slazak58
06.04.11, 09:05
Urodziłem się w 1958 roku w znanym śląskim miasteczku. Moja matka jest dzieckiem polskich chłopów z krakowskiego, którzy na początku zeszłego stulecia wyemigrowali za chlebem na Śląsk. Jej ojciec, a mój dziadek, uczestniczył po polskiej stronie w powstaniach śląskich, babka prowadziła drobny sklep spożywczy. Mój drugi dziadek również uczestniczył w powstaniach śląskich, tylko że po stronie niemieckiej. Zarówno przed jak i po powstaniu byli i czuli się przede wszystkim Ślązakami. Mój dziadek ze strony ojca, bardziej uczuciowo związany z nieistniejącym cesarstwem austro-węgierskim, całe swe życie przepracował na śląskiej kolei, do końca życia nazywając ją koleją wiedeńsko-krakowską. Zarówno rodzina matki jak i rodzina ojca przez kilkadziesiąt lat mieszkali w tej samej, ogromnej kamienicy, w podobnych mieszkaniach, które długie lata przed wojną, jak i długie lata po wojnie zasiedlali po prostu Ślązacy. Ojciec, który w 1944 skończył 16 lat, został jako Niemiec wcielony do folksturmu... Dziadek ze strony matki, w 1939 przymusowo wysiedlony przez hitlerowców do GG, aktywnie działał w krakowskim AK. Przypłacił to chorobą nerek, pogłębioną dodatkowo kilkoma latami wiezień w czasach stalinowskich. Uwolniony w okresie odwilży zmarł kilkanaście dni po moim urodzeniu. Ojciec – już jako szeregowy żołnierz Wermahtu, ranny w 1945 roku dostał się do amerykańskiej niewoli, z której wrócił pieszo do domu, na Śląsk, bo po prostu nie wyobrażał sobie wtedy życia gdzieś indziej. W moim domu mówiono po polsku, rodzina ojca często ze względów praktycznych przechodziła na niemiecki. Również ze względów praktycznych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiatych wszystkie śląskie dzieci mówiły jak ja po polsku, ale również jak ja były osłuchane z niemieckim i bardzo dobrze sobie radziły ze śląską gwarą. Dla prawdziwego, rodowitego Ślązaka język nigdy nie był miernikiem czy określnikiem. Pamiętam z dzieciństwa znajome rodziny śląskich powstańców – tych walczących po polskiej stronie - które między sobą rozmawiały po niemiecku, który to język lepiej znali, podobnie jak i pamiętam rodowitych Niemców, którzy w latach gierkowskich, w ramach łączenia rodzin wyjeżdżali do ówczesnego NRF- u i przed samym wyjazdem gorączkowo uczyli się podstaw niemieckiego, dlatego że całe życie, również i przed wojną, a nawet przed powstaniami, mówili tylko po polsku. Mieli udokumentowane, wielopokoleniowe pochodzenie z Niemiec, często mieli niemieckie nazwiska, ale między sobą rozmawiali po polsku. Niemiecki, czeski czy słowacki na śląskiej ulicy nie wywoływały wtedy zdziwienia i wyłącznie nowi, powojenni przesiedleńcy z innych części Polski automatycznie utożsamiali język z przynależnością państwową czy kulturową. W późniejszych latach ten aspekt czy raczej relikt byłej wielokulturowości powoli, acz bezpowrotnie zanikał. Ostatni raz, w 1984 roku przypadkowo rozmawiałem z 70- ciokilku- letnią Ślązaczką i to właśnie ona w zapale dyskusji automatycznie przeplatała język polski gwarą śląską i czystą niemiecczyzną. W dyskusji oprócz mnie brało wtedy jeszcze udział kilka innych osób i po paru minutach nagle zorientowaliśmy się, że rozmawiamy już tylko w swoim własnym, czysto śląskim gronie, nieświadomie eliminując nierozumiejacych „goroli”. Zawsze, na ile mogę pamiętać jedyny naprawdę ważny na Śląsku podział to był podział na Ślązaków i innych. W określeniach śląski Niemiec czy śląski Polak na Śląsku najważniejszy był ten pierwszy określnik - śląski. Wszędzie indziej, poza Śląskiem, jak w Polsce tak i w Niemczech, to samo określenie nabywało pejoratywnego zabarwienia i w najlepszym razie ironicznego charakteru.
