typek1
23.05.02, 23:27
Jechałem ze swoim klientem spokojne 80-100 km/h, Jeep Grand V8, pofałdowana
szosa przez las, dyskutujemy o sprawach zawodowych. Dojeżdżamy do wzniesienia
gdy nagle wypada wprost na nas (po naszym pasie) białe auto wyprzedzające
jakiegoś starego Jelcz z przyczepą. Brak utwardzonego pobocza, z obu stron
blisko dorodne drzewa. W ułamku sekund klient po hamulcach, auto z naprzeciwka
rozpaczliwie "przytula" się do Jelcza, klient delikatnie prawymi kołami wjeżdża
na dziurawe, zapiaszczone pobocze. Auta mijają się na centymetry (ten z białego
do tego jeszcze przeraźliwie trąbi). Mojemu kierowcy z trudem udaje się nie
zarzucić i wrócić na asfalt.
Naprawdę ciekawe zaczęło się dopiero teraz. Klient natychmiast zawraca i szybko
dogania białe auto, jak się okazuje Nubira z kratką, jakieś nieduże logo na
drzwiach. Bez większych problemów udaje się go nakłonić do zatrzymania. Za
kierownicą facecik ok. trzydziestki. Mój klient wysiada z auta, podszedł do
tamtego i... walnął mu piąchą w maskę aż się wgięła! Gościu wyskoczył z
samochodu, klient do niego i... teraz walnął pięścią w jego brzuch. Jak tamten
się skulił, złapał go za głowę i fachowo rozpi... jego twarz na swoim kolanie!
Na koniec pchnął go i tamten stoczył się w trawę do rowu.
Dalszą drogę rozmawiał ze mną o sprawach zawodowych jakby nigdy nic. Ja się nic
nie odzywałem.