      czy podobnych pierdoł. Dla wyselekcjowanego przez egzekucję tłumu wszystko co
      mówił było niczym niezaprzeczalna prawda. Słuchali przemów w ciszy niczym
      jakiegoś misterium, jakiejś mszy.
      - Dzisiaj zajęliśmy Paryż. Ostatni bastion padł. Nic nie powstrzyma nas przed
      ostatecznym zwycięstwem. Wyplenimy tę zarazę, która przez tyle wieków
      gnieździła się w ludzki sercach. Pasożyta który dławił ludzkość. Przez nią nie
      mogliśmy stać się bogami. Ale teraz będziemy żyć w trzeźwość myśli i nie
      będzie już w ludziach chaosu. Wszystko będzie takie proste i czyste, kiedy
      pasożyt zdechnie.
      Nagle ktoś z tłumu krzyknął.
      - Ona jest wiejącym wiatrem. Jest piorunem. Żeby ją zabić będziesz musiał
      zabić nas wszystkich.
      Na mężczyznę który to powiedział rzucili się wszyscy którzy obok niego stali.
      Kobiety, dzieci, starcy, nawet staruszka o kulach z krzykiem.
      - Dawać go mnie.
      Skopali go. Nawet żołnierze nie musieli się po niego fatygować. Wódz już na to
      nie patrzył. Wrócił do swojego pokoju. Zamknął drzwi na klucz. Przez chwilę
      chodził po pokoju dochodząc do konkluzji „kiedyś ze strachu przestaną kochać”.
      W końcu podszedł do swojego sejfu. Odciągnął stalowe drzwiczki. Wyciągnął z
      niego paczuszkę zawiniętą w zwykłą codzienną gazetę. Usiadł za swoim biurkiem.
      Odwinął gazetę. W ręku trzymał jej zdjęcie. Uśmiechnął się. Postawił je obok
      siebie i zaczął pisać rozkaz eksterminacji mieszkańców Paryża.
      • Gość: seledynowa Re: Bajeczka na dobranoc nr 2 IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 08.04.03, 22:16
        ..zmarzłam czytając bajeczke nr 2 ...brrrrrrr
        sel
        • aise_ xana 08.04.03, 22:33
          popelniasz autoplagiat
          :-)
          • Gość: Tanatos Re: xana IP: *.acn.pl 08.04.03, 22:35
            aise_ napisała:

            > popelniasz autoplagiat
            > :-)
            >

            Ale trochę zmieniłem, dzyń, dzyń :))

            ps. Obiecuję, że napiszę Ci wesołą bajeczkę :))
            • aise_ a co? 08.04.03, 22:39
              tak się złozyło, że jest Ci wesoło dzisiaj?
              ;-)

              napisz napisz, łaknę tego jak kania dżdżu
              (bardzo lubie to powiedzonko - pytanie za 100 punktow i absynt - jaki jest
              mianownik od dżdżu?)
              :-)
              • ydorius Re: a co? 08.04.03, 22:48

                hahahaahahahahaaa!!!
                wiem, wiem!!!
                teraz juz musisz mi przesłać butelkę absyntu :-))))

                powiem tylko jedno słowo: jer.
                dobrze?

                m,
                .y.

                ----------------------------------
                What is home without Plumtree's Potted Meat?
                Incomplete.
              • farsa Re: a co? 08.04.03, 22:52
                aise_ napisała:

                >(...jaki jest
                > mianownik od dżdżu?)
                > :-)
                >

                może być: "dżdża" rodzaj żeński, II deklinacja.
                może być: mn. "deszcz" i dopełniacz: alternatywnie - "deszczu" lub "dżdżu"
                [forma daw.]

                pozdrawiam
                • ydorius Re: a co? 08.04.03, 22:53

                  jak to jest, farso, że tu odpowiadasz odpowiedzialnie, a tam jesz kanapkę z
                  Freudem i to w dodatku nieobecnie? :-)))

                  m,
                  .y.

                  ----------------------------------
                  What is home without Plumtree's Potted Meat?
                  Incomplete.
                  • farsa Re: a co? 08.04.03, 22:55
                    ydorius napisał:

                    >
                    > jak to jest, farso, że tu odpowiadasz odpowiedzialnie, a tam jesz kanapkę z
                    > Freudem i to w dodatku nieobecnie? :-)))
                    >
                    > m,
                    > .y.