Od kilkudziesięciu lat mieszkam, żyję i pracuję poza granicami Polski. Mieszkałem i pracowałem w kilkunastu krajach na trzech różnych kontynentach, w kilku diametralnie różnych systemach społecznych. Jestem rozczarowanym i niepraktykujacym katolikiem ożenionym z muzułmanką. Oboje z żoną jesteśmy wychowani w skrajnie różnych kulturach i tradycjach, acz w tym samym wrodzonym szacunku do każdego, niezależnie od takiej czy innej przynależności narodowej, religijnej, rasowej czy ideologicznej lub politycznej. Z Polski wyjechałem z kilkoma walizkami i solidną wiedzą, zdobytą dzięki chłopskiemu uporowi matki i jej głębokiemu przeświadczeniu nabytemu po przymusowym wysiedleniu do GG w 1939 roku. Mawiała: „Wszystko mogą Ci kiedyś zabrać, ale tego co masz w głowie nie zabiorą”. Późniejsze, powojenne losy obu rodzin, niestety, w bardzo smutnych okolicznościach wiele razy potwierdzały prawdziwość tych słów. Moje życie było bardzo niestandardowe i nietypowe. Bez wnikania w szczegóły – dokładnie opisane starczyłoby na kilka scenariuszy filmowych, począwszy od tragikomedii, poprzez cykl szkiców polityczno-historycznych, a skończywszy na solidnym dramacie obyczajowym. Niezależnie od wszystkiego innego, kiedy się teraz czasem zastanawiam nad tym, co chciałbym najbardziej przekazać moim dzieciom poza wartościami materialnymi, dochodzę do wniosku, że chyba jednak właśnie to czysto śląskie i bardzo proste, wprost prozaiczne przeświadczenie, że człowiek jest zawsze najpierw przede wszystkim człowiekiem, a dopiero potem Ślązakiem, Polakiem, Niemcem czy Rosjaninem, białym, czarnym, żółtym czy czerwonym, wierzącym Żydem, katolikiem, protestantem czy ateistą. Wiem, że do tego typu wniosków muszą dojść sami, że nie uchronię ich ani przed doświadczeniami, które będą ich popychały w stronę rasizmu, ksenofobii czy różnej maści szowinizmom, podobnie jak nie uchronię ich przed ich własną lub cudzą głupotą. Marzy mi się jednak, żeby moje dzieci zawsze były w stanie rozpoznać, co się kryje za próbami klasyfikacji na podstawie jedynych i prawdziwych, zawsze słusznych kryteriów serwowanych przez nieomylnych mężów zbawienia.
Przez lata za granicą czułem się Polakiem. W Polsce lub w Niemczech czułem się przede wszystkim Ślązakiem, który wszędzie poza Śląskiem był trochę podejrzany. Nagłe zainteresowanie pana Kaczyńskiego i PiS- u Śląskiem i próba kolejnej, czarno- białej klasyfikacji budzi we mnie niechęć i niesmak. Z Polski wyjechałem kiedyś, żeby się wydostać z ówczesnej biało- czarnej rzeczywistości, w której jakakolwiek odskocznia od przyjętej wykładni w najlepszym wypadku groziła ostracyzmem. Paradoksalnie, to właśnie śląskie dzieciństwo, spędzone w zadymionym i czarnym od sadzy i węgla miasteczku, w schyłkowym okresie wspomnień po wielokulturowości, najlepiej przygotowały mnie do reagowania na wszelkiego rodzaju biało-czarny podział serwowany przez jedynych wielkich, sprawiedliwych i nieomylnych. Nie popieram śląskich ruchów autonomicznych, podobnie jak nie popieram wiary, że siedząc w Warszawie czy w Gdańsku wie się lepiej, co naprawdę czują Ślązacy i czego im przede wszystkim potrzeba. Niestety, wyglada na to, że strażnik jedynej i prawdziwej opcji – prawdziwy katolik i Polak – zdecydował się – oczywiście kierowany historyczną koniecznością – wskazać wszystkim jedyną, słuszną drogę i na wszelki wypadek pogroził palcem tym, którym sie wydawało, że wiedzą kto jest swój, a kto nie. Pan Kaczyński w jasny i jednoznaczny sposób pokazuje potrzebującym wyjaśnienia, że nie wystarczy mieszkać dziesiątkami lat na tej samej ulicy i w tej samej kamienicy by być „swoim”. On wie. On nam powie. We wczesnych latach trzydziestych taką samą prawdę uzmysłowił prostym Niemcom pan AH. Skutecznie. Zostali sami swoi. Pytanie tylko brzmi: Kto teraz tak naprawdę jest na Śląsku swoim, a kto nie? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie. Podobnie jak pan Kaczyński, wiem jednak nadal, kto na pewno swoim nie jest.