Dodaj do ulubionych

wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy

17.03.02, 11:06
Start był nieco po 9 rano, przy bezchmurnej pogodzie i lekkim mrozie. Słońce
świeciło tym charakterystycznym światłem, jakie można zobaczyć tylko na północy
Europy, na ziemi leżały jeszcze długie cienie, a na trawie wokół pasów
startowych błyszczał szron.

Wraz z nabieraniem wysokości rozrastały się Helsinki, szerokie, rozłożyste, a
jednocześnie niskie, rozrzucone między lasami i zagajnikami. Finlandia była
jeszcze biała, lasy tonęły w szadzi a jeziora stały ścięte lodem. W meandrach
linii brzegowej, tysiącach wysp, wysepek i zwykłych wystających z wody kamieni
trudno było powiedzieć gdzie kończy się ląd a zaczyna morze, tym bardziej że
zaśnieżone brzegi niewidocznie przechodziły w pokrytą lodem wodę. Dalej w głąb
zatoki morze miało z wysoka fakturę lekko chropawego plastiku, niebiesko-
szarego choć jeszcze nie granatowego. Po nim, zgodnie z osią naszego lotu,
kursował już pierwszy prom do Tallina, a prostopadle do niego jakiś samotny
drobnicowiec z Petersburga.

Samolot był niemal pusty, więc korzystając z tolerancji fińskich stewardess,
kursowałem między lewym a prawym oknem. Siedząc po lewej stronie trzeba było
nieco opuścić zasłonę, bo pomarańczowe słońce świeciło prosto w oczy, a drugie
odbijało się w wodach Zatoki Fińskiej. Po prawej stronie rozciągał się po
horyzont otwartego Bałtyku nieskończony archipelag, kulminujący gdzieś daleko w
widocznych zapewne, choć trudnych do zidentyfikowania Wyspach Alandzkich,
zwodniczej obietnicy pierwszego i ostatniego sukcesu Ligi Narodów, mekce
żeglarzy i zwolenników autonomii terytorialnej, ojczyźnie ballad Eivor
Lindstrom.

Nad południową częścią Zatoki leżał wał chmur, na szczęście niezbyt gęstych.
Nie pozwolił on podziwiać północnej linii brzegowej Estonii, słynnej ze swoich
ponurych, kamiennych klifów. Na szczęście chmury skończyły się niemal tuż nad
Tallinem, który pozostał prawe dokładnie pod samolotem. Z góry widać było
dobrze port, zatoki i półwyspy peryferii miasta, blokowiska na przedmieściach,
a także tyleż charakterystyczne co brzydkie wieżowce hoteli Viru i Olumpia.

Samolot nabrał już swojej wysokości przelotowej, a chmury zniknęły całkowicie.
Z okien samolotu rozciągał się widok w promieniu ok. 150 km. Z lewej strony
widać było niemal całą Estonię, od stołecznego rejonu Harju po biedne,
rosyjskojęzyczne Virumaa i ogromny, błyszczący w słońcu na dalekim horyzoncie
płat jezior Pejpus i Czudzkiego. Z prawej strony równolegle do naszego lotu
przebiegała linia brzegowa, a za nią wyspy Ozylia i Dago (albo, jak kto woli,
Hiiumaa i Saaremaa), tragicznej jesieni 1944 roku opuszczone przez swoich
szwedzkich mieszkańców. Były tak płaskie, że wyglądały jak rudo-brązowe plamy
wprasowane w płaszczyznę niebiesko-sinego morza.

Linia brzegowa z prawej strony przybliżała się miarowo, aż przelecieliśmy nad
zabudowaniami podupadającego portu w Parnawie i znaleźliśmy się nad szerokimi
wodami Zatoki Ryskiej. Na jej środku brązowiła się rudymi trawami i iglastymi
lasami słynna wysepka, z powodu której w komicznym konflikcie Estonia i Łotwa
odwoływały nawzajem swoich ambasadorów. A na dalekim horyzoncie pojawił się już
północny cypel Kurlandii, magicznego kraju gdzie wśród zamków inflanckiej
szlachty niemieckie trolle rozmawiają z łotewskimi duchami drzew i kamieni. W
ciągu kilkunastu minut cypel rozrósł się w szeroki półwysep, którego zachodni
brzeg z trudnością zaledwie dawał się zidentyfikować gdzieś na horyzoncie. To
właśnie obraz tych płonących ojczystych brzegów pozostał na zawsze w pamięci
żołnierzy łotewskich dywizji Waffen SS, którzy wiosną 1945 ostatnimi statkami
opuszczali kurlandzki kocioł.

Przesiadłem się na lewo. Na dole wyraźnie błyszczała już w słońcu Dźwina,
płynąca ku nam z morenowych wzgórz Białorusi. Przed Rygą, spiętrzona tamą,
rozszerzała się gwałtownie, a jej wody zalewały łąki, na których wieki temu
polska armia święciła swój bodaj największy militarny triumf wszechczasów.

Wylecieliśmy znad Zatoki Ryskiej znów nad ląd, przecinając szerokie,
piaszczyste plaże nadryskich uzdrowisk, z Jurmałą na czele. Tu odpoczywali
radzieccy notable w odgrodzonych od świata kompleksach, tu bawi się obecnie
mafia, którą Łotysze nazywają rosyjską a Polacy łotewską. Pod samolotem Ryga,
ogromny pylon podwieszanego mostu spinającego odległe brzegi Dźwiny,
charakterystyczna wieżą telewizyjna na jednej z wysp na rzece; niestety nie
udało mi się dostrzec z powietrza bodaj najpiękniejszych budynków tej części
świata, czerwonoceglanych pomników hanzeatyckiego gotyku.

Lecimy nad Zemgalią, a tymczasem dalej na lewo zaczynają błyszczeć w lasach
jeziora Łatgalii, tego smutnego, melancholijnego kraju gdzie poezja jest tak
gęsta, że w mroźnej ciszy marcowego poranka można zobaczyć, jak osadza się na
drzewach. Granica łotewsko-litewska umyka gdzieś niezauważona. Z prawej pod
nami jakieś większe miasto – chyba Szawle, z pasem startowym lotniska na
przedmieściu. Lecimy historycznym pograniczem Żmudzi i Auksztoty, przecinamy w
poprzek autostradę z Wilna do Kłajpedy. Nad krajem naszej miłości i nienawiści
poranek przechodzi w przedpołudnie, w wioskach ludzie idą do kościołów a w
miastach młodzież budzi się na popiątkowym kacu.

Wytężam wzrok, żeby zobaczyć Kłajpedę, ale widoczność spadła już do najwyżej
100 km; udaje mi się jedynie zidentyfikować piaszyczyte plaże Mierzei
Kurońskiej, które swoimi jasnymi kreskami nieznacznie odróżniają się od sino-
szarego horyzontu. Tymczasem z lewej wynurza się kolejna rzeka z narodowej
mitologii; błyszczy między zabudowaniami Kowna, przecięta mostem do Aleksoty, a
potem rozlewa się szeroko w Kowieńskie Morze, zasilając największą w tej części
Europy elektrownię wodną. Wypatruję dalej na wschodzie, ale nie wiem czy zdaje
mi się, czy też rzeczywiście widzę Miłe Miasto, niestety rozpoznawalne nie po
wieżach swoich kościołów ale po dymach z okolicznych zakładów przemysłowych.

Przekraczamy Niemen i lecimy już nad historyczną Suwalszczyzną. Po prawej rzeka
płynie prosto na Zachód, staje się granicą rosyjsko-litewską i zmierza dalej,
do miast którym wiele zawdzięcza współczesna literatura tak niemiecka jak
litewska. Po lewej zakręca, przez jakiś czas kręci swoje meandry równolegle do
naszego lotu, na linii starych fortów rosyjskich, kulminujących w widocznej
dobrze Olicie, po czym znowu odbiega gdzieś na lewo, na wschód, ku pagórkom
Mińszczyzny. Tymczasem pod nami jakieś większe miasto – nie wiem, jeszcze
Mariampol, Suwałki czy może już Augustów. Tracę na parę chwil orientację gdzie
jestem, umyka mi gdzieś Grodno, które powinno być przecież dobrze widoczne po
lewej stronie.

Wkrótce teren pod nami pustoszeje, nikną pola, drogi i osiedla, zaczynają się
pustkowia łąk i wód; to Kanał Augustowski. Rozlewiska, zakola, starorzecza i
bagna stają się coraz szersze wśród rudo-brunatnych traw, jesteśmy już nad
Biebrzą, królestwem ptaków. Dobrze widoczny most w Ossowcu, gdzieś przed nami
zaczyna błyszczeć Narew. Zbieg obu rzek jest doskonale widoczny, przy czym z
góry wydaje się, że to raczej Narew wpada do Biebrzy. Dalej Wizna, miejsce
daremnej wrześniowej chwały, po czym Narew z Łomżą i Ostrołęką chwilowo znika
po prawej stronie samolotu. Wkrótce wraca po lewej, tym bardziej że z lewej
strony zgłasza się kolejno Bug, znacznie mniej od Narwi imponujący. Pojawia się
zbieg obu rzek, Zalew Zegrzyński, Pułtusk i Serock, aż wreszcie, po Dźwinie,
Niemnie, Biebrzy, Narwi i Bugu od Wschodu przypływa Wisła. Czasy gdy jeszcze
Gloger opisywał nieprzeniknione wody Bugonarwi, toczącej ciemnie muły Podlasia,
i przeciwstawiał je jasnej, unoszącej piaski Mazowsza Wiśle, już dawno minęły.
Obecnie obie rzeki mają te same kolory; u ich zbiegu jaśnieje w słońcu rosyjski
spichlerz naprzeciw modlińskiej twierdzy, nieco dalej mosty nowokazuński i
zakroczymski.

Samolot znacznie już obniżył lot, widoczność jes
Obserwuj wątek
    • wowa44 cd 17.03.02, 11:17
      [powyżej ucięło; max to widocznie 7752 znaki]


      Samolot znacznie już obniżył lot, widoczność jest nie większa niż w promieniu
      30 km. Zabawne, tereny na wschód od Warszawy przysypane są delikatna siwizną –
      ostatni raz śnieg widziałem na północy Estonii. Przesiadam się na prawą stronę
      zobaczyć czy widać most w Wyszogrodzie – widać. Przekraczamy Wisłę nieco na
      zachód od Zakroczymia i pilot zaczyna zakrecać z południowego-zachodu na
      południe. Przelatujemy już dość nisko nad Puszczą Kampinoską i kolejny zakręt –
      tym razem na południowy-wschód. Pod nami Leszno, potem Ożarów i trasa
      poznańska, potem tory kolejowe, potem już lecimy nad dachami Ursusa; po lewej
      blokowiska Jelonek, nieco dalej Bemowa, jeszcze dalej Żoliborz i wieżowce
      śródmieścia, które w miarę jak się obniżamy coraz wyraźniej wyrastają na tle
      błękitnego nieba. Jeszcze tylko przelot nad trasą na Janki i już pod nami
      wyrasta beton pasa startowego.

      Czas przestawić zegar.
      • Gość: Ewa Re: cd IP: *.chello.pl 18.06.04, 19:37
        Dziękuję za ten tekst. Czyta się go z dużą przyjemnością. Może i my w przyszłym
        roku polecimy do Helsinek ( w ty wybraliśmy Kopenhagę).
        Serdecznie pozdrawiam.
    • Gość: lo Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: *.acn.waw.pl 17.03.02, 20:06
      Przyjemnie się czyta taki tekst napisany dodatkowo ładną polszczyzną. To
      rzadkość na forach "Gazety".
      Dziękuję.
    • Gość: w Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: 210.214.17.* 19.03.02, 14:58
      kawalek dobrego podrozniczego reportazu-imponujaca wiedza-gratulacje
    • Gość: z knajpy niezle, IP: 157.25.130.* 24.03.02, 15:07
      napisz co jeszcze
      • Gość: findus Re: BESTSELLER IP: *.sympatico.ca 24.03.02, 16:37
        Fajnie piszesz, az sadzilem ze to ja lece, tylko nie napisales co jadles, piles
        i czy byles w WC. Napisz jakie byly panienki czyli stjuardessy, co dawaly do
        zarcia i ile miales wodki, no i jak po finlandzku mowi " choc sie pobzykac
        kochana "
        No ale tak w ogole to fajnie piszesz. Napisz teraz cos z rejsu atlantyckiego
        to bedzie jak ksiazka.

