saraisa
02.01.09, 02:02
Jeszcze do całkiem niedawna uważałam, że jeśli z kimś się zwiążę, to tylko z miłości. Chciałam poczuć te przysłowiowe "motylki w brzuchu", chciałam zafascynować się swoim chłopakiem, chciałam, żeby bycie z kimś było wynikiem prawdziwego porozumienia dusz - jednym słowem chciałam, żeby to było naprawdę "coś"
Niestety życie zweryfikowało mój pogląd. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że coś mnie w życiu mija - że koleżanki wokół są w coraz poważniejszych związkach, a nawet zakładają rodziny, a ja nadal nie mam doświadczenia "w byciu w związku". Zauważyłam, że ja tutaj czekam na swojego "księcia z bajki", a ludzie obok mnie nabierają doświadczenia w relacjach damsko-męski, a ja zostaję w tyle... Zaczęłam się nawet bać, że jeśli dłużej będę sama, zajdą w mojej psychice jakieś nieodwracalne zmiany ;) i już nie będę potrafiła wejść z kimś w związek.
Postanowiłam więc coś zmienić, może zmniejszyć trochę wymagania... Zainteresowałam się chłopakiem, z którym wcześniej tylko się kolegowałam, mieliśmy wspólne zainteresowania, byliśmy do siebie dość podobni. W dodatku zdawało mi się, że mu się podobam. :) Jednym słowem zupełnie logicznie i bez uczuciowo wybrałam sobie kandydata na chłopaka. Udało się, faktycznie podobałam mu się, zaczęliśmy się ze sobą spotykać. Myślałam, że może z czasem, tak jak trochę "labolatoryjnie" Go sobie wybrałam, tak też pojawi się miłość. Oczywiście tak się nie stało. Byliśmy ze sobą, a we mnie coraz bardziej narastała frustracja, kumulowały się zawiedzione nadzieje. Po roku na szczęście dla nas obojga rozstaliśmy się.
Ogólnie nie żałowałam swojej decyzji o związku z rozsądku, bo uważałam, że nabrałam doświadczenia w relacjach damsko-męskich. Mimo wszystko nie mogę uwolnić się czasami od niemiłego uczucia, że ten związek był jakiś taki "sztucznie wygenerowany", że to nie było prawdziwe. Mimo że mój chłopak był inteligentnym, pomocnym i zabawnym facetem. Ogólnie miał cechy mojego ideału, a jednak to nie było to, zabrakło po prostu uczucia z mojej strony...
Podczas trwania związku zaczęłam pracować, poznałam nowych ludzi, w tym kilku ciekawych chłopaków - a jednak nie angażowałam się w żadne flirty, bo chciałam być fair wobec chłopaka. Czasami myślę, że może właśnie wtedy ominęła mnie szansa na prawdziwe uczucie...
Zastanawiam się, skąd może wynikać to moje obsesyjne pragnienie miłości? Może żyję w micie idealnej miłości rodziców? Moi rodzice podobno bardzo się kochali, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie wiem, jak by było teraz, bo moja mama umarła, gdy byłam młoda. Może więc tata teraz tylko idealizuje, podobno wdowcy mają skłonność do takiego zachowania po śmierci małżonka...
A teraz - u progu nowego roku - znów zastanawiam się, czy angażowanie się w związek, gdy od początku nie czuje się motylków w brzuchu - ma sens? Może macie jakiś limit randek, na których dajecie sobie szansę, żeby coś zaiskrzyło? ;) Ciekawa jestem co sądzicie o związkach z rozsądku?
Uff, uzewnętrzniłam się. Dziękuję za doczytanie do końca :) Może komuś da do myślenia moja historia...