takitaka
21.07.08, 19:42
Wczoraj wieczorem na dworcu Warszawa Zachodnia przy wejściu do tunelu zaatakował mnie facet. Gwałtownie szarpnął mnie z tyłu za plecak i wykrzyknął "Idziemy!" próbując mnie zawrócić. Zbaraniałam. "Proszę za mną!" - powtórzył ciągnąc za łokieć (to "proszę" w jego wydaniu nie było grzecznością, ale nadawało głosowi służbowy ton. On był po cywilnemu, w jakimś nienajświeższym swetrze, jakby nieco nietrzeźwy, ale nie pijany. Kompletne bzdury mamrotał, gdy pytałam o co mu chodzi. Coś w rodzaju "nie będziemy się cackać" lub "nie z nami te numery". Było nieprzyjemnie i troche straszno, bo ludzie wokół patrzyli (rzecz sie miała na przystanku autobusowym), a ja miałam świadomość, że dla bezstronnego świadka sytuacja nie jest jednoznaczna. Wyglądało to na zatrzymanie przez tajniaka osoby, która złamała prawo. Prawdę mówiąc facet był tak sugestywny, że gdybym miała cokolwiek na sumieniu, pewnie bym w tym momencie poczuła się złapana na gorącym uczynku.
Tak więc wiedziałam, że nie mam co liczyć na pomoc ludzi. Wyciągnęłam więc prawą ręką telefon z kieszeni i ustawiając się do faceta lewym bokiem chroniąc komórke, wyklepałam 112. W momencie gdy wklepywałam numer facet odsunał się ode mnie na odległość metra, gdy podniosłam telefon do ucha - na kolejne 2 metry. Gdy rozmawiałam z dyspozytorką wyciągał papierosa z paczki w odległości 5 metrów ode mnie, stojąc niby tyłem, ale zerkając co ja robię. Gdy relacjonowałam sytuację przez telefon (mówiłam głośno) osobnik zaczął wycofywać się w stronę dworca PKS, skąd za mną przylazł. Poprosiłam dyspozytorkę, aby poczekała przy telefonie, a ja spróbuję dowiedzieć się, o co facetowi chodzi. Poszłam za nim i zawołałam "Hej, niech sie pan zatrzyma!". Odwrócił się, a ja wtedy: "Może pan wyjaśnić, o co panu chodziło? Bo mam tu na linii policję - jeśli jest coś do wyjaśnienia, to możemy skorzystać z pomocy najbliższego patrolu". Teraz on wyglądał na nieco spłoszonego. Coś tam wymamrotał i wyciągnął do mnie rękę "Gruszyński (lub Gruszczyński) jestem". Zapytałam "Coś się panu pomyliło, tak? Na pewno? Czy ma pan do mnie jakąś sprawę?" Najwyraźniej chłop chciał zniknąć z pola widzenia i ja mu odpuściłam.
Przypomniałam sobie wtedy (chociaż chyba cały czas miałam to w pamięci, tylko o tym nie myślałam), że ten zwierz podszedł do mnie już parę minut wcześniej, gdy kupiwszy bilet odeszłam od kasy i wkładałam resztę do portfela, portfel zaś do tylnej kieszeni plecaka (tej przy plecach). Wówczas przeszedł tuż przed moim nosem, zaglądając mi w twarz.
Zarejestrowałam to jako niemiłe doświadczenie, ponieważ wyraźnie odczułam celowe wrogie nastawienie. Facet skojarzył mi się z bandytą. To ciekawe, ale chyba pierwszy raz miałam wrażenie, że ktoś z jakiegoś powodu upatrzył mnie sobie na ofiarę. Gdy mnie minął, z ulgą oddaliłam się i zapomniałam o nim.
Ale ciekawa rzecz - na tym odcinku między wyjściem z PKS a wejściem do tunelu PKP myślałam o tym, że dobrze, iż mam plecak a nie torebkę z jednym paskiem, który można przeciąć, oraz zastanawiałam się, czy mam sylwetkę i ruchy sprzyjające atakowi czy nie. O ile pamiętam, nie rozstrzygnęłam tej kwestii, ale pamiętam, że ją rozważałam. Mimo wszystko gdy ten facet skoczył mi na plecy byłam całkowicie zaskoczona i moje myślenie potoczyło się w kompletnie inny sposób. Jak wspomniałam - miałam poczucie absurdalności, a przekonujący ton napastnika kazał mi szukać winy w sobie. Wiedząc, że niczego nie mam na sumieniu, myślałam raczej o jakiejś absurdalnej pomyłce.
Teraz widzę, jak łatwo zasugerować ofierze winę.