        Wierny czytelnik opowiadan Wow'ki
      • wowa44 dzięki. Proszę bardzo: pocztówka z Rygi 25.03.02, 11:26
        20 marca 2002 roku po południu na naddźwińskim bulwarze było dość chłodno. Co
        prawda temperatura wahała się wokół 6 stopni, ale wiał dość silny, nieprzyjemny
        wiatr, a słońce na przemian chowało się i wychodziło zza chmur. Na ławkach
        zapóźnieni wagarowicze i objęci zakochani popijali piwo Aldaris prosto z
        ciemnych, brązowych butelek. Nadbrzeżną ulicą 11-go listopada mknęły
        dziesięcioletnie niemieckie samochody. Dalej, na brukowanych uliczkach
        starówki, parkowały już najnowsze S-klasse i 700-setki. Na przystankach
        autobusowych pod cerkwią na skwerze Esplanade ludzie czekali na swoje autobusy
        ustawieni w karne kolejki. Pod św. Piotrem czterej muzykanci z Bremy jak co
        dzień od dziesięciu lat wpadali przez okno do chaty rozbójników, a na na
        szczycie najpiękniejszego pomnika świata jak co dzień brakowało jednej gwiazdy.
        Sądząc po samochodach na parkingu, w hotelu Rīga nadal mieszkali specjaliści od
        handlu kolorowymi metalami i ropą naftową. Naprzeciw hotelu jest księgarnia,
        gdzie pod okiem na czarno ubranych ochroniarzy śpiewały i tańczyły uśmiechnięte
        starsze panie i poważne kilkulatki w ludowych strojach. Centralne miejsce
        zajmowały stoiska z tymi samymi co zawsze biografiami księżnych, gwiazd popu i
        bogiń filmu. Naprzeciw nich dział historyczny, gdzie z okładek srogo patrzyli
        dowódcy, przez śnieg Jastrowia przedzierali się zmęczeni szeregowcy, a z
        pokrytych metalową siatką okien wagonów ciekawie wyglądały dzieci. W przejściu
        podziemnym pod odnowionym dworcem pospieszną rutynę popołudniowych powrotów z
        pracy starał się przerwać rosyjskojęzyczny bard. W pobliskiej internetowej
        kawiarni jako home page ustawiona była domena z końcówką „ru”. Protestanccy
        żebracy ze swoimi plastikowymi kubkami milcząco stali przed katedrą, a rzymsko-
        katoliccy ze swoimi przed św. Jakubem. Inskrypcja na jakubskim portalu
        przestrzegała tych w podróżach służbowych: Misericordias domini in aeternum
        cantabo.
        • Gość: lo Re: dzięki. Proszę bardzo: pocztówka z Rygi IP: *.acn.waw.pl 26.03.02, 11:40
          A co przedstawia ten najpiękniejszy pomnik świata i dlaczego jest taki piękny?
          A zamek krzyżacki? Jak wygląda? Czy jest daleko od centrum? A może coś o
          krajobrazie Łotwy, ukształtowanie powierzchni, lasy (jakie?). Bardzo proszę :-)
          • wowa44 Re: dzięki. Proszę bardzo: pocztówka z Rygi 28.03.02, 13:46
            grazie per sua curiosita. Ma io non voglio di essere una guida turistica,
            oppure qualche atlas geografico. Suggerisco visitare Kaliska a Varsavia e
            comprare che utile (quanto riguarda il castello e terreno). Cercavo di
            scrivere in modo che fa piacere, ma anche in mode che intriguisce. E spiegare
            le cose oscure da se stesso e un piacere sempre piu grande. Saluti.
            • Gość: lo Re: dzięki. Proszę bardzo: pocztówka z Rygi IP: *.acn.waw.pl 28.03.02, 15:51
              Ale suche informacje z atlasu to nie to samo, co żywa, barwna opowieść kogoś,
              kto był i widział... Przepraszam, jeśli moje pytania Cię uraziły. Poczekam
              cierpliwie na kolejną relację z podróży.
              Pozdrawiam
              lo
              • wowa44 uraziły... skądże znowu... 28.03.02, 16:49
                to dla mnie bardzo miła korespondencja... Na razie wybieram się na Wielkanoc
                pod Kraków, ale jedyne co zobaczę to chyba wielki korek po drodze.
                • Gość: Tomaszek Ciekawe! IP: 192.168.2.* 01.04.02, 22:57
                  Rok temu, w długi majowy weekend, wraz z żoną i 5 letnim synem, po jakimś
                  sympozjum w Mikołajkach, pojechaliśmy samochodem do: Kowna, Kłajpedy, Połągi,
                  Szawli, Rygi, Jurmały, Tallina, Helsinek i Lahti. W drodze powrotnej byliśmy
                  jeszcze w Parnawie i Wilnie. A więc prawie wszystko co tak fajnie opisałeś mam
                  wciąż w pamięci, tyle, że z perspektywy drogi. Każdemu polecam tą trasę, ale
                  zanim wyruszycie, poczytajcie trochę. Podróże kształcą, ale tylko
                  wykształconych! Prawda Wowa?
                  Pzdr. Tomaszek / Kraków
                  • Gość: Tomaszek/Wwa Re: Ciekawe! - do Tomaszka/Kraków IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 20.09.02, 09:03
                    Hej,
                    czy jeszce działasz aktywnie na forum?
                    ja wszedłem na Forum w sierpniu i nie spodziewałem się, że jest jeszcze jeden
                    Tomaszek, choć w regionie turystycznym nie napotkałem żadnego Twojego postu od
                    tego czasu.
                    Czekam na odzew lub e-mail tomaszek00@gazeta.pl
                    Zdrówka ;o)
    • wowa44 dziś po południu 15.04.02, 18:23
      Dziś po południu główny bulwar miasta ma typowy wygląd włoskiego corso.
      Chodnikami niespiesznie spacerują eleganckie dziewczyny i kobiety. Mają czarne
      włosy i ciemną karnację. Pobłyskują na srebrno i złoto obfitą biżuterią. Noszą
      intensywny makijaż, jakiego w Polsce raczej się nie spotyka. Ubierają krótkie
      spódnice i futra, choć śnieżne ślady zimy widać już tylko na szczytach
      pobliskich gór. Zdrowym śródziemnomorskim obyczajem palą papierosy. Z kolei
      miejscowi macho zapuszczają włosy do ramion a la Paolo Maldini. Na ciemne
      swetry i bluzki polo narzucają swoje słynne skórzane kurtki, obowiązkowo
      czarne. Tak panie jak panowie zakładają najnowsze modele ciemnych okularów, tym
      przydatniejsze że słońce było dzisiaj dość łaskawe. Obie pierzeje ulicy
      punktowane są sklepami pod włoskimi brandami: Kricket, Favorite, Punto, United
      Colors of Benetton, Terranova, Oxette, Ermenegildo Zegna, Bitsiani, Giusto,
      Paola Arsi, Krizia & Bordi, Gioia, Daniele Katini, Germanos i tak dalej, i tak
      dalej... Nawet uliczne światła są, na włoską modłę, bardziej radą i sugestią
      niż obowiązującym sygnałem...

      Ale oto przez środek chodnika, pomiędzy szpilkami dam i kołami mercedesów,
      pełznie na czworakach odziany w szmaty, zarośnięty i brudny Cygan z potwornie
      powykręcaną, bosą lewą noga, pchając przed sobą platikowy kubełek na
      pieniądze...

      Jestem w Sofii, na Bulwarze Witosza.

      Z jakiegoś powodu dzisiaj wszystkie lądujące samoloty przelatują nad samymym
      centrum miasta, a huk ich silników zagłusza uliczny szum. Wymalowane na ogonach
      logo Lufthansy czy Balkan Air pojawia się nagle na tle lekko zamglonego,
      niebiesko-mlecznego nieba i równie nagle znika. Nad dachami pozostają tylko
      wieże cerkwi i meczetów, choć kopuła nad nawą główną katedry Aleksandra
      Newskiego przechodzi konserwację i przykryta jest niebieską folią. Niemal
      naprzeciw ulokował się najnowszy sofijski hotel, Radisson SAS, ale po skwerze
      wokół najważniejszego zabytku kraju nie kręci się bodaj ani jeden turysta...
      Jak pięknie... Na równych płytach placu nie terroryzuje przechodniów ani jeden
      deskorolkarz, ani jeden wrotkarz... Jeśli sprawili to patroni tych ulic, tak
      mili polskiemu sercu rosyjscy generałowie i carowie - oswobodziciele, to niech
      im będzie chwała, najwyżej będę unikał Grochowa przez najbliższy czas...
      Miejscowi podążają szybko na przystanki mikrobusów, które wywiozą ich gdzieś na
      blokowiska. Sprzedawców pirackich płyt, handlujących z kartonów ustawionych na
      turystycznych stolikach, trudno już spotkać. Zeszli w mniej pryncypialne ulice.
      Natomiast cena - w ślad za solidnym jak skała bułgarskim lewa - pozostała
      nietknięta. Właśnie testuję najnowszy zakup CD na desktopie w internetowej
      kawiarni przy stacji metra Serdinka i muszę powiedzieć, że jest bez zarzutu.
      Nie darmo bułgarscy programiści byli postrachem całej Europy jeszcze 10 lat
      temu... Godzina spędzona przed ekranem będzie mnie tu kosztować 1 lewa... A
      potem przyjdzie rozejrzeć się za samochodem najlepszej sofijskiej korporacji OK
      Supertrans, która jak widzę zmieniła Lantry na Vectry. I dobrze zrobiła, bo
      jeśli chodzi o nawierzchnię, to sofijskie ulice zamiast włoskich corso bardzo
      przypominają drogi Warszawy.
    • wowa44 długi weekend (cz 1) 08.05.02, 14:50
      Długi weekend spędziliśmy w północnych Włoszech, głównie w dolinie Padu.
      Jeździliśmy od miasta do miasta, a nasze itinerarium było wypadkową ogólnej
      koncepcji powstałej w domu, chwilowych kaprysów, tego co proponowały
      przewodniki i sprawdzanej co popołudnie dostępności miejsc w okolicznych
      hotelach.

      Trudno tu opisać to, co zostało w pamięci. Dominuje raczej generalny
      obraz, a więc rozświetlone fasady katedr i mrok ciemnych naw, pogodni,
      uprzejmi, niespieszni ale umiejący liczyć pieniądze ludzie, obezwładniający
      tłum w turystycznych centrach i cisza małych miasteczek, szybkie, świetnie
      utrzymane drogi i kolejki do bramek na autostradach, muzyka Angelo
      Branduardiego, którego albumu słuchamy bez przerwy od trzech dni.

      Wiele konkretnych chwil i miejsc wartych jest jakiegoś sprawnego pióra:
      niewiarygodna fasada kościoła San Michele w Pawii, wyglądająca jak wyrzeźbiona
      w mokrym piasku na nadmorskiej plaży, albo może inaczej, jak wykrojona w
      miękkiej ciemnożółtej masie biszkoptowego ciasta; pustka i dzwoniąca w uszach
      cisza pawieńskiej starówki, kiedy spacerując w wieczornym deszczu sciszaliśmy
      głos do szeptu, żeby nie niósł się echem po ulicach miasta; spokój majowej nocy
      w wiosce na emiliańskich skłonach Apeninów, udokumentowany chłodnym powiewem od
      resztek śniegów na Monte Cimone, zapachem skoszonej wieczorem trawy i
      szczęściem świerszczy na pobliskiej łące; porażające wnętrze kościoła Sant'
      Andrea w Mantui, gdzie pod gigantycznym beczkowym sklepieniem hektolitry pychy
      i wiary nagle przygniatają zmylonego niepozorną fasadą przechodnia; błękit
      równin Emilii widziany z murów zamku w Canossie, gdzie po zignorowaniu surowego
      i bezwzględnego zakazu wstępu (prace remontowe) prowadziliśmy z panem który
      zamiatał liście dialog o tym, jaka czeka nas w życiu pokuta; oblepiający ciało,
      gotujący się, bełkoczący pomieszaniem języków tłum braci turystów na florenckim
      Ponte Vecchio i werońskim via Mazzini; desperacja kierowcy, który zjechawszy
      dziesiątką serpentyn do liguryjskiego Lerici omal nie wjechał prosto do
      otwierającego się jak najniespodziewaniej za kolejnym zakrętem morza, do tego
      tylko po to żeby przekonać się, że w całej miejscowości wszystkie miejsca
      parkingowe są zarezerwowane wyłącznie dla miejscowych; zabawne i pełne konfuzji
      zdumienie kiedy dowiadujemy się, że ponury i wyglądający zdecydowanie
      więziennie dziedziniec w parmeńskim Palazzo della Pilotta został zbudowany do
      gry w piłkę; purgatorium niekończącego się wejścia na bolońską wieżę Asinelli,
      zakończone rudo-ceglaną panoramą miasta i możliwością spoglądania z wysokości
      ponad 100 metrów na pierwszomajowy wiec Rifondazione Communista; rozczarowanie
      pod zamkniętą bramą opactwa kartuzów w Certozie, które obsadzone gęstymi
      drzewami i oblewane potokami spadającej ulewy nie dało się nawet przyzwoicie
      sfotografować; 24 wieże okalające miasteczko Montagnana u stóp Wzgórz
      Euganejskich, w naszej pamięci również dzięki taniej i dobrej kolacji w
      restauracji na Piazza Trieste; mgła na dzielącej Toskanię i Emilię przełęczy
      Cisa, gdzie w wiejskiej trafice pierwszy i jak dotąd jedyny we Włoszech raz
      podano nam letnią kawę; nieuchronna egzaltacja na Piazzale Michelangelo, kiedy
      patrząc w dół na dachy Florencji trudno nam było oprzeć się przeczuciu, że może
      jednak są na świecie widoki równie piękne jak ten z Góry Zamkowej w Miłym
      Mieście; wreszcie mieszane uczucia na stacji benzynowej Agip gdzieś na
      autostradzie pod Wenecją, kiedy w imię ochrony swojej prywatności odmówiliśmy
      jednego z dwu wolnych miejsc w naszym samochodzie młodemu rodakowi, który
      podszedł do nas i poprosił o podwiezienie do Polski...

