pagaj_75
07.08.06, 23:59
W pierwszych słowach mojego listu nie zawaham się użyć określenia, które w
wielu z Was pewnie wywołuje odruch wymiotny, i słusznie. Smooth jazz. No nie
bójmy się pewnych słów. Jest takie coś. Rozpleniło się w ostatnich latach
niemożebnie, a określić je można w sumie jako smętne pitolenie dla ludzi,
którzy tak naprawdę jazzu nie lubią. Smooth jazz to jazz wykastrowany,
pozbawiony żądła, atmosfery eksperymentu. Ale nie mówmy już o ulubieńcach
Marka Niedźwieckiego, za to pomówmy o zespołach w typie niemieckiego
Kammerflimmer Kollektief czy australijskiego Trioska. Bo właśnie określenie
smooth jazz przychodzi mi na myśl słuchając ich twórczości.
Dla niezorientowanych - Triosk to jazzowe piano trio z kraju kangurów, które
wykazuje przedziwną słabość do zabaw komputerami. Bodajże w roku 2001, czyli
krótko po powstaniu, panowie skumali się z przebywającym akurat na antypodach
(w ramach światowego tournee, hehe) Jankieem Jelinkiem. Spotkanie zaowocowało
korespondencyjną współpracą - taśmy lub pliki kursowały między Berlinem a
Sydney, muzycy dogrywali do nich nowe partie, przetwarzali stare - aż wreszcie
światło dnia ujrzał (w 2003 roku) nakładem berlińskiego labela ~scape album
"1+3+1" sygnowany nazwą Triosk meets Jan Jelinek. Kilka miesięcy póżniej
ukazał się już samodzielny debiut tria, "Moment Returns", z nagraniami
powstałymi w tym samym czasie, ale do których Jelinek już ręki nie przyłożył
(choć australijczycy użyli kilku sampli z "loop-finding-jazz-records"). Muzyka
zawarta na tych wydawnictwach z jednej strony ma niewątpliwie jazzowy feeling,
choć brak w niej dzikich solówek, palców rozbieganych we wszelkich możliwych
kierunkach na instrumentach. Ma również posmak elektronicznego eksperymentu,
tak charakterystyczny dla twórczości Jelinka. A teraz, po dwóch latach,
Laurence Pike (bębny), Adrian Klumpes (klawiszologia) i Ben Waples (basssss)
wracają z nowym, całkiem przyzwoitym albumem.
Dziwna trochę to płyta w porównaniu z wcześniejszymi. Jakby koledzy starali
się dogodzić wszystkim, zapominając, że to raczej niemożliwe. Z jednej strony,
jest to chyba najbardziej melodyjna z ich propozycji. Otwierające całość
"Visions IV" brzmi tak, jakby mógł brzmieć - bo ja wiem - Pat Metheny
powiedzmy, gdyby tylko nie lukrował i nie dopieszczał do przesady wszystkiego
co robi. Z drugiej mańki, mamy też solidną porcję tzw. stukania w słoik,
również w sensie niemal dosłownym - kolega perkusista pokazuje w kilku
nagraniach, że sroce spod ogona nie wypadł i czaruje uderzeniami w blachy w
sposób iście rasowy. Tak jak Germanie ze wspomnianego Kammerflimmer
Kollektief, Triosk wolą raczej spokojne budowanie nastroju, choć ów podszyty
jest sporą dawką niepokoju. Z pewną drobną różnicą. Tak jak Niemcy lubują się
najwyraźniej w sportach ekstremalnych i na takim "Absencen" próbują wypływać
kutrem rybackim na pełne morze w czasie sztormu, ot tak, żeby zobaczyć coś się
stanie, tak rodacy Kylie Minogi wolą zabrać nas drewnianą łódką na przejażdżkę
nocą po jeziorze w poszukiwaniu Potwora z Loch Ness.
Pierwsza rzecz, która się rzuca w uszy - koniec z Jelinkiem. Niemal brak tych
zadumań nad najmniejszym nawet trzaskiem czy szumem winylowej płyty.
Elektronika wtopiła się w brzmienie tria tak, że jest prawie niezauważalna,
ale nadal kreuje wieczorny klimat tak, jak to miało miejsce na "Moment
Returns". Rzecz numer dwa - wspomniana już większa pewność w konstruowaniu
melodii, czy też kompozycji w ogóle. Weźmy takie "Lazyboat" - jedenaście minut
niby nieśmiałego błąkania się palców po klawiszach fortepianu, na tle
jednostajnego buczenia z laptopa, które jednak ani przez chwilę nie nudzi
dzięki niezłemu wyczuciu grajków. Albo "Not to Hurt You" - piękna, choć
szczątkowa zagrywka Klumpesa, z czasem umiejętnie psuta stukaniem coraz
bardziej rozochoconego perkusjonisty. Ale mamy też odwrócenie schematu - "Lost
Broadcast" - genialne w swej prostocie i banalności budowanie pięknych
harmonii (i snującego się w tle prościutkiego tematu syntezatora) wypływające
z początkowego pikania pianina w alfabecie Morse'a. Albo zamykacz, "Fear
Survivor" - zaczynający się niespodziewanym atakiem przesterowanego hałasu, z
którym mozolnie, ale cierpliwie walczy (i wygrywa!) spokojny i prosty do bólu
temat Adriana.
Dziwna, ale śliczna to płyta, więc nie wybrzydzajmy. Zwłaszcza, że poziom
nowości w tym roku nas nie rozpieszcza. Posłuchajcie sobie tej i
wcześniejszych płyt Kangurów, bo tak jak nasi zachodni sąsiedzi z KK grają oni
smooth jazz dla ludzi, którzy smooth jazzu organicznie wręcz nie cierpią.