wowa44
17.03.02, 11:06
Start był nieco po 9 rano, przy bezchmurnej pogodzie i lekkim mrozie. Słońce
świeciło tym charakterystycznym światłem, jakie można zobaczyć tylko na północy
Europy, na ziemi leżały jeszcze długie cienie, a na trawie wokół pasów
startowych błyszczał szron.
Wraz z nabieraniem wysokości rozrastały się Helsinki, szerokie, rozłożyste, a
jednocześnie niskie, rozrzucone między lasami i zagajnikami. Finlandia była
jeszcze biała, lasy tonęły w szadzi a jeziora stały ścięte lodem. W meandrach
linii brzegowej, tysiącach wysp, wysepek i zwykłych wystających z wody kamieni
trudno było powiedzieć gdzie kończy się ląd a zaczyna morze, tym bardziej że
zaśnieżone brzegi niewidocznie przechodziły w pokrytą lodem wodę. Dalej w głąb
zatoki morze miało z wysoka fakturę lekko chropawego plastiku, niebiesko-
szarego choć jeszcze nie granatowego. Po nim, zgodnie z osią naszego lotu,
kursował już pierwszy prom do Tallina, a prostopadle do niego jakiś samotny
drobnicowiec z Petersburga.
Samolot był niemal pusty, więc korzystając z tolerancji fińskich stewardess,
kursowałem między lewym a prawym oknem. Siedząc po lewej stronie trzeba było
nieco opuścić zasłonę, bo pomarańczowe słońce świeciło prosto w oczy, a drugie
odbijało się w wodach Zatoki Fińskiej. Po prawej stronie rozciągał się po
horyzont otwartego Bałtyku nieskończony archipelag, kulminujący gdzieś daleko w
widocznych zapewne, choć trudnych do zidentyfikowania Wyspach Alandzkich,
zwodniczej obietnicy pierwszego i ostatniego sukcesu Ligi Narodów, mekce
żeglarzy i zwolenników autonomii terytorialnej, ojczyźnie ballad Eivor
Lindstrom.
Nad południową częścią Zatoki leżał wał chmur, na szczęście niezbyt gęstych.
Nie pozwolił on podziwiać północnej linii brzegowej Estonii, słynnej ze swoich
ponurych, kamiennych klifów. Na szczęście chmury skończyły się niemal tuż nad
Tallinem, który pozostał prawe dokładnie pod samolotem. Z góry widać było
dobrze port, zatoki i półwyspy peryferii miasta, blokowiska na przedmieściach,
a także tyleż charakterystyczne co brzydkie wieżowce hoteli Viru i Olumpia.
Samolot nabrał już swojej wysokości przelotowej, a chmury zniknęły całkowicie.
Z okien samolotu rozciągał się widok w promieniu ok. 150 km. Z lewej strony
widać było niemal całą Estonię, od stołecznego rejonu Harju po biedne,
rosyjskojęzyczne Virumaa i ogromny, błyszczący w słońcu na dalekim horyzoncie
płat jezior Pejpus i Czudzkiego. Z prawej strony równolegle do naszego lotu
przebiegała linia brzegowa, a za nią wyspy Ozylia i Dago (albo, jak kto woli,
Hiiumaa i Saaremaa), tragicznej jesieni 1944 roku opuszczone przez swoich
szwedzkich mieszkańców. Były tak płaskie, że wyglądały jak rudo-brązowe plamy
wprasowane w płaszczyznę niebiesko-sinego morza.
Linia brzegowa z prawej strony przybliżała się miarowo, aż przelecieliśmy nad
zabudowaniami podupadającego portu w Parnawie i znaleźliśmy się nad szerokimi
wodami Zatoki Ryskiej. Na jej środku brązowiła się rudymi trawami i iglastymi
lasami słynna wysepka, z powodu której w komicznym konflikcie Estonia i Łotwa
odwoływały nawzajem swoich ambasadorów. A na dalekim horyzoncie pojawił się już
północny cypel Kurlandii, magicznego kraju gdzie wśród zamków inflanckiej
szlachty niemieckie trolle rozmawiają z łotewskimi duchami drzew i kamieni. W
ciągu kilkunastu minut cypel rozrósł się w szeroki półwysep, którego zachodni
brzeg z trudnością zaledwie dawał się zidentyfikować gdzieś na horyzoncie. To
właśnie obraz tych płonących ojczystych brzegów pozostał na zawsze w pamięci
żołnierzy łotewskich dywizji Waffen SS, którzy wiosną 1945 ostatnimi statkami
opuszczali kurlandzki kocioł.
Przesiadłem się na lewo. Na dole wyraźnie błyszczała już w słońcu Dźwina,
płynąca ku nam z morenowych wzgórz Białorusi. Przed Rygą, spiętrzona tamą,
rozszerzała się gwałtownie, a jej wody zalewały łąki, na których wieki temu
polska armia święciła swój bodaj największy militarny triumf wszechczasów.