      Opisy tych miejsc piórami mistrzów można znaleźć u Gregoroviusa,
      Goethego, Muratowa, Iwaszkiewicza czy Herberta. Ja wspomnę zdarzenie, na
      którego opisanie stać mnie, które nas rozbawiło, i które poniekąd wydaje mi
      się typowe.

      [ciąg dalszy w następnym poście; forma poetycka którą zadał admin forum
      Wyborczej jest dla mnie zbyt trudna]
      • wowa44 Re: długi weekend (cz 2) 08.05.02, 15:00
        Dogasający wieczór po emiliańskiej stronie Apeninów, droga z Modeny do
        Pizy, miasteczko Pavullo nel Frignano. Kończy się ciepły, pogodny dzień, ale na
        tej wysokości i o tej porze jest już dość chłodno. Szukamy znalezionego w
        internecie gospodarstwa agroturystycznego na via Pratolino 57, gdzie kilka
        godzin wcześniej zarezerwowaliśmy telefonicznie nocleg, i oczywiście nie mamy
        pojęcia w którą stronę jechać. Ale oto dość pustą ulicą idzie dwu mężczyzn,
        starszy i młodszy, być może ojciec i syn. Wysiadam z samochodu i pytam o drogę.
        - via Pratolino, via Pratolino... jak żyję nie słyszałem... gdzie to może być? -
        zastanawia się starszy. Młodszy również niepewnie kręci głową.
        - a przepraszam bardzo, czego pan szuka? - pyta w końcu
        - gospodarstwa agroturystycznego, znalazłem je w internecie
        - aha, gospodarstwa... czyli to chyba nie jest w mieście, tylko gdzieś na
        jakiejś bocznej drodze...
        - no właśnie, też tak myślę - pcham się ze swoimi mądrościami. Podchodzimy do
        samochodu, do rozmowy włącza się jeszcze żona.
        - ale ale... czy to aby nie będzie... - kojarzy coś młodszy i tu dwaj mężczyźni
        wdają się w szybką prowadzoną między sobą rozmowę, za której treścią nie
        nadążam. W końcu zaczynają nam tłumaczyć niemal jednocześnie, jeden przez
        drugiego.
        - no więc tak, pojedzie pan prosto, przez miasteczko.. nie, co ty mówisz, wcale
        nie prosto, tylko trzeba skręcić w lewo... jakie w lewo, gdzie w lewo, cały
        czas prosto.. przecież mówię że w lewo, zaraz za centrum... nie, to nie jest w
        lewo, samochodem to jest tak jakby jechać prosto - uzgadniają w końcu wersje i
        do tłumaczenia zabiera się ten starszy.
        - pojedzie pan prosto. Rozumie pan, prosto? Prościutko. O tak, tą właśnie
        ulicą, przez całe miasto. Będzie centrum, pan jedzie dalej, będą skrzyżowania,
        pan jedzie dalej prosto. Nigdze nie skręcać. Cały czas prosto. A potem: uwaga.
        Pierwszy punkt orientacyjny. Koncesjoner Renault. Renault, rozumie pan? - tu
        znacząco pokazał na mój samochód - no więc to jest pierwszy punkt orientacyjny.
        Po prawej stronie - koncesjoner Renault. Jedzie pan dalej. Kilkaset metrów
        dalej uwaga, drugi punkt orientacyjny - koncesjoner Lancia. Czyli też
        samochody. I też po prawej stronie, rozumie pan!
        Zaczyna robić się zabawnie. Co prawda stoimy już od kilku minut, ja wyskoczyłem
        z samochodu w krótkich spodniach i zaczynam marznąć, ale słuchamy dalej.
        - Mija pan tą Lancię, kończą się zabudowania. Po następnych paruset metrach
        uwaga, będzie trzeci punkt orientacyjny. Lotnisko. Nie takie duże, wie pan, jak
        Malpensa, międzynarodowe i tak dalej, tylko takie małe, dla niewielkich
        samolotów sportowych. Po prostu, po prawej stronie zobaczy pan dużą, płaską,
        dobrze oświetloną łąkę, może nawet będzie tam stał jakiś śmigłowiec czy mały
        samolot. No więc lotnisko. Jedzie pan prosto. Droga idzie dalej, będą
        odgałęzienia, skrzyżowania, drogowskazy na lewo i prawo, ale to pana nie
        interesuje, pan jedzie prosto - ręka cały czas dobitnie pokazuje mi, jak mam
        jechać.
        - Droga zacznie się wspinać. O tak, do góry. D-o g-ó-r-y. Podjeżdża pan,
        zakręty, serpentyny, a pan do góry. I oto czwarty punkt orientacyjny, dojeżdża
        pan do kulminacji wzniesienia. Teraz będzie już zjazd. Na dół, rozumie pan.
        Znów zakrętami, znów będą odgałęzienia, ale pan wciąż główną drogą przed siebie
        na dół. I teraz uwaga - piąty punkt orientacyjny. Przydrożna kaplica po prawej
        stronie. Rozumie pan co to jest kaplica? No, kaplica. Nieduża, ot tak, no
        powiedzmy... jak ten - tu wskazuje ręką na jeden ze stojących przy ulicy
        budynków
        - Kaplica będzie różowa (rosa). Przed tą kaplicą jest niewielka droga w prawo,
        w górę. I właśnie w tą drogę musi pan skręcić! Czyli przed różową kaplicą w
        prawo. I dalej już droga sama zaprowadzi, musi pan tylko patrzeć na znaki. To
        będzie takie duże budyniszcze na stoku, ciągle po prawej, musi pan zobaczyć.
        - Aha - staram się podsumować - czyli tak: prosto przez miasto, mijam
        koncesjonera Renault, potem koncesjonera Lancia, potem lotnisko, jadę na
        wzniesienie, potem zaczynam zjeżdżać, potem dojeżdżam do czerwonej (rossa)
        kapliczki i przed nią...
        - nie nie, nie czerwona kapliczka, nie czerwona! Kapliczka jest różowa! Rozumie
        pan, r-ó-ż-o-w-a! Różowa! I przed tą kapliczką skręca pan w prawo! Rozumie pan?

        Rozumiem. Dziękujemy z wskazówki i żegnamy się, niemal jak starzy znajomi. Dwaj
        nieznani Włosi odchodzą, ciągle jeszcze dyskutując między sobą. Mijając ich za
        chwilę samochodem machamy im na pożegnanie.

        I żeby nie było wątpliwości, dojechaliśmy bezbłędnie. W końcu, jak śpiewa
        Branduardi, komedianci mają zarezerwowane miejsca w pierwszym rzędzie.
    • Gość: Marcin Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: *.gorzow.cvx.ppp.tpnet.pl 09.05.02, 11:27
      Rewelacyny opis. Marzy mi się podobny opis widoku z samolotu lecącego nad
      Ziemią Lubuską. Mieszkam w Gorzowie i nad tym miastem przelatuje okolo 100
      samolotów dziennie. Chciałbym kiedyś specjalnie polecieć samolotem lini np.
      Warszawa - Berlin, aby zobaczyc znajome tereny z wysokości kilku kilometrów.

      Wiem, ze widoki z samolotu są imponujące. Miałem tą przyjemność lecieć nad
      Misisipi, była to jednak bardzo duża wysokość, bo mimo dobrej widoczności widać
      było tylko niesamowitą serpentynę wtopioną w ciemną zieleń. Duże wrażenie
      zrobiło na mnie lądowanie w Los Angeles. Przelatuje się nad całą aglomeracją
      miejską i ląduje na lotnisku na samym wybrzeżu.

      Ciekawy też był lot Berlin - Puerto del Rosario (Furteventura). O ile w stronę
      wyspy pech sprawił, że zachmurzenie obejmowało całą Europę aż po koniec
      półwyspu Iberyjskiego i największą atrakcją było lądowanie na niewielkim pasie
      pomiedzy brzegiem oceanu a górami. Samolot w pewnym momencie bardzo mocno sie
      przechyla na prawą stronę, aby zakręcić i znaleźć odpowiednią trasę do
      lądowania. Wydawało mi się, że duże samoloty nie powinny się tak przechylać na
      takiej niskiej wysokości i podniosło mi to trochę poziom adrenaliny. Jednak
      najciekawszy był lot powrotny. Piękna trasa wzdłuż wybrzeża Marokańskiego. W
      oddali czarne, "garbare" góry Atlas. Poźniej cieśnina giblartarska i w jednym
      kadrze Europa i Afryka (mam takie zdjęcie). Hiszpania, Francja - piękne widoki,
      zwłaszcza, ze samolot nie leciał na najwyższej wysokości. Ale najlepsze było
      przede mną, przeleciałem "obok" Mount Blanc. Piękny biały szczyt zdawał się
      witać ze mną. Pilot oznajmił niewtajemniczonym obok jakiej góry lecimy,
      pochylił nawet samolot w prawą stronę aby widok był jeszcze lepszy wręcz
      ekstermalnie piękny. Znów adrenalina przy lądowaniu w Berlinie mi skoczyła, bo
      było silne zachmurzenie i czuć tylko było jak mocno samolot traci wysokość
      kiwając się na boki. Zakończono wyswietlać filmy i na każdym wyświetlaczu było
      widać widok z kabiny pilotów. Pięknie wyłaniał się przed nami pas startowy,
      jednak jakoś krzywo podchodziliśmy do niego, jesteśmy już bardzo nisko, a my
      wciąż krzywo podchodzimy do lądowania!!! Dopiero na kilka sekund przed
      lądowaniem spostrzegłem, że nie na tym pasie lądujemy, który widać z kamery ;)

      Duże wrażenie wywarł tez na mnie lot wieczorem, gdy było już ciemno z Londynu
      do Dublina. Londynskie niebo koło Heathrow jest tak zatłoczone, że patrzac z
      terminala na perspektywe pasu gdzie ladują samoloty dostrzec można istną
      kolejkę samolotów do lądowania, dosłownie jednen za drugim, jak na
      autostradzie. Podobnie jest przy starcie. Zdecydowanie bardziej pionowo, niz na
      innych lotniskach. Chyba chodzi o jak najszybsze nabranie wysokości. Londyn
      oświetlony nocą wygląda wspaniale. Jeszcze lepiej gdy samolot kołuje nad nim
      przed ladowaniem. Mając szczescie można trafic na pilota przewodnika, który
      pokaże nam w 5 minut wszystkie najwazniejsze budowle Londynu. Mnie osbiscie
      zaciekawiły też stadiony, na Wembley odbywał się mecz, lecz nie dostrzegałem
      piłki ;)

      Z relacji znajomej, która lata po całym Świecie, największe wrazenie zrobiło na
      niej lądowanie na zamkniętym już z powodów bezpieczeństwa lotnisku w HongKong.
      Samoloty ladujące tam musiały maksymalnie wytracać prędkość, bo pas był bardzo
      krótki, a przed samym lądowaniem samolot musiał zmieścić się pomiędy
      wieżowcami.

      Z innej relacji znajomego który w latach 80 leciał z ZSRR do Rumunii, samolot
      był w takim stanie, że przed startem zgasł mu silnik i mechanicy mieli dużo
      roboty, natomiast później aby nadrobić spoźnienie samolot o mały włos nie
      zderzył się z innym jeszcze na płycie lotniska. Stewardesa miała tez problemy z
      drzwiami, bo co chwile podchodziła do nich i sprawdzała jak się "trzymają". No
      cóż, co kraj to atrakcje :)
      • Gość: pidżej Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 09.05.02, 22:58
        Ze starym lotniskiem w Hongkongu - szczera prawda. W dodatku, a przeciwieństwie
        do paru innych trudnych podejść, tu adrenalina płynęła tak w żyłach pasażerów
        schodzącego dżambodżeta jak i kupujących na nocnym targu w bok od Nathan Road,
        którym samolot przelatywał nad głowami niemal na wyciągnięcie ręki.
        Mi bardziej jednak utkwiło w pamięci lądowanie pewnego pochmurnego, deszczowego
        poranka na Newark, pierwsze dla mnie lądowanie na ILS: samolot schodził bez
        końca a chmury były tak nisko, że w zasadzie w momencie gdy zobaczyłem ziemię,
        już po niej jechaliśmy.
        A zaś Airbusy 330 Austrian Airlines mają dwie kamery: jedną w nosie samolotu, w
        której widać drogę przed sobą, drugą pod kokpitem, skierowaną w ziemię. Plus
        oczywiście monitor w oparciu każdego fotela. Z tej pierwszej widać, jak podczas
        startu i lądowania samolotem jednak trochę miota na boki, że nie jedzie jak po
        sznurku wzdłuż białej przerywanej pośrodku szerokości pasa; przez resztę lotu
        nie widać z niej właściwie nic. Za to gdy pogoda dobra, ta druga jest
        nieoceniona gdy siedzisz w środkowym rzędzie...
    • wowa44 wieczór na lotnisku 21.05.02, 00:11
      Z lotniskami często wiążą się jakieś miłe uczucia. Może to być radość wyjazdu w
      znane albo i wręcz przeciwnie, jeszcze niepoznane miejsce. Może to być niejasna
      obietnica odmiany, jaką czasem przynoszą wyjazdy służbowe czy krótsze i dłuższe
      przeprowadzki. Może to być ulga że opuszczamy miasto przykrych wspomnień, gdzie
      nie udały się nam wakacje albo nie sfinalizowaliśmy interesu, i że jedziemy
      wreszcie do domu. Może to być pełne ściśniętego gardła oczekiwanie na kogoś, z
      kwiatami miętolonymi bezwiednie w ręku czy zabawką, kupioną w kiosku w
      ostatniej chwili. Może to być iluzja lepszego świata, zwiastowana przez
      fałszywy blask sklepów wolnocłowych, granatowe mundury pilotów i egzotyczne
      języki. Wszystko to są jednak uczucia, które samym lotniskom jakby się nie
      należą, które zawdzięczamy jakimś innym miejscom czy jakimś innym osobom, a
      które tyleż beztrosko co łaskawie rozciągamy również na te tłoczne, pełne
      hałasu i pospiechu budynki.