                    WIELKI BRAT!!!
                    :)
                    >
                    > ----------------------------------
                    > What is home without Plumtree's Potted Meat?
                    > Incomplete.
                    • ydorius no raczej, że patrzy :-))) (n/txt) 08.04.03, 22:56

                      ----------------------------------
                      What is home without Plumtree's Potted Meat?
                      Incomplete.
                      • farsa Re: no raczej, że patrzy :-))) (n/txt) 08.04.03, 22:58
                        ydorius napisał:

                        >
                        > ----------------------------------
                        > What is home without Plumtree's Potted Meat?
                        > Incomplete.


                        no to się ujawnij,klikając tam, gdzie trzeba.
                        numera Twego nie mam :(
                        • Gość: Tanatos Re: no raczej, że patrzy :-))) (n/txt) IP: *.acn.pl 08.04.03, 22:59
                          farsa napisała:

                          > ydorius napisał:
                          >
                          > >
                          > > ----------------------------------
                          > > What is home without Plumtree's Potted Meat?
                          > > Incomplete.
                          >
                          >
                          > no to się ujawnij,klikając tam, gdzie trzeba.
                          > numera Twego nie mam :(


                          A Wy sobie tu gadu gadu... :))
                          • farsa Re: no raczej, że patrzy :-))) (n/txt) 08.04.03, 23:02
                            Gość portalu: Tanatos napisał(a):


                            > A Wy sobie tu gadu gadu... :))

                            a jakże ;-)
                            a jak miło jest ;-)

                            kulturalnie?
                            elitarnie?
                            literacko?
                            jakby?

                            ciepło pozdr.
                    • aise_ ygrek 08.04.03, 22:57
                      z Toba to nie ma zabawy...
                      :-P

                      masz u mnie ten cholerny absynt..
                      :-)
                      • ydorius TAK JEST!!! 08.04.03, 22:58

                        hahaha!!
                        od razu lepiej :-))

                        nie ma to jak zagadki lingwistyczne :-)))

                        m,
                        .y.

                        ----------------------------------
                        What is home without Plumtree's Potted Meat?
                        Incomplete.
                      • aise_ p.s. do ygreka 08.04.03, 22:58
                        a co z moją nową sygnaturką?
                        • ydorius Re: p.s. do ygreka 08.04.03, 23:00

                          no tak.
                          nie ma lekko.

                          "fanhoh Twoją i moja inspiracją"?
                          tylko, że go nie ma, to i inspiracji brak :-))

                          m,
                          .y.

                          ----------------------------------
                          What is home without Plumtree's Potted Meat?
                          Incomplete.
                          • aise_ no ale 08.04.03, 23:08
                            bez łatwizny poproszę
                            :-))

                            i nie zmieniaj tematu!
                            :-))))
    • farsa Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) 08.04.03, 22:45
      śliczne.
      ale napisałam znam zupełnie inną wersję.
      taką, w której... nieważne... moja historia wciąż nie ma końca.

      pozdrawiam. ;-)
      • Gość: Tanatos Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) IP: *.acn.pl 08.04.03, 22:48
        farsa napisała:

        > śliczne.
        > ale napisałam znam zupełnie inną wersję.
        > taką, w której... nieważne... moja historia wciąż nie ma końca.
        >
        > pozdrawiam. ;-)

        thx
        Powiedź co nie ma końca?

        pozdrawiam
        • farsa Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) 08.04.03, 22:54
          Gość portalu: Tanatos napisał(a):


          > thx
          > Powiedź co nie ma końca?
          >
          > pozdrawiam

          moja historia genesisowa.
          teraz właśnie Bóg przeciął pępowinę odcinającą Kaina od Ewy.
          a co będzie dalej? równie ładnie, jak wcześniej ;-)

          pozdr.
          • Gość: Tanatos Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) IP: *.acn.pl 08.04.03, 22:57

            > moja historia genesisowa.
            > teraz właśnie Bóg przeciął pępowinę odcinającą Kaina od Ewy.
            > a co będzie dalej? równie ładnie, jak wcześniej ;-)
            >
            > pozdr.


