weronika_fi
08.01.02, 12:18
No wlasnie - mam meza marynarza. Jestem z nim juz od siedmiu lat i za kazdym
razem kiedy przychodzi moment ze on ma jechac na rejs to strasznie to
przezywam. Praktycznie wyglada to tak, ze po prostu jestem zalamana i na nic
nie mam ochoty. Po prostu zycie bez niego traci sens. Nie mamy jeszcze dzieci
wiec jak on wyjezdza to jestem sama w pustym domu przez kilka miesiecy. To
bardzo dlugo. Ale i tak najgorszy jest ten poczatkowy czas po jego wyjezdzie.
Wtedy jest najtrudniej. Teraz znow zostane sama, bede wracac po pracy do
pustego domu, nie bede miala z kim porozmawiac o tym co sie wydarzylo w danym
dniu, poloze sie do pustego lozka i obudze sie w pustym lozku, w pustym
mieszkaniu i pojde do pracy...i tak dzien za dniem. Mam kolezanki - owszem.
Jest ich kilka, ale przeciez one maja swoje zycie i nie moga mi ciagle
poswiecac czasu. nie moge im ciagle zawracac glowy. Z trudem znajduja chwile
zeby sie ze mna spotkac raz na jakis czas - wiadomo - zycie teraz pedzi do
przodu i na nic nie starcza czasu, a kazdy ma swoje sprawy. Alez mi ciezko.
Pisze to tylko po to zeby sobie ulzyc i "wypłakac" sie komus. Boze - przede mna
kolejne dlugie samotne miesiace rozlaki, wyczekiwania, tesknoty, nerwow o jego
zdrowie i zycie, z rzadka tylko mozliwosc rozmowy telefonicznej, brak
mozliwosci wyslalania mu chocby listu bo nie wiadomo kiedy i w jakim bedzie
porcie. Jestem z tego duzego miasta w srodku Polski ktorego nikt nie lubi. Nie
wychowalam sie w rodzinie marynarskiej i moze dlatego nie majac wzorcow jak
sobie z tym radzic po prostu mecze sie kiedy go nie ma. Pogadalam sobie choc
niewiele mi to ulzylo, ale przynajmniej komus to opowiedzialam. Czy sa w tym
miescie kobiety w podobnej do mojej sytuacji? Odezwijcie sie jesli chcecie i
mozecie.
pozdrawiam
weronika_fi