ydorius
20.08.03, 15:34
no cóż, tego, hem... Kolejne opowiadanie w odcinkach (dwóch). Miłej
lektury - jak zawsze życzy
m,
.y.
----------------------------------
Szałas
Teraz, po wszystkim, jestem pewien kilku rzeczy. Tak
dotyczących przeszłości, jak dotyczących najbliższej przyszłości,
choć najważniejsze pytania nadal pozostają poza moim zasięgiem.
Zaczęło się od wędrówki po górach; wędrowałem licząc się z tym, ze
będę musiał moknąć, zanim dotrę na miejsce spotkania. Dawniej
często wybierałem się na takie wycieczki, zwłaszcza latem. Od
dobrych paru lat nie byłem w górach, a na dobrą sprawę na żadnej
pieszej wycieczce. Osiadłem w jednym miejscu, duch przygasł, zaś
ciężkie buty zmieniłem w wygodne mokasyny.
Wyruszyłem tym razem, by odświeżyć wspomnienia, by jeszcze raz
dotykać stopami tych samych bukowych ścieżek, nie sprawdziłem
podstawowej rzecz. Namiotu. Był w opłakanym stanie – nie wiem, czy
są jakieś mole, które gustują w brezencie, być może to jakiś grzyb,
czy inny pasożyt. Nie mogłem zawrócić – termin spotkania, od
którego zależało bardzo dużo, być może najważniejszego spotkania
mojego życia, zbliżał się nieuchronnie. Wycieczka śladami brodatego
młodzieńca z plecakiem, którego z trudem rozpoznawałem na
zdjęciach, zaczęła jawić się raczej jako survival...
Przez pierwsze dni było pogodnie, nawet bardzo. Ciepłe
lipcowe noce nie dawały się specjalnie we znaki, zaś poranne
przymrozki bezskutecznie próbowały sforsować śpiwór. Piątego bodaj
dnia ujrzałem na niebie zapowiedź kłopotów i wiedziałem, że będę
musiał poszukać schronienia. Ruszyłem szybciej przed siebie, cały
czas zastanawiając się, czy kiedykolwiek przedtem tu dotarłem; czy
to, co pamiętam, rzeczywiście jest gdzieś przede mną, czy też
pamięć zawodzi po latach.
Nie zawiodła. Wieczorem zza drzew wyłoniła się wiata,
zbudowana tak dawno temu, że nawet ludzie mieszkający w okolicach
nie pamiętali, kto ją postawił i w jakim celu. Przypominała nieco
przystanek autobusowy: spadzisty dach z jednej strony sięgał ziemi,
z drugiej był ledwo zaczęty. Sprawiała wrażenie, jakby w założeniu
miała być stożkiem, coś na kształt niedokończonego wigwamu – dzięki
temu dało się do niej wejść, będąc z grubsza chronionym z trzech
stron. Pośrodku było palenisko, na oko nieużywane od bardzo dawna,
w głębi, tuż pod ścianodachem jedna prycza, w dodatku tak wąska, ze
dorosły mężczyzna z trudem się na niej mieścił. Chudy nastolatek
mieścił się na niej idealnie...
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.