            :))
    • Gość: Tanatos Re: Bajeczka niesensowna nr. 3 IP: *.acn.pl 09.04.03, 01:27
      Lekarz siedział w swoim gabinecie. Za pięć minut miał pojawić się pierwszy
      pacjent. Chciało mu się spać. Całą noc czytał książkę. Była tak wciągająca, że
      nie mógł opanować się i odłożyć jej na nocny stolik. Musiał przeczytać całą i
      dopiero wtedy mógł wypuścić ją z ręki. Teraz z niewyspania jego powieki
      opadały.
      Popalając porannego papierosa wpatrywał się w drzwi. Ktoś zapukał cicho. Po
      tym pan lekarz, który był psychologiem doszedł do wniosku, że ten kto puka
      jest nieśmiałym introwertykiem. Jednak ocena ta była błędna. Do pokoju wpadł
      roześmiany osobnik. Był wręcz nienaturalnie zadowolony. Jego oczy śmiały się i
      czuć był w nim wielki luz. Wyglądał tak jakby przed chwilą miał jakiś seks,
      nazywany też w pewnych menelskich kręgach ordynarnie; stosunkiem. Lekarz aż
      miał ochotę wyjść na korytarz i zobaczyć czy jego pacjent niczego nie zrobił
      recepcjonistce. Skądinąd ślicznej dziewczynie. Może niezbyt rozgarniętej, lecz
      ślicznej. Wszyscy jego męscy, a też niektórzy damscy pacjenci oglądali się za
      nią jak szła korytarzem. Dla tych nóg można było zabić, lub być zabitym przez
      jej dwumetrowego chłopaka. Bardzo wrednego i zazdrosnego typa ze szramą na
      twarzy, którą zrobił sobie poduszką. Może wydawać się to niemożliwe, ale on
      jakoś to uczynił. Też nie był specjalnie rozgarnięty.
      - Proszę usiąść- powiedział doktor jakby nie zauważył, że jego pacjent już
      wygodnie siedzi.
      - Dziękuję postoję- odparł mężczyzna uśmiechając się.
      Lekarz zaciął się trochę przy tej nieoczekiwanej odpowiedzi, lecz po chwili
      przeszedł do meritum.
      - Co pana do mnie sprowadza.
      Pacjent wodząc po ścianach wzrokiem i po kolei wpatrując się w liczne dyplomy
      powiedział z rozbrajającą szczerością w głosie.
      - Jestem szczęśliwy.
      - Słucham- powiedział lekarz jakby nie dosłyszał.
      - Odczuwam radość z życia.
      - To chyba dobrze.
      Mężczyzna spojrzał na lekarza i zmarszczył brwi w niezrozumieniu.
      - Jak to chyba dobrze. Panie doktorze. Cały czas jestem szczęśliwy. Nie mogę
      się uwolnić z tego stanu. To chroniczne jak katar. Wszystko wprawia mnie w
      zachwyt.
      Doktor po chwilowym zastanowieniu zadał pierwsze pytanie jakie przyszło mu do
      głowy.
      - Przejawia pan skłonności masochistyczne.
      - Nie. Nie noszę maski i nie lubię lateksu. Strasznie niemiły materiał.
      - Lateks to chyba nie jest materiał.
      - Widzę, że pan doktor zna się na tym lepiej ode mnie. Co brzydko się w domu
      bawimy- spytał przeciągle mężczyzn mrużąc brwi.
      Lekarz oburzył się lekko. Nie to żeby w domu nie ubierał się w lateksowe
      fatałaszki, ale nie chciał o tym rozmawiać z pacjentem. W końcu żona nie raz
      kazała mu gotować obiad w czarnej masce na twarzy. Mówiła, że to po to żeby
      włosy nie nasypały się do zupy, czy pierwszego dania, ale tak naprawdę
      strasznie ją to rajcowało. Powiedzmy nawet, że stymulowało seksualnie bardziej
      niż pieszczoty męża.
      - No co pan znowu mówi- obruszył się.
      - Nie. Ja tego nie potępiam. Po prostu pytam.
      - Porozmawiajmy o panu- chciał przeciąć ten wątek doktor.- Uważa pan, że
      szczęście jest dla pana złe. Czy tak.
      - Poniekąd. To trochę dziwne- powiedział mężczyzna nachylając się nad biurkiem
      i zaglądając bezczelnie w dokumenty, które leżały przed lekarzem.
      Lekarz złożył je i odłożył na bok. Nie lubił jak ktoś zaglądał w jego prywatne