      A jednak... czasami i lotniska same w sobie mają swój dziwny urok...

      Oto wczorajszy niedzielny wieczór na lotnisku Otopeni w Bukareszcie, dochodzi
      dziesiąta. Choć lato jeszcze nie nadeszło, pełno go wszędzie dookoła: jest
      gorąco i wilgotno, a w powietrzu unoszą się jakieś białe, gęste pyłki,
      wpadające do oczu i do ust. Wieje silny, ciepły wiatr, który w Polsce
      zwiastowałby niechybną burzę, ale tu jest chyba codziennym wieczornym rytuałem
      wpół drogi między morzem a wysokimi górami. Na placu przed terminalem czuć
      charakterystyczną mieszaninę zapachów spalin, kurzu, opon i rozgrzanego
      asfaltu. Z pobliskiej drogi szybkiego ruchu dochodzi ciągły szum; to z weekendu
      w górach autostradą z Brasova wracają do stolicy nieprzerwanym sznurem kolejne
      samochody, a błyski ich reflektorów omiatają pobliskie drzewa. Tymczasem na
      parkingu życie powoli zamiera. Tego dnia spodziewane są jeszcze dwa-trzy
      lądowania. Hala przylotów jest niewielka, można ją objąć jednym spojrzeniem,
      nieudolna, upstrzona jarzeniówkami blaszana imitacja wyobrażeń o dalekich
      podróżach. Większość okienek jest już pozamykana: punkty wymiany walut,
      placówki banków, rent-a-cary, kioski z prasą, biura linii lotniczych drzemią
      pogrążone w ciemności za spuszczonymi kratami. Pod ścianami snuje się jeszcze
      kilka nieokreślonych bliżej typów, nie wiem czy to taksówkarze, cinkciarze,
      alfonsi czy kto tu jeszcze może o tej porze próbować zrobić jakiś interes.
      Taksują mnie z zawodową nonszalancją, która zapewne trafnie im podpowiada, że
      nie będą dziś mieli ze mnie pożytku. Obok przechodzą niespiesznie rozmawiając
      jacyś mundurowi, ochroniarze, policja, służba graniczna czy może jeszcze jakaś
      inna formacja. Poza nimi sala przylotów jest pusta, jeśli nie liczyć samotnej
      mamy z na oko trzyletnią córeczką. W miejscu, gdzie zwykle kłębi się tłum,
      niespieszna wędrówka bez celu potęguje tylko wrażenie samotności i zawieszenia
      w powietrzu. Cała ta infrastruktura, tak celowa i tak pełna ruchu w ciągu dnia,
      teraz stoi bezczynnie zapadając się w mroku nadchodzącej nocy. W takiej właśnie
      chwili miejsce i jego przeznaczenie przeczą sobie nawzajem, a nieuchronna myśl
      o przypadkowości tu i teraz nieomylnie siada ciężarem na ramieniu, nie
      odganiana przez hałas zwykłej codziennej krzątaniny. Obok nostalgicznie pustej
      stacji Agip usiłuję przebić się przez niekończący się sznur zmierzających do
      Bukaresztu samochodów i wrócić do stojącego naprzeciw lotniska hotelu. Moja
      bezcelowa włóczęga i nerwowy pospiech zmierzających do domu kierowców krzyżują
      się beznadziejnie w miarę jak na podbukareszteńskich równinach niedziela powoli
      dobiega końca.
    • Gość: gaduła Re: a ja pamietam mój lot kraków - auckland IP: *.IOd.krakow.pl 21.05.02, 10:57
      tak napisałeś, że mi na chwilę wróciły wspomnienia jak leciałem Kraków -
      Londyn - Los Angeles - Auckland,
      pogoda była w Krakowie kiepska, w Londynie przesiadka i zmiana lotniska G na H,
      a później te 12 godzin nad szkocja grenlandią kanada zatoka hudsona, a pozniej
      same góry skaliste w sniegu, tu zachodził i wstawał znowu ten sam dzień,
      lądowanie o zachodzie słonca w los angeles, tam miałem 4 dni przerwy, kolacja
      wieczorem w jakieś knajpie meksykańskie, a pózniej ponad 2 godziny jazdy do
      Santa Monica gdzie spałem przez dwa dni w prywatnym plażowym domu, na drugi
      dzien rano (po tym burym Krakowie) poszedłem z domu 50 metrów na plaże tą z
      filmów, było ciepło, morze spokojne i w oddali platformy wiertnicze,
      kutry plynace na połów krabów, cisza, moi gospodarze japonczycy zabrali mnie na
      wyprawę do słynnej hiszpanskiej chyba 17 stacji klaszoru zamienionego teraz na
      muzeum, widzialem muzeum getty z widokiem na centrum los angeles, spotkanie na
      uniwersytecie z czlowiekiem który uratowałs się z katastrofy lotniczej na
      tajwanie miesiąc wczesniej, i znowu samolot i 14 godzin do auckland przez
      pacyfik, pod spodem tylko woda, byl wieczór następnego dnia (czyli lot trwał
      tylko 38 godzin !) gdy 747 ladował w auckland, niestety nie na mnie czekaly
      czerwone persy i trybuny pelne samoanczyków, a w pierwszych rzedach młode
      dziewuchy w spodniczkach z rafii, 20 km do miasta autem i znowu hotel w
      centrum, rano z okna hotelu widok na most i zatokę, objazd miasta, wyprawa nad
      morze Tasmana (to co dzieli kangury i kiwi), a pozniej wyprawa na wulkany te
      wygasłe i pracujący na pacyfiku "biała wyspa" (jest w sieci do zobaczenia z
      alertem o stopniu zagrożenia), wyprawa do parku narodowego i góra jak ją
      nazwałem "trzech spiacych braci" i takie miejsce Grand Chateau w Whakapapa,
      lało a pozniej bylo słonce jak to tylko w NZ, obok drogi strzałka do szkoly
      alpinistycznej sir E.Hilarego (tego od Everestu),
      i ten obłedny krajobraz jak na marsie - ciepłe zrodła z ktorych para leci do
      góry,
      widziałem centrum kultury maorysów i sluchalem ich muzyki, a teraz jak mnie
      cholera ciska, to wkładam CD do wieży i słucham ich piesni w wykonaniu slawnej
      Kiri Tekanawy, tak by jeszcze tam wrócic na spokojnie i pojsc w ich gory,
      zobaczyc lodowce na wyspie poludniowej, plaze pólnocy gdzie łacża sie dwa morza
      i pare jeszcze rzeczy, a narazie to na długi wekend znowu czekaja kochane Tatry
      pełne sniegu, jak sie w nie pójdzie to wraca ten błogi spokój i swiat jest
      lepszy (bez komputerow, kryzysu, komorek itp)
      sami wiecie że warto jest jechac i zwiedzac swiat, ale jak sie do domou wraca
      to ja idę na piwo do baru na początku ulicy Kosciuszki, z którego ogródka jest
      najładniejszy widok na Wawel i most Debnicki, tam pije piwo - jestem u siebie !
      zastawiam sie gdzie czlowieka znowu los pośle !
      szerokiej drogi włóczykije !
    • sicil ... a jaka jest puenta? 22.05.02, 08:50
      Pieszesz tak jakby to był twój pierwszy raz.
      • Gość: gaduła Re: zbieram kasę ! IP: *.IOd.krakow.pl 31.07.03, 15:18
        zbieram kase by jeszcze raz wrócić do NZ, pojechać jeszcze dalej w ten kraj na
        południowa wyspe, a pozniej nad biegunem do argentyny i brazylii,
        ciekawa trasa !

        pozdrowienia gaduła

    • Gość: 54d3 Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: *.qc.sympatico.ca 25.05.02, 22:43
      pieknie wowa44, pozdrowienia napisz cos jeszcze
    • Gość: taniej Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy IP: 217.96.37.* 04.06.02, 08:32
      Boże, jak ja tęsknię za intensywnym, ogłupiającym zapachem kończyny na
      Laajavuori.Wowa, nie pisz już więcej o Finlandii. Zostaw ją tylko dla mnie.
      • bo1 Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek do Warszawy 05.06.02, 11:16
        Gość portalu: taniej napisał(a):

        > Boże, jak ja tęsknię za intensywnym, ogłupiającym zapachem kończyny na
        > Laajavuori.Wowa, nie pisz już więcej o Finlandii. Zostaw ją tylko dla mnie.

        Ale której kończyny??? Górnej czy dolnej? Kończyny dolne rzadko kiedy ładnie
        pachną... No chyba, że świeżo umyte.

    • wowa44 trochę archeologii 29.06.02, 00:12
      W kraju, gdzie horyzont jest tak płaski, że słońce chowa się tylko na parę
      godzin; w kraju, którego flaga jest tak chłodna jak morze, które go oblewa; w
      kraju, którego mieszkańcy pogubili gdzieś większość spółgłosek, badam zabytki
      dawnych cywilizacji.

      Monumentalna szara bryła wyrasta nad samym morzem, a fale chlupoczą o jej mury.
      Budowla ma kształt spłaszczonej u szczytu, niewysokiej choć rozległej piramidy.
      Jej betonowe ściany wznoszą się czworobocznie wysokimi zrębami, których ponura
      monotonia przerywana jest tu i ówdzie jakimś łukiem. Przez środek każdej ze
      ścian przebiega linia schodków, okolonych z obu stron niewysokim murkiem. Po
      nich można wyjść na obszerną platformę, w której kumuluje cała konstrukcja.

      Ostrożnie stawiam nogi, by nie poślizgnąć się na kruszejących stopniach. Badam
      trawę, wyrastającą między szczelinami ogromnych bloków. Oglądam zielone mchy,
      porastające betonowe ławki. Wychlapuję słoną wodę ze zwietrzałych załomów.
      Patrzę, jak wiatr toczy przez szaro-popielate płyty pogniecione puszki po piwie
      i skrawki gazet. Słucham krzyków mew, przysiadających na pustych schodach.
      Odsuwam ręką warstwy gruzu, w nadziei że znajdą jakąś inskrypcję.

      Dookoła krząta się zajęta swoimi sprawami obecna cywilizacja. Minęła siódma
      wieczór, w pobliskim centrum handlowym, już w strefie wolnocłowej, zamykają
      kasy; samochody spieszą na promy, obładowane skrzynkami piwa i kartonami
      papierosów; niedaleko właśnie odpływa ogromny pasażerski katamaran, zostawiając
      za sobą podwójny kliwater; z pospiechem przejeżdżają taksówki; deskorolkarze na
      pustoszejącym parkingu ćwiczą zwroty w powietrzu; zbierają się pasażerowie na
      ostatni dziś helikopter przez zatokę.

      Nieodgadniona konstrukcja z przeszłości zaczyna nabierać pomarańczowych barw.
      Stoję zupełnie sam na szczycie pustej platformy i patrzę na słońce, które
      będzie zachodzić jeszcze cztery godziny. Myślę o zigguratach nad Eufratem i
      świątyniach na Jukatanie. Do czego mogła służyć? Po co kiedyś zadali sobie tyle
      trudu jej konstruktorzy i budowniczowie? Jaki rytuał miał odbywać się na
      tarasie u szczytu budowli? Kto miał wchodzić na szczyt po kamiennych schodach?
      Co miało mieścić się w środku? Czy oczekiwano tu przybycia jakiegoś statku
      morskiego lub powietrznego? Czy stąd woda miała nieść ku obcym lądom triumfalny
      śpiew?

