asia96301
30.06.07, 20:54
Historia jak z kiepskiego romansu. Poznalismy sie w necie. Potem były emaile,
esemesy, gg,...Mielismy się spotkać we czwartek. Dzwoni, tęskni, ja musze
zostac w pracy. Wyłaże z firmy koło północy urobiona po łokcie i z wyrzutem
sumienia, ze faceta wystawiłam do wiatru. Wysylam esemesa z życzeniami dobrej
nocy. On dzwoni...gadamy prawie do świtu. Jest rozżalony, że się nie udało
sppotkać. Ja mam wyrzuty sumienia, ze ciagle w pracy...Proponuje spotkanie w
piątek wieczorem. On nie moze, bo umawił sie już z inna, którą poznał też
gdzieś w necie. No cóż, w końcu nie ma żadnych zobowiazań. W piatek dzwoni do
mnie koło północy i pyta:
- Nie napiłabyś sie ze mną wina?
- Ale przecież jesteś na randce. Dlaczego z ta dziewczyną nie napijesz sie
wina? - pytam półprzytomna bo padłam na pysk.
- Ona nie chciała - odpowiada beztrosko miły pan
Odłożyłam słuchawke. Wysyła mi przez godzinę ze dwa dzieścia emessów z żalem
i pretensjami. Tylez samo razy dzwoni. Dziś od rano powtórka.
Czego chce? Przyjaźni. No bo przecież nie wiadomo, co z tamtą wyjdzie. A
umówili się dopiero za dwa tygodnie bo ona nie ma czasu. I że ona sie jakos
dystansuje...I ze chciałby, abym udzieliła mu kilku rad, jak tamtą zdobyć...
I pytanie na koniec? Skąd sie biorą tacy faceci? A może przesadzam, ze sie
wkurzyłam?
-