      zapiski. Zresztą jak o czymś myślał to na kartkach rysował waginy i członki.
      Rysował to, bo tylko to umiał narysować. Nauczył go tego jego ojciec, który
      był słynnym malarzem. Tylko tego nauczył swojego syna. Niczego więcej. Ojciec
      nie miał dla niego czasu, bo cały czas malował. Waginy i penisy, które
      wystawiał w galeriach, a ludzie, którzy tam przychodzili mawiali „Jaka to
      wielka, wielka sztuka”. Faktycznie czasem malował bardzo duże sztuki.
      - Nie uważam, że szczęście to coś złego.
      - No wie pan. Ostatnio umarła moja teściowa i od tamtego czasu poczułem się
      szczęśliwy jak nigdy w życiu. A przecież to straszne.
      „No ja się nie dziwie szczęściu” pomyślał doktor myśląc o swojej upiornej
      teściowej. Wiecznie mówiła do niego w trzeciej osobie. Wiecznie było
      tylko „ten twój mąż to niedorajda, za kogo ty wyszłaś za mąż”. Pan doktor na
      początku próbował coś pyskować, ale teściowa była w gadce twardsza, więc
      spasował po roku. Było mu wszystko jedno. Teraz jak teściową coś do niego
      mówiła to słyszał tylko jedno „bleblebleble”. Nawet się nad tym nie
      zastanawiał i tylko przytakiwał.
      - A potem moja żona znikła- kontynuował pacjent.- To straszne, a ja byłem
      jeszcze bardziej szczęśliwy. Tak zadowolony z życia, że pomyślałem sobie, że
      to nienormalne. Dzieci widząc jaki jestem szczęśliwy, że ich matka przepadła
      wyklęły mnie i wyprowadziły się z domu. To było niczym orgazm. Szczęście mnie
      przepajało. Panie doktorze, czy to normalne.
      Lekarz popatrzył na mężczyznę. Uśmiechnął się i kiwając głową.
      - Pan jest zupełnie normalnym mężczyzną w średnim wieku. Też tak bym chciał...
      Następny proszę.
    • asd25 Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) 09.04.03, 09:45
      hehe :-))
    • Gość: Tanatos Re: Bajeczka na dobranoc nr.4 batalistyczna :) IP: *.acn.pl 11.04.03, 00:43
      Chłopak patrzył w górę na pięknie kolorowy meczet. Nigdy takiego nie widział z
      bliska. W Teksasie takich nie było. Była podobna pustynia jak w Iraku, ale
      takich meczetów nie budowali ludzie chodzący w kowbojskich kapeluszach. Co
      prawda w okolicy gdzie mieszkał był McDonalds podobny do meczetu, ale to nie
      to samo. Choć kolega z oddziału, który znał tego samego teksańskiego
      McDonaldsa powiedział do niego „wpadniemy na kurczaka”. Jemu wydawało się, że
      to restauracja, taka sama jak w Stanach.
      Chłopak podszedł bliżej i przyglądał się wzorom wymalowanym na murach. W
      ostrym słońcu mieniły się pięknymi kolorami. Obtarł z czoła pot, który spłynął
      spod ciężkiego hełmu. Chciał go zdjąć, ale przypomniał sobie o przestrogach
      kapitana, który mówił, że lepiej ich nie ściągać, bo nie wiadomo na kogo się
      trafi. Może na jakiegoś fanatyka z kamieniem. W najlepszym, przypadku.
      Gotował się w tym mundurze. Uginał się pod ciężarem ekwipunku i broni.
      Spojrzał na tłum. Wiwatował na cześć żołnierzy. Nie wszyscy się cieszyli, ale
      większość tak. Nawet bardzo. Widział jak starzec obejmował i całował
      zdziwionego, lecz roześmianego młodego żołnierza.
      On sam czuł jakąś ulgę widząc taką reakcję ludzi. Ich spontaniczną radość z
      upadku terroru jakiego on sam nigdy nie zaznał. Cieszył się też z tego, że
      nigdy czegoś takiego nie doświadczył. Chciało mu się płakać ze szczęścia, ale
      tłumił to w sobie. Ojciec zawsze mu powtarzał, że nie wolno okazywać uczuć.
      Bardzo często to powtarzał zanim umarł. Wtedy jego syn nie płakał nad jego