      Ta cywilizacja odeszła kilkanaście lat temu, szybko i niespodziewanie. Jej
      alfabet zniknał, zamalowany i zatarty. Jej obrzędy porzucono z dnia na dzień.
      Jej wojska wycofały się same lub rozpierzchły na wszystkie strony. Jej kapłanów
      wygnano. Jej prawa napiętnowano. Jej posągi strącono z cokołów. Jej malowidła
      spalono. Jej biblioteki zamknięto. Wczoraj, gdy na dorocznym festwalu tańca
      dumnie śpiewała inna kultura, mogło wydawać się że tamtej nigdy nie było. Jej
      dzieje śledzi teraz tylko garstka zaniepokojonych, usiłując daremnie zrozumieć
      mechanizmy i zasady. Nie wyjaśnią ich już nawet sieroty i pogrobowcy
      poprzedniej cywilizacji, zgrupowani gdzieś w betonowych osiedlach na
      peryferiach, starczymi rękami nastawiający anteny swoich telewizorów,
      oglądający przy cienkiej herbacie zdjęcia z zabronionych już parad i
      zgromadzeń, zajadle gromadzący w kartonowych teczkach wycinki z gazet, w
      podartych swetrach i włóczkowych beretach wyprowadzający na spacer swoje stare
      psy. Nie wiedzą, że w luksusowych hotelach w centrum miasta trzesą się również
      inne ręce, które z trudem kończą wypisywać na pocztówce "Gruss aus Rewal"
      • Gość: wowa44 wstyd... IP: *.tllapt.ee 29.06.02, 12:18
        ... pomylilem sie. Oczywiscie "Gruss aus Reval". Za duzo mysle o wakacjach na
        plazy gdzies miedzy Kolobrzegiem a Szczecinem
        • Gość: sitting bull re IP: 3.5.* / 212.244.167.* 09.07.02, 16:57
          lubię czytać uwagi wowy. Chociaż tak na oko, to pod każdym tekstem powinny iść
          przypisy
    • wowa44 Na południowch przedpolach Małych Karpat 23.07.02, 23:32
      Na południowch przedpolach Małych Karpat mija właśnie kolejny gorący, letni
      lipcowy dzień. Siedzę w pokoju, a przez otwarte okno dobiega szum świerszczy i
      odgłos taczki, którą ktoś za płotem wozi piasek. Wychylając się mocno w lewo i
      patrząc na zachód można daleko ponad polami zobaczyć Bratysławę, czworoboczny
      zamek obcych królów na jednym wzgórzu i gigantyczny pomnik obcych żołnierzy na
      drugim, górujące nad miastem, gigantyczną wieżę telewizyjną, oraz obserwować
      jak z naddunajskiej równiny spokojnymi, równomiernie rosnącymi, zalesionymi
      kulminacjami rodzą się Karpaty, odchodzące gdzieś dalej na północny-wschód, ku
      polskiej granicy. Pola są tutaj ogromne, ciągnące się wzdłuż drogi kilometrami,
      widok w naszym krajobrazie niespotykany. Jest już po żniwach, na ścierniskach
      buszują koty, myszy i kuropatwy, a słoma leży zbita w regularne kostki,
      rozrzucone po polach z precyzją maszyny. Na swój czas czeka jeszcze dorastająca
      kukurydza i winorośl. Przez powiaty Pezinok i Senec przebiega
      nawet "malokarpatska vinna cesta", są wsie które swoje nazwy wzięły od wina...
      Piękna pogoda utrzymuje się jednak zaledwie od kilku dni; w koleinach
      gruntowych dróg między polami stoi jeszcze gdzieniegdzie woda.

      Wsie tutaj mają charakter ulicówek. Ładnie utrzymane, jednopiętrowe domki ze
      spadzistymi dachami stoją frontem do drogi. W centrum rozstępują się nieco,
      droga rozdziela się na dwie równoległe nitki, a pomiędzi nimi znajduje się
      długi i wąski skwerek, na którym wedle upodobań stoi jakaś fontanna, budka z
      lodami, przystanek autobusowy albo tablice ogłoszeniowe. Kościoły w tym rejonie
      mają wieże pokryte blachą w kształcie charakterystycznych, wysokich
      ostrosłupów. W nawach siedzą pojedyncze stare kobiety w kolorowych chustach na
      głowie; ich rowery stoją oparte o płot. Na lokalnych cmentarzach można spotkać
      tylko trzy, cztery nazwiska, za to powtarzające się na dziesiątkach grobów.
      Dziwnym i nieznanym u nas zwyczajem po śmierci kobiety zdefiniowane są przez
      swojego męża, i na małżeńskich nagrobkach imię i nazwisko zmarłej bywa
      poprzedzone informacją "a manželka". Gdzieniegdzie na skrzyżowaniu albo na
      placyku przed wiejskim urzędem można spotkać pomniczek upamiętniający poległych
      w czasie Wielkiej Wojny, wyliczonych skrupulatnie z imienia i nazwiska oraz z
      podanym rokiem zgonu.

      W telewizji nadają właśnie program o przystąpieniu do Unii Europejskiej.
      Sympatyczna reporterka telewizji Markiza stoi przed jakimś wielkim gmachem w
      Brukseli i ubolewa, że w wielkim świecie nikt o Słowacji nie słyszał.
    • Gość: wujek Władek Re: w zeszłem roku frunąłem z W-wy do Frankfurtu IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 24.07.02, 11:54
      Wsiadłem w W. Pogoda była ch... wziąłem se gazetę, wypiłem sok i zasnąłem. A
      jak się obudziłem, to juz trza było wysiadać. I tyle.
      Jak wam się spodobał mój reportaż? weźcie pod uwage, że było krótko i na temat.
    • wowa44 Wniebowzięcie na Krecie 15.08.02, 13:50
      Niektórzy twierdzą, że cywilizacja europejska zaczęła się na Krecie. Podobno to
      własnie tutaj ustalono, że ma się tylko jedną żonę a nie kilkanaście, że bogom
      ofiarowuje się lojalność a nie swoje dzieci, że władza państwowa oznacza
      obowiązki wobec poddanych, a nie prawo wdeptywania ich w ziemię. Potem centrum
      przenosiło się w inne miejsca; pod Partenon, nad Tybr, do Wersalu, w okolice
      City... dziś, zdaje się, jest w Brukseli, a Kreta to oprócz lapońskich pustkowi
      bodaj czy nie najbardziej oddalony skrawek europejskiej ziemi znajdujący się
      obecnie pod władzą tego deszczowego miasta. Jednym słowem, kompletne peryferie.
      Półwyspy pustych rudo-brązowych gór na przemian z zatokami lekko pofalowanego
      morza, kamienie, kozy i oliwki.

      No i oczywiście upał. Jest obezwładniający, a słabnie tylko na chwilę gdzieś na
      dwie godziny przed świtem, kiedy temperatura spada do 35 stopni. Leżąc kolejną
      bezsenną godziną w mokrym od potu łóżku kilka minut zbieram siły, żeby
      przewrócić się na drugi bok. Do głowy przychodzą myśli coraz bliższe obłędu:
      polać podłogę zimną wodą? położyć się spać na chłodnej terakocie? otworzyć
      drzwi na klatkę schodową? wypić kolejny litr coli? spróbować zasnąć w wannie
      pełnej zimnej wody? a może zapomnieć o śnie i zejść do odległego o sto metrów
      morza, a zmęczenie dopadnie cię w środku dnia samo? Na ogół nad morzem wiatr
      przynosi ulgę. Tutaj w najgorsze dni wiatr jest przekleństwem i tylko pogarsza
      sytuację.

      Gdyby były tu komary, koszmar stałby się doskonały. Na szczęście jakimś cudem w
      okolicy nie ma ani jednego... To niesamowite, bo zawsze wyobrażałem sobie, że
      im dalej na południe tym gorzej. Co prawda teść opowiadał mi, że latem idąc
      przez syberyjski las człowiek zostawiał za sobą w powietrzu coś w rodzaju
      jaśniejszego toru wśród czerniącej się chmary, ale mi bardziej w pamięci
      pozostały np. południowe Włochy, gdzie każde okno wyposażone jest w moskitierę,
      gdzie drzwi mnoży się pozornie bez potrzeby, a w niektórych budynkach istnieją
      przy wejściu specjalne pomieszczenia z przeznaczeniem na parusekundową
      kwarantannę. Zresztą co tam Włochy, ostatnimi laty i w Polsce kolacją wśród
      drzew w ogrodzie można cieszyć się najpóźniej do początków maja, już w czerwcu
      koło osiemnastej trzeba zabierać z trawy dzieci, a noc przy otwartym oknie i
      szumie drzew to atrakcja tylko dla zdesperowanych. A tutaj - nic. Tu króluje
      kto inny.

      Kiedy wprowadziłem się w środku nocy do mojego pokoju, przez pierwszy kwadrans
      usiłowałem zorientować się, czy to buczy przeciwpożarowy sygnał alarmowy,
      gdzieś w szafie włączył się zapomniany przez poprzedniego lokatora budzik, czy
      też może komuś za ścianą dzwoni telefon komórkowy. Próba zignorowania hałasu
      byłaby bezskuteczna - był tak głośny jak np. dzwonek do drzwi. Dopiero po
      jakimś czasie zlokalizowałem źródło dźwięków jako umieszczone gdzieś w
      szczelinach szafki kuchennej. Po wypożyczeniu na recepcji jakiegoś środka w
      sprayu opryskałem nim wszystkie szpary, aż potworny hałas wreszcie ustał.
      Oczywiście z powodu smrodu chemikaliów musiałem spędzić kolejny kwadrans na
      balkonie. A tam - noc aż huczy, zanosi się modulowanymi falami spazmów, na
      przemian pęcznieje i opada. Za dnia to samo - idąc drogą przez rachityczne
      oliwne gaje widać, jak powietrze drga i płynie - nie wiadomo czy to z upału,
      czy też poruszane częstotliwościami generowanymi przez te niesamowite owady.
      Cykady.

      Kawę na Krecie podaje się z wodą. Jak mi to ktoś wyjaśnił, podobno w niektórych
      częściach świata (na przykład w niektórych kawiarniach na warszawskim nowym)
      panują takie zwyczaje. To znaczy podają kawę wedle życzenia, a do tego w
      wysokich koktajlowych szklankach zimną niegazowaną wodę z lodem. Kiedy pierwszy
      raz spotkała mnie taka przyjemność przyznaję że nie wiedziałem, jak się
      zachować. Pić na przemian kawę z wodą? Wypić kawę a potem wodę? A może
      odwrotnie? A może kawę wypić, a wodę wylać sobie na głowę? Na wszelki wypadek
      teraz, kiedy zamawiam kawę, od razu zaznaczam że "bez wody". A propos: raz w
      menu znalazłem "kawę po grecku". Oczywiście z ciekawości zamówiłem. Dostałem
      filiżankę nieco większą od espresso, a w środku coś, co w Polsce nazywa się
      kawą "po turecku". Naturalnie nie podzieliłem się tą informacją z kelnerem.
      Grecy to dumny naród, o czym szczególnie na Krecie niejeden przybysz mógł się
      przekonać [tu był w oryginale akapit o nieszczęsnej 7 dywizji spadochronowej,
      ale nie zmieściłby się w jednym poście, więc go wyciąłem].

      Zgodnie z dominującą na południu Europy tendencją, kodeks drogowy nia ma tu
      statusu Biblii. W szczegółach uderzył mnie brak poszanowania dla linii
      podwójnej ciągłej. Miejscowi wyprzedzają wszędzie gdzie się da. Zważywszy
      jednak, że na wyspie dominują małe, słabe samochodziki, jeździ się tu raczej z
      niewielkimi prędkościami i takie wyprzedzanie nie jest niebezpieczne. Inny
      charakterystyczny zwyczaj to włączanie świateł awaryjnych za każdym razem,
      kiedy ktoś zjeżdża na bok żeby zaparkować. U nas w takich sytuacjach włącza się
      odpowiedni kierunkowskaz - na Krecie nie, awaryjne. Inna osobliwość -
      zamiłowanie do świateł przeciwmgielnych. Kto ma, ten włącza, choćby panowała
      piękna, gwiaździsta noc. Co ciekawe, za dnia na autostradach część osób jeździ
      ze światłami postojowymi (co zauważyłem również we Włoszech). Kolejna
      ciekawostka: firma Hyundai ma tu chyba z 25% rynku. Następna: popularność
      nadwozi typu pick-up; ulice kreteńskich miasteczek wyglądają dzieki temu nieco
      jak miejscowości na Wielkich Równinach.

      Największe wrażenie robi podróż w poprzek wyspy, z północy na południe. O ile
      na głównym szlaku komunikacyjnym Krety, drodze wzdłuż północnego wybrzeża,
      potrafią nawet tworzyć się korki, o tyle na ogół bardzo dobrze utrzymane trasy
      o przebiegu południkowym są niemal puste. Na wiodących przez góry drogach z
      północy na południe, czasem na całym odcinku od wybrzeża do wybrzeża, można
      spotkać najwyżej kilkanaście aut. O wiele częstszym użytkownikiem dróg są
      długobrode kozy, przekraczające jezdnię w poszukiwaniu trawy. Czasami, w
      najmniej spodziewanych miejscach, gdzieś na górskich pustkowiach, na poboczach
      leżą też psy, uwiązane łańcuchami do prowizorycznych bud. Czego tu strzegą, nie
      udało mi sie dociec. Przy drogach stoją na jednej nodze tajemnicze, zwieńczone
      krzyżem skrzynki. Mogą to być proste, metalowe pudła, mogą to być małe
      arcydzieła, zbudowane z drewna albo kamienia. Mini-kapliczki? Skrzynki
      pocztowe? Nie wiem. Prawdziwe kapliczki wynurzają się niespodziewanie za
      kolejną serpentyną, odbijając się bielą swoich ścian od brązowej ziemi,
      ciemnozielonych gajów oliwnych lub rudych skał. Niekiedy dominuje kolor czarny:
      wzdłuż dróg można obserwować skutki pożarów, trapiących wyspę. Całe zbocza
      pokryte są wypaloną zgorzeliną, nad dolinami unosi się charakterystyczny swąd,
      a czasem przy drodze widać zwęglone zgliszcza wczorajszej tawerny. Jednak nawet
      bez tego wszystkiego, niesamowite wrażenie robi cała półtorejgodzinna podróż od
      wybrzeża do wybrzeża, kiedy spomiędzy bambusowych zarośli i pomarańczowych
      zagajników wyjeżdzamy najpierw między porastające stoki oliwkowe drzewka, a
      potem coraz węższymi zakrętami wspinamy się ponad tysiąc metrow, trawersujemy,
      obniżamy się i pokonujemy kolejne kamienisto-pustynne grzbiety. Aż wreszcie za
      kolejnym gdzieś na dole zamajaczy znowu błękit, do którego zjeżdżać będziemy
      następne pół godziny, osiągając mistrzostwo w operowaniu dźwignią zmiany
      biegów. A propos, o czwartym biegu na całej trasie można właściwie zapomnieć.

