dziewczyna_mickiewicza
09.11.04, 09:25
zastanawiam sie od dwoch dni, jak o tym projekcie napisac. na powaznie?
srednio mozliwe traktowac powaznie gosci, ktorzy napisali i nagrali plyte w
jeden dzien, pod pseudonimem i wlasciwie publicznie nie przyznaja sie do
tego, ze zrobili cos takiego. plyte, ktorej w zaden sposob nie da sie odniesc
do ich wczesniejszych produkcji (moze minimalnie d-generation, ale naprawde
minimalnie), pomijajac etap mlodocianego pogrywania w zespolach punk
rockowych. tak wiec plyta dla jaj. no chyba tak. powrot do korzeni z
przymruzeniem oka, wysmianie samych siebie i wszystkiego, co dookola. niejaki
warren peace i irving plaza (juz same pseudonimy swiadcza o tym, na ile
niepowazny to projekt) odpowiedzialni za brzmienie i teksty, oraz czesc
wokali, a takze jim beahm i rick o'shea - ta czworka wspolnie nagrala cos, co
okreslic mozna jako punk-rock/hardcore-punk/punk-for-fun, czyli podwojna
ep'ka zatytulowana "we are f*** you/punk's dead, let's f***". pol krolestwa
dla tego, ktory pokaze mi plyte o bardziej kretynskim tytule,
beznadziejniejszej okladce i bardziej porabanych autorach;) a mimo to tych
dwudziestu piosenek naprawde da sie sluchac. i, mozecie mi wierzyc, nie pisze
tego dlatego, ze warren peace i irving plaza to artysci, ktorych w
ich "regularnym" wydaniu, na spokojniej i mniej wariacko obu uwielbiam - to,
co jest na debiucie the finger nijak sie ma do ich przeszlosci artystycznej,
trudno nawet rozpoznac, ktory z nich w danym momencie jest na wokalu..
kawalki sa rozne - sa typowe gitarowe wyscigowki, gdzie wlasciwie chodzi
tylko o predkosc i nic wiecej, bo tekst jest tak niesamowicie glupi, ze az
sie czlowiek zastanawia, czy da sie glupiej. jest troche darcia mordy, ktore
polega na wykrzykiwaniu pretensji, pol zartem pol serio. a jest kilka
kawalkow, ktore potwierdzaja, ze tego albumu nie nagrala grupka malolatow z
przedmiesc ale goscie, ktorzy mimo calej tej maskarady, wykorzystuja zdobycze
starego dobrego punka, by stworzyc cos naprawde fajnego. takie "what is it"
na przyklad. i okreslenie "fajny" jest chyba najbardziej na miejscu: ta plyta
nie jest ani odkrywcza, ani powazna, ani o rozterkach zyciowych czy
wychodzeniu na prosta po etapie "kolejna zlamala mi serce". nie jest
logiczna, zupelnie brak w niej jakiegos konkretnego sensu, jest wlasciwie
rejestracja na zywca kilku luznych pomyslow i zakladam ze w wiekszosci
improwizowanych, szkolniackich tekstow. jest brudna, chaotyczna, glosna, bywa
glupia, bywa kretynska, moze okazac sie nie do przelkniecia po pierwszym
przesluchaniu - byc moze, osobiscie nie narzekam. jest w niej jakis taki
szczery power, moze wynika z bezposredniosci, totalnego odejscia od
czegokolwiek, co moze byc nazwane mainstreamowym - to taki przyklad na to, ze
komercjalni i najbardziej medialni mlodzi bardzi ameryki potrafia nagrac cos
alternatywnego. bo the finger to naprawde alternatywa...do bolu;)))