      trumną. Też stłumił to w sobie, ale nie był dumny z siebie. Widział w matki
      oczach pretensję i pytanie „dlaczego nie płaczesz”. Chciał powiedzieć „tak
      mnie wychował”, ale nigdy tego nie powiedział. Przecież wiedziała o tym dobrze.
      Dźwig zaczął powoli napinać liny zaczepione o wykonaną z brązu ogromną postać
      Husajna. Unosiły się ku górze, napinały. Pomnik powoli zaczynał przechylać się
      na bok. Wiwatujący tłum odsunął się na bok. Postać zachybotała się na swoich
      ogromnych nogach i upadła na brukowaną ulicę. Ludzie podbiegli do niej i w
      szale zaczęli ją bić czym popadnie. Nawet gołymi rękoma. Widział w nich ból.
      Widział jak czterdziestoletni mężczyzna uderzał tak silnie w metalową figurkę,
      że pokaleczył sobie dłonie, a mimo tego dalej bił ją. Jakby chciał oddać jej
      wszystkie swoje cierpienia. Żołnierz, który stał obok niego powiedział głośno.
      - To głupie.
      Jemu jednak nie wydawało się to takie głupie. Starał się zrozumieć ich
      nienawiść. Patrząc na ten szał zaczął pojmować co działo się w tym kraju przez
      lata. Te wszystkie stracone dni, miesiące, lata. Gdzie każdy mógł być twoim
      wrogiem. Gdzie tak trudno było o przyjaciół. Prawdziwych przyjaciół. W
      Washingtonie nie myśleli o tym, a on stojąc tam nie myślał o ropie tylko o
      tych ludziach, o ich życiu. Obchodziło go to naprawdę. Dopiero teraz. Poczuł
      się człowiekiem, a nie żołnierzem. Chciał podejść poklepać kogoś po plecach i
      powiedzieć „wszystko będzie dobrze”, ale stał i tylko patrząc na euforię. Czuł
      się szczęśliwy choć przecież jego dom był tysiące kilometrów stąd. Na zupełnie
      innej pustyni.
      Przyglądał się człowiekowi z zakrytą twarzą. Wydał mu się dziwny. Jego ruchy
      były jakieś sztywne, niezgrabne. Raptem szmata zakrywająca jego twarz opadła
      na ułamek sekundy. Nikt oprócz żołnierza nie zauważył tego. Wszyscy byli
      zajęci radością. Chłopak nie mógł uwierzyć własnym oczom w to co zobaczył. To
      był Husajn we własnej osobie. Nie wydawało mu się. Wiedział co widział. Te
      oczy poznałby wszędzie. Długo wpatrywał się w wizerunek dyktatora, kiedy
      oddział stacjonował na pustyni. Żołnierze przyczepili plakat Hiusajna do pala
      wkopanego w ziemie i strzelali do niego, ale przedtem chłopak zdążył mu się
      dokładnie przyjrzeć. Szukał w jego twarzy jakiś charakterystycznych cech zła,
      ale niczego takiego tam nie było. Niczego takiego tam nie znalazł. Ot zwykła
      twarz. Zapamiętał jednak dokładnie jego oczy. To był Husajn i stał jakie
      siedem metrów od niego, w tłumie ludzi. Żołnierzowi zaczęło bić mocniej serce.
      W pierwszej chwili chciał podejść do dyktatora i pojmać go. Zrobił krok, ale
      zatrzymał się. Spojrzał na euforyczny tłum, który w jednej chwili mógł zmienić
      się wściekłą tłuszczę. Gdyby ktoś się dowiedział, że stoi przy nich człowiek,
      który terroryzował ich przez tyle lat rozszarpaliby go gołymi rękoma. Oddział
      był za mały, żeby mógł powstrzymać tłum. Zresztą nie strzelaliby do cywili. On
      nie strzelałby. W najlepszym wypadku zabiliby tylko Husaina. Tłum by go zabił.
      Chciał powiedzieć do żołnierza stojącego obok „słuchaj stary tam jest Saddam”,
      ale nie wydusił z siebie słowa. Wiedział, że ten chłopak od razu poleciałby do
      dowódcy i nie wiadomo co by się mogło stać na tej brukowanej ulicy. Mężczyzna
      jakby przeczuwając, że żołnierz wie kim jest powoli zaczął się oddalać.
      Chłopak patrzył za nim.
      Prawda była taka, że o dziwo nie chciał mieć na rękach nawet krwi dyktatora.