      A potem, stojąc na plaży gdzieś w Elafonissi czy Paleochorze i opłukując stopy,
      moglibyśmy spróbować powtórzyć radosne "thalassa". Nie powtórzymy nie tylko
      dlatego, że zdajemy sobie sprawę z własnej śmieszności. Przede wszystkim
      dlatego, że między Brukselą a Kretą, kawą z wodą i bez, kierunkowskazem i
      awaryjnymi - nie mówiąc już o tym, że Minojczycy podobno je
      • wowa44 Re: Wniebowzięcie na Krecie 15.08.02, 13:53
        [szlag, zmieniają na tym forum objętośc postów co chwila; znowu się nie
        zmieściłem]

        A potem, stojąc na plaży gdzieś w Elafonissi czy Paleochorze i opłukując stopy,
        moglibyśmy spróbować powtórzyć radosne "thalassa". Nie powtórzymy nie tylko
        dlatego, że zdajemy sobie sprawę z własnej śmieszności. Przede wszystkim
        dlatego, że między Brukselą a Kretą, kawą z wodą i bez, kierunkowskazem i
        awaryjnymi - nie mówiąc już o tym, że Minojczycy podobno jednak składali ofiary
        z ludzi - nie wiemy już, który to jest nasz przyjazny żywioł.
    • wowa44 tatrzańska zagadka 22.08.02, 22:44
      zagadka: czy jest w Tatrach takie miejsce, z którego widać jednocześnie Czarny
      Staw Gąsienicowy, Wielki Staw w Pięciu, i Morskie Oko?

      rozwiązanie: nie ma.

      A jednak dziś o 10.02 rano widziałem wszystkie te stawy jednocześnie, granatowo-
      czarne, lekko błyszczące w słońcu, ciemniejsze od otaczających je popielato-
      piaskowych piargów i skał. Po raz pierwszy w życiu. Skąd? Z siedzenia 13A w
      lecącym do Budapesztu Fokkerze węgierskich linii lotniczych, jakieś siedem
      kilometrów nad zielono-szarymi porostami na głazach pod Świnicką Kolebą,
      zaczynającym już lekko rudzieć sitem skuciną na stokach Małołączniaka, krótkimi
      ale kruchymi piątkami na północnych ścianach Kotelnicy, siedem kilometrów nad
      własną pamięcią. Góry były niemal podemną; ponieważ przyklejając czoło do szyby
      i zezując jak najniżej zobaczyłem dolinę Suchą Goryczkową myślę, że samolot
      musiał przelecieć nad granią główną gdzieś na wysokości Czerwonych Wierchów.

      Potem był upał i godzinne przedzieranie się przez wielkie miasto, biuro,
      spocony, śmierdzący kawą z automatu dzień, potem znowu paraliż ulic,
      desperackie manewry taksówkarza, usiłującego bezskutecznie wjechać na kolejne,
      duszące się w stojących korkach mosty. A około wpół dziewiątej wieczorem, z
      wyproszonego na check-inie miejsca F, spojrzenie w dół, w ciemność poniżej, w
      nadziei że zobaczę jakiś sygnał. Ale tam tylko Tibor Kregczy i Lajos Rokfalusy
      robią nocną graniówkę csucsów, których nazwy jako ostatni pamiętał chyba WHP, i
      machają tyrolskimi kapeluszami do przelatujących samolotów.
    • wowa44 migawki z Arlandy 19.09.02, 09:46
      lotnisko Arlanda we wrześniowy wieczór wydaje się dużo za duże jak na panujący
      tam ruch. Samoloty objeżdżają dziesiątki pustych rękawów, zanim zatrzymają się
      przy kolejnym. Tranzytowe autobusy przejeżdżają między stojącymi wózkami
      bagażowymi, ciągnikami, samochodami i zaparkowanymi autobusami, przemierzając
      trasę wzdłuż terminalu. Kompletny brak podróżnych pozwala smakować dyskretny i
      elegancki minimalizm wzornictwa. Ogromne, wspaniale przeszklone hale wyłożone
      są jasnym w oryginale drewnem, które w ciągu kilku lat zdążyło już nieco
      ściemnieć. Po pustych korytarzach i salach odlotów czasem przemknie się ktoś z
      obsługi, po czym znowu zapada cisza. Co jakiś czas otwierają się któreś drzwi,
      przez halę przechodzi gromada azjatów czy wracających ze spóźnionych wakacji
      Szwedów, po czym znowu zapada cisza i bezruch.

      lotnisko Arlanda we wrześniowy poranek to oczekiwanie w samolocie na wolny
      rękaw, bo wszystkie są zajęte; to różnokolorowe ogony samolotów, na których
      tylko z rzadka pojawia się logo SAS, to tłok, pospiech w oczekiwaniu na
      autobusy z jednego terminalu na drugi, otwierane w ostatniej chwili biurka
      tranzytowych check-inów, konieczność przejścia przez kontrolę paszportową żeby
      wystarczająco wcześnie zrobić check-in w hali odlotów, odstręczająca
      perspektywa długiego marszu korytarzami z terminalu 2 do handlowego centrum Sky
      City (z którego zrezygnowałem), pani z kiosku z gazetami, która oddając mi
      kartę kredytową powiedziała nienaganną polszczyzną "dziękuję", niespodziewana
      tęcza na niebie po porannym deszczu, beżowo-sosnowo-rudy wystrój poczekalni dla
      pasażerów LOTu, zabójczo szybkie terminale w tejże poczekalni, z których
      właśnie wysyłam niniejszy post. Niestety jak sprawdziłem IP jest anonimowy,
      więc nie mogę uwiarygodnić się jakimś miłym .se na końcu.
      • Gość: hasta la vista małe pytanko IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 19.09.02, 15:08
        czy to jest wątek autorski, czy też można się dopisać?
        • wowa44 trzeba, nie można 19.09.02, 16:52
          pierwszy post napisałem, bo było mi żal że tylko ja to przeżyłem. Po trosze
          chciałem żeby ktoś inny też się ucieszył, a po troszę chciałem się
          odwdzięczyć... Drugi napisałem, bo mnie poproszono. A potem już tak jakoś się
          zrobiło.

          Ale broń boże nie miałem zamiaru tworzyć tu kroniki swoich podróży. Sto razy
          wolałbym, żeby to był zsyp różnych wspominek - i jeszcze w maju (patrz historia
          postów) wydawało się, że może tak będzie. W końcu to forum nie musi być
          wyłącznie praktycznym poradnikiem "gdzie, co i jak".
    • wowa44 Budapeszt 11.10.02, 12:57
      każde państwo mają swoją stolicę, a niektóre państwa mają nawet dwie stolice.
      Ale ilekroć jestem w Budapeszcie nie mogę oprzeć się złudzeniu, że tutaj jest
      odwrotnie - to stolica ma swoje państwo. Całe Węgry są jak wielkie przedmieścia
      Budapesztu; wielkiego, wspaniałego miasta, któremu przydarzyło się być stolicą -
      ujmijmy to starając się nikogo nie urazić - średniej wielkości kraju. Ciekawe
      że w Pradze, choć proporcje ludnościowe między stolicą a resztą państwa są
      niemal identyczne - nie mam takiego wrażenia. I myślę że wiem dlaczego.

      Budapeszt jest imperialny. Dzisiejsze miasto narodziło się w czasach, kiedy
      wszystko było inaczej. Tutejszy rozmach i skala przypominają mi architekturę
      Londynu z czasów, gdy nazwano go Jądrem Ciemności. Rozłożyste, wysadzane
      kasztanowcami ulice są arteriami metropolii, po której łaskawie pozwalano
      spacerować zahukanym przybyszom z odległych prowincji. Wielkie,
      neoklasycystyczne budynki, których rozłożyste frontony ciągną się w
      nieskończoność, demonstrują spokojną pychę. Nad ogromnymi placami unoszą się
      pewność siebie i siła zwycięzców. Duma i władza, którymi wysadzana jest galeria
      królów i wodzów na Hősök Tere, odbiera głos i przyćmiewa chyba wszystkie
      spiżowe orgie ambicji, jakie można jeszcze spotkać w tej części świata. No,
      może poza skalą niektórych radzieckich pomników - ale to już jednak chyba inna
      część świata. Ogromna, kontynentalna rzeka nadaje miastu jeszcze większą skalę,
      a widok z budeńskich brzegów na Peszt utwierdza w przekonaniu, że znaleźliśmy
      się w samym centrum.

      Wczoraj wieczorem jak zwykle nie miałem czasu na więcej niż krótki spacer
      nadbrzeżnym bulwarem w okolicy mojego hotelu. Po polskich pogodowych ekscesach
      z początków tego tygodnia, budapeszteńskie 9 stopni wydaje się bardzo przyjemną
      temperaturą; jest pochmurno i nad miastem wiszą ciężkie, ponure chmury, ale na
      szczęście nie pada. Ciemny Dunaj bezgłośnie opływa Margit-Sziget, zza drzew na
      wyspie odsłania się panorama śródmieścia, a za plecami stukają wagoniki
      miejskiej kolejki do Batthyány Tér. Na północnych rubieżach komitatu Árva leży
      już świeży śnieg, przykrywając gminy Brezovica, Bukovina, Chizsne, Csimhova,
      Haldovka, Hámri, Harkabuz, Jablonka, Lieszek, Alsó-Lipnica, Felsõ-Lipnica,
      Oravka, Oszada, Pekelnik, Podvilk, Szárnya, Szuhahora, Usztya, Vitanova, Alsó-
      Zubrica i Felsõ-Zubrica. Nie inaczej w komitacie Szepes, gdzie białe są już
      dachy sypańców i kościołów w Új-Béla, Csarnagura, Durstin, Folyvark, Kis-
      Frankova, Nagy-Frankova, Friedmann, Gibely, Hafka, Hági, Haligóc, Hanusfalu,
      Javorina, Jezerszkó, Jurgó, Kacvin, Kahlenberg, Dunajec-Krempach, Alsó-Laps,
      Felsõ-Laps, Lapsanka, Lechnic, Sub-Lechnic, Lesznic, Nagy-Lipnik, Ó-Major,
      Mátyásfalu, Nedec, Oszturnya, Relyov, Repiszkó, Richwald no i oczywiście Tribs.
      • Gość: wowa Re: Budapeszt IP: *.sprint.ca 24.10.02, 01:26
        prosze o wiecej o buudapppeszcie wowa
    • Gość: Tomaszek Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek IP: *.ipartners.pl 23.10.02, 15:20
      Hej wowa44 :o)

      Miałem przed oczami Twój opis trasy, kiedy w ostatni weekend leciałem do i z
      Helsinek. Za dnia na północ, na południe już wieczorem. Niestety nie miałem tak
      pięknej pogody, jak Ty. Chmury ustapiły dopiero nad Rygą i od razu poznałem, że
      to Ryga, tak dobrze ją opisałeś :o)

      A powrót po ciemku jest atrakcyjny tylko w pobiżu dużych miast. Helsinki
      pięknie wyglądały tuż po starcie, Tallin też nieźle oświetlony, a potem już
      ciemność chmur rozjaśniona tylko pobłyskiem księżyca w pełni...

      Zdrówka :o)

      PS - każdy Twój opis czytam z zapatrym tchem. Jeszcze, jeszcze... :o)
      • Gość: Ola Re: wczoraj leciałem samolotem z Helsinek IP: *.corp.redshift.com 23.10.02, 23:14
        Wowa44- wspaniale opisujesz swe wrazenia "z lotu ptaka". Zaczelam wspominac
        wlasne przeloty, lodowania. Tylko sobie zycze aby miec Twoj literacki talent i
        byc w stanie przekazac przelot i lodowanie na Hawajach, przelot od Pacifiku do
        Atlantyku. Tez wrazenie na mnie zrobila gra swiatel, zachod slonca od Irlandii
        do Londynu itd, itp. Jednak najbardziej chwyta za serce widok San Francisco
        zatoki bo to znaczy ze wracam do domu. Atrakcyjnosc krajobrazu jest bardzo
        subjektywna,trudno rozdzielic ten realny obraz od tego emocjonalnego.
        Mam nadzieje ze swe reportaze-wrazenia wyslales do jakis polksich czasopism aby
        wiecej ludzi moglo sie nimi cieszyc.
      • wowa44 no to mi ulżyło... 23.10.02, 23:28
        ... jak świetnie że ktoś to czyta, już myślałem że moje posty są skazane na
        powolne opadanie w dół, na kolejne strony tego forum...

        napiszcie coś koniecznie, czy Finlandia jest już znowu biała? Ola, a u Ciebie
        to chyba jeszcze jasno?

