jaszczuraaa
29.08.09, 13:27
Miałam przyjaciela, którego znałam całe życie. W pewnym momencie coś mi odbiło i zakochałam się w nim... W końcu wszędzie chodziliśmy razem, spotykaliśmy się w wolnym czasie, rozmawialiśmy o wszystkim. On był z inną, ale w pewnym momencie ona go rzuciła, oczywiście go pocieszałam, spędzaliśmy razem jeszcze więcej czasu... Dowiedział się, co do niego czuje (czy raczej bardziej domyślił), ale nie zerwał kontaktu, zachowywał się, tak jak zawsze. To do niego zawsze mogłam zadzwonić, gdy miałam problemy, to do niego mogłam się przytulić, w jego rękaw mogłam się wypłakać... Ale musiał wyjechać... Na kilka lat, może na zawsze, nie daleko, do miasta oddalonego od mojego o 3 godziny drogi... Powiedział, że "to nie miało by sensu, tak na odległość", czyli chyba coś też do mnie czuł...
Wyjechał. Po dwóch miesiącach dowiedziałam się, że jest z jakąś dopiero co poznaną dziewczyną, wszystko mi się zawaliło, w końcu stwierdziłam, że musimy zerwać kontakt dopóki mi ta miłość nie przejdzie. Spotkaliśmy się dwa razy, za pierwszym powiedział, że wolałby wrócić do swojego dawnego miasta, do wszystkiego co było kiedyś. Za drugim razem wogóle się do mnie nie odezwał... Nie chciał, żebym tam była.
Nie widziałam go już ponad 2 lata... W tym czasie poznałam kogoś innego, zaręczyłam się, planuję ślub z wspaniałym mężczyzną, który mnie kocha naprawdę mocno i wiem, że zapewni mi wygodne i w miarę szczęśliwe życie.
Niedawno rozmawiałam z moim byłym przyjacielem na gg... Nie mówiliśmy o swoim życiu, ani związkach, tylko o głupotach - gwiazdach, pracy, zwierzętach, całym świecie... Stwierdził, że powinniśmy się spotkać, miał się odezwać ponownie. Ale do tej pory (3 miesiące) tego nie zrobił. Nie chcę mu się narzucać, nie chcę żeby myślał, że mi wciąż zależy. Jeśli jest szczęśliwy, to wspaniale, a i nie chcę bardziej zranić mojego narzeczonego...
Nie wiem którego z nich kocham. Chyba tego, z którym jestem obecnie... Ale są takie dni, kiedy myślę tylko o moim dawnym przyjacielu, który zawsze wywoływał na mojej twarzy uśmiech, który kiedyś sprawił, że chciałam żyć. Mam na jego punkcie obsesję, czasem wstaję o 3ciej, żeby iść w pewne miejsce i obejrzeć wschód słońca, w miejsce, gdzie mnie kiedyś zaprowadził...
Z drugiej strony wiem, że z przyjacielem nie byłabym tak spokojna i w pewien sposób szczęśliwa.... Zagmatwane to, ale nie mam komu o tym wszystkim powiedzieć...
Pomóżcie mi, co według was powinnam zrobić? W jaki sposób można pozbyć się takiej obsesji?