      Nie chciał jatki. Nie chciał widzieć jak rozszarpują go. Nie chciał nikogo
      sądzić. Uważał, że Bóg go osądzi w swoim czasie. Teraz dopiero zaczął się
      zastanawiać po co stał się żołnierzem. Był nim tylko dlatego, bo jego ojciec
      tego chciał. Już o tym zapomniał, a dyktator powoli odszedł w kierunku pustyni.
    • Gość: Tanatos Bajeczka irracjonalna na do widzenia :)) IP: 213.17.170.* 11.04.03, 10:47
      Skończył właśnie całonocną pracę. W głowie miał tylko wykresy i tabele. Był już
      dzień. Mimo, że długo nie spał, nie czuł zmęczenia. Chwilę stał nad biurkiem, a
      potem opadł ciężko na fotel. Patrzył przez ogromne okno. Widział tylko kawałek
      dachu domu naprzeciwko i kawałek nieba. Było jasne, słoneczne. Długo patrzył na
      ten kawałek niebieskości.
      Myślał o swoim życiu. Uśmiechnął się, bo nie było wiele do myślenia. W końcu
      przypomniał sobie coś nad czym mógłby się zastanowić. Dzień swoich narodzin.
      Zawsze wydawało mu się, że je pamiętał. Jego matka często mówiła, że to
      niemożliwe, ale on zawsze uparcie twierdził, że pamiętam ten dzień. Nie to co
      było naokoło niego, raczej myśli, które mu towarzyszyły przy przyjściu na
      świat. Pamięta, że mrugał oczyma i myślał jaki to trudne tak cały czas mrugać.
      Łapał powietrze i myślał jak trudno jest oddychać. Myślał, że umiera. Może to
      był tylko sen, ale tak wyraźny. Wyraźniejszy niż całe jego życie.
      Raptem z nieba znikła niebieskość. Ściemniło się. Zrobiło się czarne. Zawiał
      silny wiatr, który gnał po niebie ciemne chmur, a raczej ogromną czarną chmurę.
      Wyglądały na tak ciężką, jakby miała zaraz spaść na ziemię. Była przerażająca.
      Zrobiło się nagle mroczno, a jemu zimno.
      - Jesteś- wyszeptał ktoś.
      Przeraził się tym głosem, który doszedł zza jego pleców. Odwrócił się szybko i
      zobaczył kobietę. Piękną dziewczynę o ognistych włosach.
      - Kim jesteś.
      Podeszła do niego i dotknęła jego ramienia. Przez koszulę poczuł jej ciepło.
      Przyjemnie rozeszło się po ciele i w jednej chwili przestał się bać.
      - Kim jesteś- powtórzył, wkładając kapcie i wstając z fotela.
      Stanął naprzeciw niej i patrzył w jej piękne oczy. Wtedy uczuł coś dziwnego.
      Jakby nieświadomość podpowiadała mu jakieś wspomnienie, ale nie potrafił ich
      sprecyzować. Kobieta nie odwracała wzroku od niego, tylko uśmiechnęła się i
      powiedziała.
      - Zbudowałeś dom na pustyni i żyjesz tam dla niczego. Teraz widzę cię jak na
      dłoni i cierpię, bo twoje życie to ciemna otchłań- mówiła, a potem dodała-
      Nigdy nie widziałeś tak naprawdę oczu swojego ojca. Jakiego są koloru.
      Zastanawiał się usilnie by sobie przypomnieć ojca. Jego twarz, ale nie był w
      stanie. Żadnych wspomnień w nim nie było. Szukał po omacku, ale nie znalazł.
      - Nie wiem jakiego są koloru.
      Kobieta podeszła do biurka i oparła dłonie o blat. Znów spojrzała mu w oczy i
      powiedziała.
      - Niebieskie.
      - Skąd to wiesz- spytał zdziwiony.
      - Kiedyś mi mówiłeś- odparła.
      - Przecież nawet cię nie znam.
      Kobieta spojrzała na niego wymownie i miękko bez żadnych pretensji w głosie
      powiedziała.
      - Myślałam, że będziemy ze sobą do końca. Ze sobą do końca świata. A potem
      poczułam coś innego. Obliczałam dni do twojego odejścia, lecz tych dni okazało
      się o wiele mniej niż mi się nawet wydawało. Wyparłeś się mnie. Zgrzeszyłeś
      przede nie przede mną, ale przed sobą. Ja byłam jak Chrystus idący na krzyż. Od