        Ja siedzę właśnie w bratysławskim hotelu "Dukla" (niestety w moim stałym
        locum, "Forum", zabrakło miejsc, chyba jakaś konferencja). Ale nie idzie mi
        pisanie. Mam jakoś pecha do Pragi i Bratysławy. W obu tych miastach byłem w
        ciągu ostatniego roku po kilka razy, ale jedyne co mi po nich zostało to kilka
        zaczętych prób, plików-kikutów, które jeszcze na wszelki wypadek trzymam na
        swojej maszynie. Pod koniec września w Bratysławie całkiem dobrze mi szło -
        zainspirowałem się trzema lipami, rosnącymi pod zamkiem i zasadzonymi jesienią
        1968 roku, na pamiątkę odnowienia federacji czesko-słowackiej. Ale potem znowu
        tekst jakoś się rozlazł.

        Za oknem właśnie leje (a nawet jest burza z piorunami!). Więc siedzę w hotelu
        i oglądam piłkę nożną. Jakiś czas temu skończył się mecz Milan - Bayern, teraz
        leci Newcastle - Juventus. Oczywiście jestem za Włochami.
        • Gość: Tomaszek Jeśli chodzi o Finlandię... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 24.10.02, 08:51
          Hej wowa44 :o)

          W czasie weekendu w Helsinkach było -10 do -7 C, choć w południe zbliżało się
          do zera. Nie widać dużych ilości śniegu w samych Helsinkach, choć już na
          przedmieściach i poza miastem jest cienka warstwa. Miejscowi opowiadają, że
          jakieś 2 tygodnie temu na zachodnim wybrzeżu od strony Zatoki Botnickiej była
          burza śnieżna, spadło tyle mokrego śniegu, że pozrywało im linie energetyczne i
          kilkadziesiąt tysięcy domostw nie miało prądu.
          Byłem też w Lahti, już przygotowują skocznie do sezonu, widok wspaniały :o)

          A większość samochodów już pozmieniała opony na zimowe i tak śmiesznie słychać,
          gdy jeżdżą po tych brukach (wiesz, o czym myślę...)

          Zdrówka :o)
        • Gość: bzr Re: no to mi ulżyło... IP: *.przeworsk.sdi.tpnet.pl 28.10.02, 20:28
          wowa44 napisała:

          > ... jak świetnie że ktoś to czyta, już myślałem że moje posty są skazane na
          > powolne opadanie w dół, na kolejne strony tego forum...
          >

          Oj, czyta, czyta ... Wspaniale piszesz.Pisz dalej a nawet więcej :)

          Pozdrawiam .bzr
    • wowa44 zdobywam najwyższy szczyt państwa 10.11.02, 09:12
      Ze wsi wychodzi się w kierunku na południe. Po lewej stronie stoją w rządku
      nowsze, częściowo murowane domy, po prawej luźno rozrzucone są znacznie
      starsze, drewniane chałupki. Potem zabudowania nikną i krajobraz nabiera
      oddechu. Gdyby nie utrzymująca się do południa gęsta mgła możnaby zobaczyć, że
      lekko pofałdowane pola ciągną się do niedalekiej ciemnej linii lasu. Wszystko
      dookoła przykryte jest świeżym, puszystym, nieubitym śniegiem, który przestał
      padać dopiero wczoraj, w piątek rano. Mimo zimna muszę wyjąć ręce z kieszeni,
      bo idąc białą, śliską drogą, w rozjechanej śniegowej koleinie trudno jest
      utrzymać równowagę.

      Po chwili skręcam w pierwszą boczną drogę w prawo. Na nierównościach bardziej
      czuję niż widzę, że skończył się asfalt. Oprócz śniegu przyszła już pierwsza
      gruda: buty zamiast rozgniatać fałdy piasku i błota wykrzywiają się na
      zamarzniętej ziemi. Po prawej stronie pojawia się goły, pokryty szadzią las.
      Staję na chwilę, wykorzystując fakt że drzewa chronią przed zimnym,
      przenikliwym wiatrem. Kiedy moje buty przestają skrzypieć na śniegu zapada
      kompletna cisza. Nie słychać już poszczekiwania psów we wsi, krzyków bawiących
      się na sankach dzieci, szumu pojedynczych samochodów. Otaczającego mnie białego
      milczenia nie przerwie żaden ptak; słyszę tylko swój własny oddech.

      Zastanawiając się czy we mgle i śniegu nie pomyliłem drogi niepewnie ruszam
      dalej, rozglądając się dookoła i szukajac wierzchołka. Tymczasem z drogi gdzieś
      przedemną zaczyna dochodzić przeciągły, uporczywy gwizd. Po chwili zza zakrętu
      wyłania się wolno jadący z przeciwka rowerzysta w wiejskim, zimowym ubraniu.
      Chciałem go minąć, ale on staje, ściąga rękawiczkę i podaje rękę. Szuka swoich
      dwu psów, jednego z jaśniejszym łańcuchem na szyi. Nie, nie widziałem. A kiedy
      zginęły? No, chyba tydzień temu... Ja z kolei pytam czy dobrze idę. Ale
      rowerzysta nie wie, on też nietutejszy, przyjechał z tamtej strony
      granicy. ... ??? ... Żegnamy się. Idąc dalej usiłuję zgadnąć, czy rzeczywiście
      przejechał polna scieżką z drugiej strony, granicę traktując jak absurdalne
      utrudnienie wymyślone przez nieznanych ludzi w dalekich miastach.

      Już poznaję okolicę. Skręcam tym razem w lewo, w jeszcze węższą i już
      kompletnie nieprzetartą, wąską drogę, wznoszącą się łagodnie stokiem.
      Zostawiając po lewej dwie marne, nie wiem czy opuszczone chaty, prowadzi niemal
      na sam szczyt. Sam koniec trasy trzeba już pokonać w śniegu po kostki,
      jaśniejącą wśród brązowych badyli ścieżką. Jeszcze chwila i jestem na górze,
      między kamieniem z koroną jedynego, chwilowego króla, a przymocowanym do drewna
      obrazkiem królowej wszystkich chwil.

      Z nadejściem południa mgła troche ustąpiła. Ze szczytu rozciąga się widok na
      falujacy, czarno-rudo-biały krajobraz pól, lasów i ukrytych w dolinach dachów.
      Gdy wiatr powieje mocniej i mgła rozstapi się jeszcze bardziej mam nawet
      wrażenie, że widać najdalsze zakątki kraju. Daleko ponad rosnącymi niżej
      drzewami poznaję, jak stary zdziwaczały mason odpoczywa w swoim zaciszu na
      Górce Literackiej, a numery Przeglądu zbierają kurz na półkach Jagiellonki; jak
      w działach "folk i muzyka etniczna" sprytnie chowają się płyty Marii Krupowies;
      jak błyskają zielone i żółte światełka faksów w pewnym gabinecie na Koszykowej;
      jak ptasznik z Czarnego Boru podtrzymuje lampę żonie, cerującej czyjeś
      pończochy. Jakoś umknął wyrokowi śmierci; na jego wykonanie wciąż jeszcze
      czekają na miejscowym zamku Antuki, Wacuki, Tadźki i Staśki. Wysokie buty z
      cholewami, za którymi obracały się długie warkocze we wsiach, teraz
      niemiłosiernie parzą w owrzodzone nogi. Przyszli kołchoźnicy, furmani i
      taksówkarze decydują właśnie czy wolą oryginał, czy też lepiej oglądać odległe
      kopie tych jezior i wzgórz. Ich dziewczyny będą potem wzorem zaradności; już
      dawno bez warkoczy, czerwonymi rękami przez dziesięciolecia kopiąc kartofle na
      dzierżawionych pod miastem polach i myjąc wieczorami podłogi w urzędach. Teraz
      zażywne starsze panie, na pewno nie zaprzątają sobie głowy bzdurami, w jakiej
      wersji językowej sprzedają w tutejszym sklepie spożywczym "Bravo Girl".

      Trzeba wracać, bo robi się naprawdę zimno. Zwyczajem prawdziwego zdobywcy
      szczytów rzucam okiem ostatni raz dookoła. Józefowa Góra zostaje coraz bardziej
      za mną, w miarę jak ryzykując całość spodni i kolan zbiegam w dół. Ale muszę
      się pospieszyć, bo we wsi pewnie czeka już na mnie sobotni obiad, połączony z
      dyskursem o nieopłacalności trzymania krów. Na szczęście jestem samochodem,
      więc mam powód żeby skutecznie wymówić się od wódki. Poza tym pewnej samotnej
      młodej mamie i pewnej małej dziewczynce obiecałem, że dziś po południu podrzucę
      je do Miasta. Mam nadzieję, że do wieczora nie zacznie padać śnieg.
    • wowa44 post małostkowy 15.11.02, 09:33
      Nie pamiętam ile razy byłem już w Wiedniu. Sęk w tym, że wszystkie te razy
      odbyły się w dwu miejscach: wokół dworca Sudbanhof, gdzie swego czasu
      przesiadałem się na jadące w przyjemniejsze miejsca Europy pociągi, oraz wokół
      lotniska Schwechat, gdzie miałem okazję docenić jak skutecznie Austrian
      Airlines realizują swoją strategię oplątywania sieciami połączeń peryferii typu
      Warszawa czy Sofia. Bo jadąc samochodem zawsze udawało mi się omijać Wiedeń.

      A w ostatnią środę wieczorem po raz pierwszy znalazłem sie raptem w promieniu 2
      kilometrów od Placu św. Stefana. Po śniegach i mrozach północy pogoda była
      znacznie przyjemniejsza, zresztą szok termiczny przeżyłem już we wtorek w
      Budapeszcie. Żeby zamknąć się w pokoju jest jeszcze za wcześnie, poczta
      odrobiona - czas zobaczyć co słychać w mieście, które poddańczą miłością tak
      ukochał sobie Kraków. Moja strategia początkowa była prosta jak plan
      przyjezdnego chłopa z Bukowiny - do katedry. Oczywiście podobnie jak on,
      ominąłem szerokim łukiem poddaną moskiewskiemu patriarchatowi katedrę pod
      wezwaniem św. Mikołaja na Jauresgasse, mimo że znajdowała się niemal naprzeciw
      mojego hotelu. Z otrzymanym na recepcji planem, gdzie uprzejma pani zakreśliła
      długopisem nasz standort i centrum, wyszedłem na ulicę, oraz przeprowadziłem
      orientację mapy. A po 20 minutach stałem już pod jasno oświetloną fasadą.

      Tutaj skończyły mi się pomysły. Chwilę wahałem się nad opcją A, czyli
      chaotyczną wędrówką od jednego zobaczonego interesującego obiektu do
      następnego, ale obawiałem się że zgubię drogę. Wybrałem opcję B, którą
      potraktowałem jako systematyczny wstęp do przyszłego zwiedzania miasta podczas
      następnej wizyty: spacer Ringiem dookoła. Prawda jaki monotonny, nudny,
      trywialny pomysł? Zrealizowanie go zabrało mi nieco ponad godzinę. Być może
      moja rundka odbyłaby się szybciej, gdybym nie stał ze dwadzieścia razy na
      czerwonych światłach. Ale pamiętałem, że Polacy łamiący w Wiedniu kodeks
      drogowy mogą spędzić w areszcie kilka ładnych dni, a ja przecież miałem bilet
      powrotny na czwartek bez możliwości zmiany daty. A kiedy znalazłem się znowu na
      Kartnerstraße nogi podpowiedziały mi, że plan zwiedzania został na dzień
      bieżący wyczerpany. Skręciłem w jakiś duży plac na planie prostokąta,
      uwieńczony bliżej mi nieznaną dumną postacią na koniu, po czym sprawdzając na
      każdym rogu plan, rozpocząłem nawigację w kierunku mojego hotelowego łóżka.

      Pustka, pustka, pustka. Żadnych skojarzeń, żadnych szybszych ruchów serca,
      żadnego drapania w gardle... Jednak nie nadaję się na prawdziwego Krakauera,
      widać że kod genetyczny więzi mnie w Westprojsach, między ceglanymi frontonami
      koszar, urzędów pocztowych, małych dworców kolejowych. Oczy świecą mi się tylko
      wtedy, kiedy na Stubenringu przechodzę abok salonów Jaguara, Ferrari, Aston
      Martina... całkiem małe przebiegi, Ferrari z 1991 roku, do setki w 4.7 sekundy,
      ma zaledwie 49.000 kilometrow na liczniku. Cena też nie taka niewyobrażalna,
      53.000 euro...

      Oczywiście już jakiś czas temu wpadłem w pułapkę tabakiery i nosa. Gdzieś na
      obcej ulicy zaczynam myśleć: aha, no tak, wszystko fajnie, jest miło i
      przyjemnie, ale nie ma co napisać na forum, rozglądnijmy się za jakimś
      pretekstem, przecież nie będę opisywał jak czytam plany na przystankach
      autobusowych... Na szczęście do tej pory starczało mi bożej opieki, inaczej w
      tym wątku byłoby już kilka postów z Pragi. Ale fakt że jestem pierwszy raz w
      Wiedniu jakoś obniża mój poziom samokontroli. Proszę o wybaczenie.