Wylecieliśmy znad Zatoki Ryskiej znów nad ląd, przecinając szerokie,
piaszczyste plaże nadryskich uzdrowisk, z Jurmałą na czele. Tu odpoczywali
radzieccy notable w odgrodzonych od świata kompleksach, tu bawi się obecnie
mafia, którą Łotysze nazywają rosyjską a Polacy łotewską. Pod samolotem Ryga,
ogromny pylon podwieszanego mostu spinającego odległe brzegi Dźwiny,
charakterystyczna wieżą telewizyjna na jednej z wysp na rzece; niestety nie
udało mi się dostrzec z powietrza bodaj najpiękniejszych budynków tej części
świata, czerwonoceglanych pomników hanzeatyckiego gotyku.
Lecimy nad Zemgalią, a tymczasem dalej na lewo zaczynają błyszczeć w lasach
jeziora Łatgalii, tego smutnego, melancholijnego kraju gdzie poezja jest tak
gęsta, że w mroźnej ciszy marcowego poranka można zobaczyć, jak osadza się na
drzewach. Granica łotewsko-litewska umyka gdzieś niezauważona. Z prawej pod
nami jakieś większe miasto – chyba Szawle, z pasem startowym lotniska na
przedmieściu. Lecimy historycznym pograniczem Żmudzi i Auksztoty, przecinamy w
poprzek autostradę z Wilna do Kłajpedy. Nad krajem naszej miłości i nienawiści
poranek przechodzi w przedpołudnie, w wioskach ludzie idą do kościołów a w
miastach młodzież budzi się na popiątkowym kacu.
Wytężam wzrok, żeby zobaczyć Kłajpedę, ale widoczność spadła już do najwyżej
100 km; udaje mi się jedynie zidentyfikować piaszyczyte plaże Mierzei
Kurońskiej, które swoimi jasnymi kreskami nieznacznie odróżniają się od sino-
szarego horyzontu. Tymczasem z lewej wynurza się kolejna rzeka z narodowej
mitologii; błyszczy między zabudowaniami Kowna, przecięta mostem do Aleksoty, a
potem rozlewa się szeroko w Kowieńskie Morze, zasilając największą w tej części
Europy elektrownię wodną. Wypatruję dalej na wschodzie, ale nie wiem czy zdaje
mi się, czy też rzeczywiście widzę Miłe Miasto, niestety rozpoznawalne nie po
wieżach swoich kościołów ale po dymach z okolicznych zakładów przemysłowych.
Przekraczamy Niemen i lecimy już nad historyczną Suwalszczyzną. Po prawej rzeka
płynie prosto na Zachód, staje się granicą rosyjsko-litewską i zmierza dalej,
do miast którym wiele zawdzięcza współczesna literatura tak niemiecka jak
litewska. Po lewej zakręca, przez jakiś czas kręci swoje meandry równolegle do
naszego lotu, na linii starych fortów rosyjskich, kulminujących w widocznej
dobrze Olicie, po czym znowu odbiega gdzieś na lewo, na wschód, ku pagórkom
Mińszczyzny. Tymczasem pod nami jakieś większe miasto – nie wiem, jeszcze
Mariampol, Suwałki czy może już Augustów. Tracę na parę chwil orientację gdzie
jestem, umyka mi gdzieś Grodno, które powinno być przecież dobrze widoczne po
lewej stronie.
Wkrótce teren pod nami pustoszeje, nikną pola, drogi i osiedla, zaczynają się
pustkowia łąk i wód; to Kanał Augustowski. Rozlewiska, zakola, starorzecza i
bagna stają się coraz szersze wśród rudo-brunatnych traw, jesteśmy już nad
Biebrzą, królestwem ptaków. Dobrze widoczny most w Ossowcu, gdzieś przed nami
zaczyna błyszczeć Narew. Zbieg obu rzek jest doskonale widoczny, przy czym z
góry wydaje się, że to raczej Narew wpada do Biebrzy. Dalej Wizna, miejsce
daremnej wrześniowej chwały, po czym Narew z Łomżą i Ostrołęką chwilowo znika
po prawej stronie samolotu. Wkrótce wraca po lewej, tym bardziej że z lewej
strony zgłasza się kolejno Bug, znacznie mniej od Narwi imponujący. Pojawia się
zbieg obu rzek, Zalew Zegrzyński, Pułtusk i Serock, aż wreszcie, po Dźwinie,
Niemnie, Biebrzy, Narwi i Bugu od Wschodu przypływa Wisła. Czasy gdy jeszcze
Gloger opisywał nieprzeniknione wody Bugonarwi, toczącej ciemnie muły Podlasia,
i przeciwstawiał je jasnej, unoszącej piaski Mazowsza Wiśle, już dawno minęły.
Obecnie obie rzeki mają te same kolory; u ich zbiegu jaśnieje w słońcu rosyjski
spichlerz naprzeciw modlińskiej twierdzy, nieco dalej mosty nowokazuński i
zakroczymski.
Samolot znacznie już obniżył lot, widoczność jes