      początku wiedziałam co mnie czeka. Wiedziałam jaki jesteś, ale mimo to szłam,
      bo kiedy byliśmy razem, czułam się szczęśliwa. Dopóki nie uwięziłeś się sam za
      murem. Teraz widzę go jeszcze wyraźniej niż wtedy. Rozpłynęłam się w twojej
      duszy. Utopiłam się w tej największej ze studni. Byłeś wodą życia, lecz
      zmieniłeś się w cyjanek. Czy warto było zagłębić się w ciebie tak, aż do bólu.
      Teraz wiem. Wiem, że tak.
      Mężczyzna myślał o jej słowach i nic nie czuł. Nic nie rozumiał. Zastanawiał
      się nad sensem i nie widział go.
      - Nigdy nie byliśmy razem- powiedział.
      - Czy na pewno. Czy byłbyś w stanie to zapamiętać. Ty, który wszystko
      spychasz w otchłań nieświadomości.
      - Chyba nie- odparł szczerze.
      - Przypomnij sobie.
      Mężczyzna znów opadł na fotel. Poczuł gorąco. Krew wyrzuciła krew w skronie, aż
      osłabiła go tym nieustannym drążeniem swojego mózgu. Nie mógł zebrać myśli. Ten
      czerwony strumień wypłukiwał je z głowy. Wypłukiwał wszystkie bezużyteczne
      myśli, i tylko jakieś mgliste wspomnienie zaczęło się zza nich wydostawać.
      - Wyciągnęłaś w moją stronę białą chusteczkę i wytarłaś dokładnie moje usta z
      krwi- powiedział półprzytomny.- Chusteczka była śnieżno biała i pachniała taką
      świeżością , a ty unurzałaś ją w mojej krwi. Czułem ciepło twojej dłoni koło
      ust. Jak niedaleko byłem od tego by ucałować ją moimi obolałymi wargami. Nie
      słyszałem co inni do mnie mówią. Wpatrywałem się w twoją twarz, gdy twój wzrok
      krążył po moich ustach. Patrzyłem w twoje smutne oczy. Były tak piękne w swoim
      smutku. Patrzyłem w ciebie. Czułem się tak jakbym rozbijał mury rękoma, jakbym
      biegł po pionowych ścianach, jakbym skakał w przepaść. Moje oczy zaszkliły się
      od łez. Myślałem o tym, że jesteś tak piękna, że nie mogę tego opisać słowami.
      Byłaś dla mnie czymś wykraczającym poza mnie. Nie starczało mi słów. Dla mnie
      to znaczyło tak wiele. O wiele więcej niż właściwie powinno. Zatraciłem
      proporcje i umysł mnie zawiódł.
      Upadł przed nią na kolana i powiedział.
      - Wybacz mi wszystko co uczyniłem. Byłem głupcem. Zapomniałem nawet twoją twarz.
      - Tak łatwo zaprzeczyć wszystkiemu- powiedziała, gładząc jego głowę.
      - Broniłem się przed bólem. Nic mnie nie może zranić. Nie chciałem by rany
      krwawiły do mojej głowy.
      - Wytarłeś wspomnienie o mnie. Wyparłeś mnie.
      - Wiem. Nie chciałem potopu na pustyni- mówił.- Czasami jednak wracała mi
      świadomość. Budziłem się w nocy. Było tak cicho i ciemno za oknem. Tylko
      świecił księżyc. Rześkie powietrze nocy wlatywało się przez okno tak jak wieki
      temu w szczęśliwe dni mojego życia. Wszystko takie spokojne jak wieki temu, a
      ja w środku czułem narastającą pustkę i irracjonalny lęk. Zrywałem się łóżka i
      biegłem przez pokoje. Ze ściany ściągałem zabytkowy ostry nóź. Chciałem umrzeć.
      Nienawidziłem siebie. Jednak zatrzymywałem się w połowie drogi i wypuszczałem
      nóż z ręki. Popadałem w zapomnienie, ale teraz wszystko może wrócić, bo znów
      pamiętam.
      Kobieta spojrzała na niego i pokręciła przecząco głową.
      - Nic się nie wróci. Z twoją śmiercią umarłem. Umarłeś już wcześniej, a ja
      umarłam z tobą. Piekło to bezmiar tęsknoty- usłyszał od niej.- Jest to miejsce
      w którym nie ma nic. Tam mógłbyś uwierzyć bez problemu że nic nie ma. Jest
      takie miejsce. Nikt nas tam nie będzie męczył, nikt nie będzie tłamsi, ale
      jednak będziemy cierpieć. Będziemy cierpieć, bo nie ma tam niczego. Będziemy