      A więc może jednak mam jeszcze szanse na krakowski indygenat.
    • wowa44 Jak nie udało mi się wejść do Europy 01.12.02, 21:34
      Pan ambasador Truszczyński zapewne powie, że wejście do Europy nie jest sprawą
      łatwą. A ja powiem nawet więcej: wejście do Europy jest niemożliwe. Dzisiaj
      straciłem na to chyba ze trzy godziny. Bezskutecznie.

      Od pani na recepcji dowiedziałem się, że mój cel jest osiągalny pieszym
      marszem. Co prawda obawiała się, że w miejskiej plątaninie stracę drogę, ale ja
      wybrałem trasę nieco dłuższą, za to orientacyjnie znacznie prostszą: w pięć
      minut zszedłem stromą uliczką do morza i odtąd posuwałem się jego brzegiem, na
      północ. To była chyba dobra decyzja. Moja perspektywa rysowała się na
      horyzoncie bardzo wyraźnie – nie sposób było nie trafić. Co prawda niekiedy
      błądziłem, wchodziłem w jakieś ślepo zakończone bulwary, natykałem się na
      ogrodzone prywatne tereny jachtowe, musiałem obchodzić wielkie wojskowe gmachy,
      ale przecież mój cel był już coraz wyraźniejszy. Choć trzeba to przyznać,
      przybliżał się niepokojąco powoli. Po jakimś czasie zrozumiałem, dlaczego.
      Kiedy po raz pierwszy ukazał się moim oczom uległem optycznemu złudzeniu: jego
      ogrom sprawił, że wydawał się dość blisko. Dopiero w miarę marszu zaczynałem
      doceniać skalę przedsięwzięcia. Takiej nie widziałem jeszcze nigdy w życiu, i
      dlatego dałem się oszukać.

      Wśród tłumu sprzedawców oferujących pod stadionem czarno-białe szaliki,
      czapeczki i koszulki przystanąłem, żeby coś zjeść. Za jeden milion kupiłem na
      ulicznym straganie przekąskę, którą zajadali się miejscowi: jakieś mielone
      mięso, grillowane w postaci niedużych kulek, a następnie włożone razem z
      różnymi warzywami w wielki kawałek chleba. Okazało się dość smaczne, choć nieco
      zimnawe. Ruszyłem dalej, a po jakiejś pół godzinie byłem już na miejscu.

      Najpierw miałem nadzieję, że u podstawy gigantycznego pylonu jest jakaś winda,
      którą piesi mogą wjechać te 64 metry w górę. Niestety, windy nie było. Musiałem
      pofatygować się tam stromą drogą, odchodzącą z nadbrzeżnego bulwaru szerokim
      ślimakiem w lewo. Byłem już mokry, bo chcąc zaliczyć moją europejską przygodę
      przez zmrokiem, całą poprzednią godzinę szedłem dość szybko. Teraz, pnąc się
      pod górę, musiałem już zdjąć kurtkę. Na szczęście nie tylko że było dość
      ciepło, 12 stopni, ale nawet nie wiał częsty w takich miejscach wiatr. Niestety
      dochodząc na wierzchołek zauważyłem, że moja droga nie prowadzi na most ale
      przechodzi pod nim. Wypatrywałem więc schodów dla pieszych, które zwykle stoją
      przy przyczółkach. I rzeczywiście, pojawiły się. Ale jakieś małe, podejrzane...
      a w dodatku... za ogrodzeniem!

      Straszne przypuszczenie przemknęło mi przez głowę: piesi nie mają na ten most
      wstępu. Im dłużej obchodziłem wielki przyczółek, tym szybciej moje podejrzenie
      zamieniało się w pewność, a rozczarowanie tym energiczniej spychało w niebyt
      poprzednią, pełną niecierpliwości ekscytację. A więc wszystko na nic... Przez
      chwilę w odruchu desperacji chciałem przeskoczyć przez ogrodzenie i jednak
      skorzystać z metalowych podwieszanych schodków, na szczęście zerknąłem w górę i
      na moście zauważyłem policjanta, postawionego tam chyba specjalnie dla
      odstraszenia takich jak ja perypatetyków. Przez Boğaziçi Köprüsü nie da się ani
      wyjść, ani wejść do Europy.

      Ale jak przystało na właściciela www.vistulabridges.com byłem uparty. Z mapy
      wiedziałem, że jest jeszcze druga szansa, i że nazywa się Fatih Sultan Mehmet
      Köprüsü. W willowej dzielnicy, gdzie się akurat znalazłem, zatrzymałem pierwszą
      przejeżdżającą taksówkę, jak niemal wszystkie tutaj, starszawą żółtą renówkę.
      Sympatyczny młody kierowca nie reagował ani na speaking, ani na parlare, ani na
      sprechen. W akcie desperacji wyciągnąłem mapę, pokazałem mój cel rezerwowy,
      postukałem w taksometr i postarałem się zrobić z twarzy znak zapytania. Po
      kilku minutach nie tylko uzgodniliśmy, gdzie jedziemy, ale nawet że zrobimy to
      za 10 dolarów.

      Kiedy po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w kolejce do bramek na
      autostradzie, tuż przed mostem Fatih, wiedziałem już że wszystko na nic. Tu też
      piesi nie są mile widziani. Przynajmniej, myślałem, jako nagrodę pocieszenia
      odbędę pierwszą od czasu dziecinnych wakacji wyprawę poza kontynent.
      Rzeczywiście, na wschodnim brzegu Bosforu, już w zapadającym mroku, wzruszyła
      mnie tablica „Welcome to Asia”. Dokładnie taka, jaką niektórzy chcieliby
      postawić przy zjeździe z Mostu Poniatowskiego na Pragę.

      Kiedy mój kierowca zaczął robić dziwne znaki zrozumiałem że pyta, gdzie ma mnie
      wysadzić. Skoro mój powrót pieszo był nieaktualny, powtórzyłem manewr z mapą i
      dziesięciodolarowym banknotem, tym razem domagając się powrotu do Europy przez
      Boğaziçi Köprüsü. Kluczyliśmy trochę przez dzielnice Kandỉlỉ i Çengelköy, zanim
      w końcu znowu nie znaleźliśmy się nad oblewającymi kontynent wodami. Do Europy
      nie udało mi się wejść, to przynajmniej tam wjadę. Ale na brzegu który nie wiem
      czy mogę nazwać za innymi rodzinnym, w miejscu gdzie godzinę wcześniej nie
      udało mi się wydostać na most, nie było tablicy „Welcome to Europe”.
    • wowa44 jeden dzień w Amsterdamie 20.12.02, 11:45
      Wczesny wieczór 18 grudnia. Prowadzony za rękę przez publiczny terminal, na
      przykładzie „Ratusza na Tamie” dowiaduję o ewolucji kompozycji w malarstwie
      nieznanego mi dotąd Gerrita Berckhyede. Początkowo ludzkie sylwetki były tylko
      uzupełnieniem budynków, których chwałę głosił. Z czasem Berckheyde zaczął
      grupować postacie i przy okazji każdej grupy opowiadał jakieś anegdoty.

      Ale nie jestem w galerii. Stoję w sektorze zajmowanym przez Rijksmuseum, w
      pasażu zwanym Holland Park na amsterdamskim lotnisku Schiphol. Tylko że
      Schiphol tylko po części jest tego dnia lotniskiem. Tak naprawdę, jest przede
      wszystkim wielkim domem towarowym.

      Pusta walizka, z którą przyleciałem rano z Warszawy, jest już pełna; dokonałem
      cudów pakując do niej wszystkie te butelki, buteleczki, kartony i pudełka.
      Wszyscy dookoła wpadli chyba na ten sam pomysł. Trwa ostatni przedświąteczny
      tydzień; oprócz dzisiejszego dnia, na zakupy został już tylko czwartek i
      piątek. Terminale drgają konwulsyjnie, w miarę jak drogi przemierzających
      kontynent pasażerów krzyżują się w zimny, pogodny, niderlandzki wieczór. Pod
      kiczowatym niebiesko-czerwonym niebem większość podróżnych kończy właśnie
      ostatnią tegoroczną podróż. Nerwowo sięgają do swoich kieszonkowych
      kalendarzyków, do srebrnych palmtopów, do zapisanych w telefonach notatek, do
      wydrukowanych e-maili, do wyciąganych z kieszeni serwetek z baru, na których
      zapisali przychodzące w ostatniej chwili do głowy pomysły na świąteczne
      prezenty. Niezależne od tego czy nosza garnitury czy podróżują smart-casual
      zapominają o skończonych właśnie spotkaniach, o dopinaniu przyszłorocznych
      planów sprzedaży, o finalizowaniu budżetów, o pierwszych szacunkach
      zamykających rok bieżący, o ostatnich przygotowaniach do noworocznych wdrożeń.
      Przypominają sobie o tych, dla których za chwilę zaczną szukać kolorowych
      butelek, pachnących pudełek, grzechoczących misiów. O teściu, z którym warto
      poprawić stosunki, o siostrze, która do tej pory nie mogła odżałować pieniędzy
      na niepotrzebne luksusy, o kolegach z pracy, którym miło jest zrobić przysługę,
      o kilkuletniej córce chrzestnej, która bardziej od lalek lubi misie, o znajomym
      ze studiów, którego przyjemnie jest zażenować eleganckim drobiazgiem.
      Dyrektorzy finansowi, szefowie sprzedaży, kierownicy działów marektingu,
      administratorzy systemów i project managerowie zmieniają się w ojców, meżów i
      zięciów, w siostry, babcie i córki. W charakterystycznych żółtych
      reklamówkach „see-buy-fly” lądują sympatia, pycha, miłość, złośliwość,
      przywiązanie, litość, przyjaźń, rutyna, nadzieja, obowiązkowość, radość,
      próżność, sentyment albo skąpstwo. Panie w czarno-żółtych bluzkach nie mogą
      nadążyć z pakowaniem, zatykają się autoryzujące plastikowe transakcje terminale.

      Już niedługo ogłoszą KLM na Okęcie; trzeba będzie przedrzeć się przez halę
      główną, a potem zniknę z tej kompozycji. Wesołych Świąt.
      • wowa44 angielskie ptaki 22.02.03, 17:45
        Angielskie ptaki śpiewają przed świtem. Nie trzeba wychodzić na zewnątrz żeby
        usłyszeć, jak pomimo ciemności lekceważą sobie nocną ciszę. Kiedy przechodzę
        przez rachityczny trawniczek przed domem milkną na chwilę, a wtedy przez moment
        słychać tylko budzące się w sąsiedztwie elektryczne czajniki. Kilkadziesiąt
        minut potem, kiedy stoję już na peronie podmiejskiej stacji, mam jeszcze tę
        rozmowę w uszach.

        We wieczornej prognozie pogody zapowiadali bardzo silne wiatry i chyba
        się nie pomylili; słychać, jak nad peronowym zadaszeniem uparcie i bardzo
        głośno łomoce jakiś słabo przymocowany kawał blachy. Poranne rozespanie i nagłe
        podmuchy sprawiają, że choć przecież jest kilka stopni powyżej zera, trzęsę się
        z zimna. Jako przyjezdny bez znajomości rozkładu jazdy jestem oczywiście za
        wcześnie. Pociąg będzie za kwadrans. Peron zaczyna się gwałtownie zapełniać
        dopiero na krótko przed przyjazdem składu. Wszyscy mają czas swoich przemarszów
        dokładnie wyliczony. Lekkomyślnie stracone 10 minut oznaczałyby zaprzeczenie
        tych wszystkich skomplikowanych kalkulacji, których elementami są powierzchnia
        ogrodu, ilość sypialni, czas dojazdu i wysokość rat, a których elementem
        końcowym jest doskonale wymierna jakość życia.

        Z południowych okolic obwodnicy M25 dojeżdża się do centrum Londynu w
        około pół godziny. Jak wszędzie na świecie, ci wsiadający na stacjach bliżej
        celu płacą za krótszą podróż brakiem miejsc siedzących. Usiłując nie zaglądać
        sąsiadowi w ucho, jedną ręką trzymają się uchwytów, a drugą sprawnie
        przewracają strony swoich gazet. Jeśli zaczęli od końca dowiadują się w jakch
        okolicznościach Chelsea pokonała poprzedniego dnia Leeds; jeśli zaczęli od
        początku poznaja nową kolekcję bielizny znanej piosenkarki. Ale w okolicy
        Clapham Junction tłok jest już zbyt duży, żeby dało się cokolwiek czytać.

        Po przyjeździe na dworzec, kiedy jest już jasno, tłum wylewa się na most.
        Niekończące się kolumny zgiętych w pół i walczących z wiatrem postaci, zasilane
        kolejno przybywającymi pociągami, płyną w kierunku Strandu. Beznadziejna
        banalność nasuwających się w takich momentach skojarzeń jest jednak niczym w
        porównaniu z ich obezwładniającą siłą. Monstrualne młyny wydają się mielić
        dokładnie i bezwzględnie, a ich wir wciąga kolejno prążkowane garnitury i
        wełniane żakiety. A jednak, mimo wszystko, znowu spotkają się wieczorem. I
        wszyscy będą uważać, żeby przy układaniu swojego wieczornego równania nie
        przegapić wiewiórki w podmiejskiej alejce, przebiegającego za zakrętem lisa,
        czy czekających na drzewie przed domem ptaków.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka