nahtahni
19.03.10, 11:53
Myśląc Ojczyzna
red. Stanisław Michalkiewicz (2010-03-17)
Felieton
"Nastaje godzina prawdy"
Szanowni Państwo!
Gdyby tak czerpać wiedzę o świecie i życiu tylko z tego, co podają nam do
wierzenia media głównego nurtu, to trzeba by przyjąć, że jest dobrze, a będzie
jeszcze lepiej. Że największym naszym zmartwieniem jest to, czy kandydatem na
kandydata Platformy Obywatelskiej w tubylczych wyborach prezydenckich będzie
minister Radosław Sikorski, czy marszałek Bronisław Komorowski. Że cały kraj o
niczym innym nie myśli, ani niczym innym nie żyje, tylko debatą, jaka obydwaj
poprzebierani za dygnitarzy osobnicy przeprowadzą ze sobą w Bibliotece
Uniwersytetu Warszawskiego.
Że taką socjotechnikę uprawia Platforma Obywatelska - to zrozumiałe i to nawet
z czterech powodów. Po pierwsze - próbuje skoncentrować uwagę opinii
publicznej na własnych błazeństwach, ponieważ - po drugie - żadnej poważnej
polityki uprawiać już nie może, bo - po trzecie - musi odwdzięczać się
tajniakom za to, że wystrugali z nich dygnitarzy, a - po czwarte - że ostatnie
słowo w sprawie tego, co w Polsce będzie się działo, maja Niemcy, Rosja, Stany
Zjednoczone i Izrael, za pośrednictwem penetrującej nasz kraj agentury.
Ciekawe jednak, że w tę socjotechnikę Platformy Obywatelskiej uwierzyło
również kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości - a w każdym razie najwyraźniej
jej Platformie pozazdrościło. Wynika to z lamentów i skarg do Państwowej
Komisji Wyborczej - że to niby Platforma nadużywa telewizji. Te śmieszne
pretensje pokazują, że Prawo i Sprawiedliwość tak samo chętnie robiłoby nam
wodę z mózgu, gdyby nie to, że prawyborów u siebie urządzić nie może, bo musi
popierać kandydaturę pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, żeby tam nie wiem co.
Tymczasem gdyby nawet Platforma Obywatelska, czy w ogóle - konstytucyjne
władze państwa polskiego miały rzeczywiście coś do powiedzenia w prawdziwej
polityce - to i tak debata między ministrem Sikorskim, a marszałkiem
Komorowskim nie miałaby żadnego znaczenia. Rzecz w tym, że obydwaj ci malowani
dygnitarze mówią dokładnie to samo. Minister Sikorski - że będzie prezydentem
przewidywalnym, co w przeło0żeniu na język ludzki oznacza, że będzie słuchał
starszych i mądrzejszych. No a marszałek Komorowski tak samo - że będzie
słuchał starszych i mądrzejszych tak, jak robił to do tej pory. Jakaż między
nimi różnica, o czym jeszcze w tej sytuacji mogą "debatować"? Równie dobrze
telewizja mogłaby transmitować dialogi na cztery nogi Incitatusa - konia,
którego cesarz Kaligula zrobił senatorem - z Penelopą - klaczą, którą w swej
łaskawości przydzielił mu za żonę. Sytuacja jest zresztą podobna, bo i naszym
dygnitarzom też w żłoby dano w jednym siano, w drugim siano - więc cokolwiek
wybiorą, to wybiorą zgodnie z tym, co do wyboru przeznaczył im dyskretny
gospodarz.
Tymczasem, kiedy nasze, poprzebierane za dygnitarzy klauny próbują za
pośrednictwem sprzedajnych żurnalistów podsuwać opinii publicznej takie
makagigi, na naszych oczach dokonuje się eksperyment, który już wkrótce może
stać się również naszym udziałem. Mówię oczywiście o Grecji, w której pod
koniec ubiegłego roku dług publiczny przekroczył 300 miliardów euro, co
stanowi ponad 100 procent tamtejszego produktu krajowego brutto, a więc tego,
co Grecja w postaci dóbr i usług wytwarza i sprzedaje. Bankructwo Grecji
spektakularnie podważa opowieści bandy idiotów, że jak tylko przyłączymy się
do Euro sojuza, a już zwłaszcza - do unii walutowej, czyli do strefy euro, to
już włos nam z głowy spaść nie może i wszyscy będą żyli długo i
szczęśliwie.Okazuje się, że na głupotę i niefrasobliwość skutecznego lekarstwa
jeszcze nie wynaleziono, dlatego wbrew pozorom, ani Unia Europejska, ze swoimi
komisarzami, ani euro, też takim lekarstwem nie jest. Po staremu - o
jedenastej przysyłają rachunek i wtedy nastaje godzina prawdy.