      pragnąć. Będzie nas gnębiła tęsknota i żal, nieporównywalny z niczym innym i
      wtedy będziesz chciał by gdzieś było piekło gdzie rozrywa ciała, a nie duszę.
      Mężczyzna uniósł wzrok i już nie było kobiety. Znikła tak niespodziewanie jak
      się pojawiła. Wstał z kolan, usiadł za biurkiem. Patrzył na pochmurne niebo i
      myślał o swoim życiu. Uśmiechnął się, bo nie było wiele do myślenia.
    • Gość: Xanatos Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) IP: *.acn.pl 12.04.03, 23:58
      Przed mały, biły domek, z małym, białym płotem zajechał samochód. Okolica była
      już dawno pogrążona we śnie. Po prostu prowincja. Wielkie miasto z którego
      przyjechał żyło nocą, a tutaj wszyscy spali. Nie lubił takich miejsc i tego
      miejsca też nie lubił. Nie lubił małych białych domków z małym białym płotem
      za którym ukrywały się szczęśliwe rodzinki. W takich miejscach wszyscy się
      znali. Te same gęby od lat. Rzygać się chciało.
      Siedział w swoim samochodzie. Patrzył na biały domek przez przyciemniane
      szyby. Zza swoich grubych jak denka okularów. Uśmiechał się dziwnie.
      Przypomniał sobie coś, a może zastanawiał się nad przyszłością. Nie można było
      poznać jakie myślał przepływają przez jego głowę. Jego oczy były tak martwe i
      zimne.
      Tego samego dnia z rana stanął przed lustrem w hotelowej łazience. Powoli i
      systematycznie golił swoje ciało. Tak powoli i systematycznie jak tylko można.
      Najpierw głowę. Potem tors i nogi. Nawet genitalia staranie ogolił i przy tym
      nawet się nie zadrasnął. Miał w tym wprawę.
      Zapłacił rachunek za pobyt i ruszył w drogę. Przejeżdżał przez wiele takich
      zapomnianych przez Boga miasteczek. W duchu mówił „zadupia”, aż wreszcie
      dotarł tutaj. Zaparkował po drugiej stronie ulicy i patrzył na biały domek.
      Uśmiechnął się jeszcze raz. Wyciągnął ze schowka pistolet, schował go do
      kieszeni i wyszedł z samochodu. Spojrzał w bok. Zobaczył dwóch młodych
      mężczyzn, którzy patrząc na niego przechodzili na przeciwną stronę ulicy. Nie
      chcieli ryzykować możliwej konfrontacji. W nocy gdy tylko lampy świecą może
      się wszystko zdarzyć. Nawet w takiej pozornie spokojnej okolicy.
      Jego siłę widać było na pierwszy rzut oka, a dziki wzrok zza okularów mógł
      przyprawić człowieka o dreszcze. Uśmiechnął się w ich kierunku ukazując swoje
      nienaturalnie długie kły. Pod wpływem tego widoku mężczyźni szybko
      przyśpieszyli kroku i już za chwilę znikli mu sprzed oczu.
      - Pora iść- powiedział do siebie i rzucił na chodnik cygaro, które trzymał w
      zębach.
      Pchnął furtkę i już był przy drzwiach wejściowych do białego domku, które
      nagle rozwarły się na oścież. Stanęła w nich mała, drobna kobieta. Kiedy go
      zobaczyła rozpromieniła się.
      - Usłyszałam twoje kroki- powiedziała.
      - Zawsze mnie wyczujesz- odparł i wyjmując z kieszeni pistolet dodał.- Kupiłem
      mu replikę. Taką jak chciał.
      Kobieta pokiwała głową, spojrzała na niego.
      - Ogoliłeś się dla mnie- powiedziała patrząc na jego łysą głowę.
      - Przecież zawsze to robię dla ciebie. Wiem, że lubisz kiedy jestem tak bardzo
      nagi.
      Przekroczył próg i poczuł się szczęśliwy. Nie myślał już o tym, że mieszka na
      zadupiu. Był szczęśliwy, bo zobaczył ją. Zapomniał o urokach wielkiego miasta.
    • Gość: a Re: Bajeczka na dobranoc. Alternatywny świat :) IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 13.04.03, 18:31
      podnoszę

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka