dorota_333
01.08.24, 10:02
... Miasta. Z coraz większą pompą.
Tak, wiem, piszę o tym co roku. Ale ukazują się nowe książki, wiadomo coraz więcej na temat kulis podjęcia decyzji o wybuchu Powstania warszawskiego. I coraz bardziej boli to, co się czyta.
"(...) odpowiedzialność za wybuch powstania została zrzucona na gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora". Zrobiono z niego kozła ofiarnego, a on to przyjął.
(...)
To był wódz bez cech wodza. Wódz, którego „targali za uszy" ludzie pokroju psychopaty gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka", zastępcy szefa sztabu KG AK, arywisty i zupaka płk. Antoniego Chruściela „Montera", komendanta warszawskiego okręgu AK, czy wspomnianego Pełczyńskiego. Wszyscy oni ślepo parli do powstania.
(...)
Zastępca szefa sztabu KG AK płk Janusz Bokszczanin relacjonuje naradę z rana 31 lipca 1944 r. Przygotuj się, bo to morderczy cytat: „Okulicki – zdecydowany alkoholik. Rozpoczynał dzień alkoholem. Zabrał głos w sposób bardzo nieprzyjemny, prawdopodobnie sobie popił przedtem. Krzyczał, stojąc i wygrażał pięściami. Zarzucał małoduszność i kunktatorstwo. Wyciągał przykład z powstania listopadowego, do czego doprowadził brak decyzji. Zarzucał »Borowi« tchórzostwo. »Bór« siedział, zasłaniając oczy. Nikt, łącznie z samym »Borem«, na te słowa nie zareagował. Komorowski był zupełnie przybity i zagubiony. Widać było, że nie wie, co robić".
(...)
O godz. 18 zaplanowano wieczorną naradę. I oto, co się dzieje. Komorowski idzie na obiad do kwatery przy ul. Pańskiej 67. Zawsze chodził tam sam, tym razem dziwnym trafem towarzyszą mu Pełczyński i Okulicki. Tam też około godz.16 zjawia się płk Chruściel, który od początku parł do powstania. Już 27 lipca jako komendant Okręgu Warszawskiego zarządził pogotowie sztabów, okręgu, rejonów i zgrupowań i nakazał szykowanie się do walki. Gen. Bór-Komorowski został więc „osaczony" przez trzech jastrzębi. Chruściel przynosi „pewną wiadomość", że czołgi sowieckie są już na Pradze.
Z urobieniem „Bora" cała trójka musi się spieszyć, bo o 18 przyjdą przecież pozostali oficerowie i dyskusja rozkręci się na nowo. Okulicki, Pełczyński, Chruściel napierają więc na natychmiastowy rozkaz. „Bór" wobec „bezspornych faktów" ulega i każe wezwać Jana Stanisława Jankowskiego, Delegata Rządu na Kraj, który po półgodzinie przybywa. Delegat Rządu pyta: – A co będzie, jeśli Rosjanie ustaną? Pełczyński odpowiada: – Wtedy Niemcy nas wyrżną. Nikt jednak w taką ewentualność nie wierzy. Wobec przedstawionej sytuacji Jankowski wydaje zgodę na powstanie.
Około 17.30 „Monter" wychodzi z upragnionym rozkazem o Godzinie „W": 1 sierpnia godz. 17 – i przekazuje go do podległych jednostek.
O 18 przybywają pozostali oficerowie, Kazimierz Pluta-Czachowski, Józef Szostak i Kazimierz Iranek-Osmecki, który osłupiały mówi: – Popełnił pan błąd, panie generale! Informacje „Montera" są błędne. Niemcy utrzymali przyczółek na Pradze i potężnymi siłami szykują się do przeciwnatarcia. "Bór" osunął się na krzesło, kilkakrotnie przetarł czoło. – Musi pan odwołać rozkaz – nalega Iranek-Osmecki. Szostak dodaje: – To szaleństwo, to najgorszy ze wszystkich momentów. Damy się wszyscy zmasakrować.
(...)
Okulicki. Na narady przychodził pod wpływem alkoholu. Krzyczał, że jeśli nawet Warszawa miałaby zostać zrównana z ziemią, a ludność wymordowana, to trzeba tę walkę podjąć. Nikt inny tak nie stawiał sprawy. Zachowywał się jak sowiecki agent służący przyszłemu podbojowi kraju. Skądinąd wiadomo, że na Łubiance zeznawał i sypał. Może chciał się zrehabilitować."
Całość tutaj, ale kluczowe zacytowałam:
wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,31148175,gluza-bor-komorowski-to-wyjatkowy-dowodca-w-naszej-historii.html
I teraz najgorsze: bezsensowna rzeź, zdecydowana w warunkach jak wyżej, staje się na naszych oczach kamieniem węgielnym polskiego patriotyzmu. Świętowana kilka dni co roku, z dużymi sumami idącymi na Muzeum Powstania, z ogromną obecnością w mediach, z wieloma imprezami towarzyszącymi (koncerty, biegi, wystawy).
Kolejne władze (każde władze) uważają, że wymordowanie Miasta i jego elity - którego można było uniknąć - konstytuuje polskość.
Zamiast trudnej, bolesnej dyskusji mamy tromtadrację. Jakby nie patrzeć: sanacja wróciła, wchodzimy w stare koleiny.