Bankructwo Grecji powinno nas zainteresować co najmniej z dwóch powodów. Po
pierwsze dlatego, że na znacznie mniejszą skalę już raz przerabialiśmy to samo
za czasów Edwarda Gierka, którego entuzjaści założyli w Sosnowcu
hagiograficzny instytut. Edward Gierek stworzył w Polsce wrażenie cudu
gospodarczego za pożyczone 20 miliardów dolarów. Kiedy jednak trzeba było
zacząć oddawać pożyczki, czar prysnął. Oczywiście nie od razu, bo przez prawie
pięć lat Edward Gierek próbował powagę sytuacji ukrywać z jednej strony przez
tak zwaną propagandę sukcesu w telewizji i innych mediach, a z drugiej - przez
zaciąganie kolejnych pożyczek na oddanie najpilniejszych długów. Ponieważ
jednak te kolejne pożyczki zaciągał na 20 i więcej procent w sytuacji, gdy,
nawet według propagandy sukcesu, wzrost gospodarczy wynosił około 4 procent,
to wiadomo było, że musi się to wszystko zakończyć katastrofą. No i zakończyło
się w sierpniu 1980 roku, to znaczy - niezupełnie, bo generał Jaruzelski
przedłużył tę agonię do roku 1989. Wtedy okazało się, jaki był bilans
zamknięcia PRL; dług zagraniczny okazał się o pół miliarda dolarów wyższy od
wartości majątku trwałego w przemyśle. Tak na wieczną rzecz pamiątkę obliczył
profesor Eugeniusz Rychlewski ze Szkoły Głównej Handlowej - na przekór
wszystkim sierotom po Stalinie, Gomułce, Gierku i czcicielom generała
Jaruzelskiego.Jak obliczył prof. Eugeniusz Rychlewski z warszawskiej Szkoły
Głównej Handlowej, zadłużenie PRL na koniec 1989 roku wynosiło 42,2 mld
dolarów i było o pół miliarda dolarów wyższe, od wartości majątku trwałego w
przemyśle. Takim bilansem zamknęła się PRL. Było to tylko zadłużenie zagraniczne.
Okazało się jednak, że towarzystwo, któremu przy okrągłym stole komunistyczny
wywiad wojskowy powierzył zewnętrzne znamiona władzy, poszło w ślady Edwarda
Gierka, tyle, że na znacznie większą skalę, to znaczy - z większym rozmachem i
niefrasobliwością. I to jest drugi powód, dla którego powinniśmy nie tylko z
zainteresowaniem przyglądać się Grecji, ale i wyciągnąć jakieś wnioski na
przyszłość.
Chodzi o to, że po tzw. transformacji ustrojowej, kolejne ekipy stwarzały
wrażenie płynności finansowej państwa poprzez powiększanie długu publicznego.
Proces ten nabrał tempa zwłaszcza po rozpoczęciu dostosowywania naszego
systemu prawnego do tak zwanych standardów unijnych. O ile Edward Gierek
potrzebował prawie 9 lat na pożyczenie 20 miliardów i zadłużenie kraju na 40
miliardów dolarów, to już Leszek Miller, jako premier rządu powiększył dług
publiczny o 20 miliardów dolarów w dwa lata, premier Marek Belka powiększył
dług publiczny o 20 miliardów dolarów w rok, a premier Kazimierz Marcinkiewicz
- zaledwie w 6 miesięcy. Premier Donald Tusk w dwa lata powiększył dług
publiczny o około 200 miliardów złotych, co w przeliczeniu na dolary oznacza
grubo ponad 30 miliardów rocznie. W tej chwili dług publiczny Polski oscyluje
wokół 700 miliardów złotych, powiększając się z szybkością około 1700 złotych
na sekundę. W przeliczeniu na złote grecki dług publiczny wyniósłby 1140
miliardów, ale przecież nasi dygnitarze w tej sprawie nie powiedzieli jeszcze
ostatniego słowa.
W nocy z poniedziałku na wtorek ministrowie finansów strefy euro pozwolili
Grecji nadal sprzedawać obligacje lichwiarskiej międzynarodówce - ale
oczywiście - na bardzo wysoki procent. Ponieważ wzrost gospodarczy w strefie
euro oscyluje wokół zera, to tylko patrzeć, jak Grecja powtórzy eksperyment
Edwarda Gierka. Co wtedy postanowi w kwestii greckiej lichwiarska
międzynarodówka? Zażąda zwrotu w naturze, czy sprzedania wszystkich Greków w
dziedziczną niewolę?
Ciekawe, co na ten temat sądzą nasi przebierańcy i czy w debacie w ogóle
ośmielą się ten temat poruszyć, czy raczej ogranicza się do różnicy między
przodkiem a tyłkiem?