aimarek
21.08.06, 17:51
Kontynuujemy ice-making pod adresem najlepszego zespołu w historii rodzimej
fonografii (jeśli ktoś uważa inaczej, to oczywiście ma do tego prawo, a nawet
może wyrazić swoje zdanie, ale z całą pewnością nie ma racji). Tym razem
mordercza batalia o tytuł naszego ulubionego (niekoniecznie "obiektywnie"
najlepszego) kawałka.
10. "Spychacz"
"Dni wiatru" dostałem pocztą na cd-rze od przyjaciółki, Basi o słodkim głosie.
Oprócz Ścianki wysłała mi też wtedy "Uwaga jedzie tramwaj" i z tych dwóch płyt
początkowo bardziej do gustu przypadło mi LV. "Dni wiatru" z razu wymykały się
ocenom. W 2001 roku, słysząc nadjeżdżający spychacz, wszyscy uciekaliśmy pod
łóżka. W 2002 puszczaliśmy go na imprezach w akademikach, budząc popłoch wśród
wychowanych na Farben Lehre, prowincjonalnych harcerzy.
9. "Chudy"
Jeden z wielu wybitnych kawałków na debiucie. Z pozoru konwencjonalny garażowy
numer, ale sprawdźcie ile tam się dzieje. Nerwowa gitara, charakterystyczne
Cieślakowe stękanie, potem jakieś start-stopy i wreszcie w trzeciej minucie
utwór zaczyna łopotać swoimi diabelskimi skrzydłami niczym frontman Lordi.
8. „Sopot”
Kawałek, który łapałby się na podium w zawodach Yo La Tengo, ale Ścianka to
dużo lepszy zespół, więc tylko miejsce 8.
7. "Piotrek"
To, co wydawać by się mogło (i początkowo wydawało) jakimś chorym, nudnym
żartem, jawi mi się teraz jako klucz do twórczości i artystyczne credo
zespołu. Poza tym zaskoczyła mnie informacja, że głosu Piotrkowi użyczył sam
Cieślak. Wyobrażałem sobie, że raczej robili casting na lektora w czasie
jakiegoś warsztatu terapii zajęciowej.
6. „Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu”
Jedyna konwencjonalna piosenka na „Panu Planecie”, chwilami przypominająca
numer 3 ze „Statku”, gdyby nie te żrące mózg gitary. Zarekomendowałem ten
kawałek swojemu slsk-owemu znajomemu z La Coruny. Zmoczył gacie, po czym
zassał cały album. W Galicji znają się na dobrej muuuzie.
5. „19 XI”
Najpiękniejsza ze Ściankowych ambientowych mgiełek. Minimalistyczna perła,
której tytuł jest dla mnie zagadką (anyone?), ale ostatnio odkryłem, że akurat
19 listopada (i to 2001 roku) zarejestrowałem się w serwisie Allegro :|
4. „Czerwone kozaki”
Dobitne świadectwo niezrównoważenia psychicznego Ściankowców i najbardziej
efektowny moment debiutu. Szalona wyprawa, w trakcie której dzieje się więcej
niż w całej dyskografii Myslovitz (Dlaczego akurat Myslovitz? Nie wiem.
Odczułem nagłą potrzebę dowalenia temu zespołowi.)
3. „The Iris Sleeps Under The Snow”
Piosenka z gatunku tych do słuchania NA REPEACIE. Nie zdarza mi się, żebym po
jej wysłuchaniu, nie miał ochoty zrobić to ponownie. Wrzucona pomiędzy dwa
najbardziej agresywne na „Dniach wiatru” utwory, „Iris” staje się łagodnym
kontrapunktem dla ich szatańskiej energii. Jest pieśnią prosto z Białej Chaty,
momentem, w którym Bob na chwilę przestaje zabijać. Poza tym <blog mode on>
wybitnie ewokuje mi pierwsze spotkanie z moją ówczesną Miłością, jak to
odprowadziłem ją po imprezie na przystanek, staliśmy tak na mrozie, jej oczy
błyszczały, nosek odmarzał, a śnieg padał na płaszczyk i włosy... och... ;(
<blog mode off> Ja byłem wtedy nawalony <palacz>
2. „Wichura / Głowa czerwonego byka”
Trudno się nie jarać tym ekscytującym ożenkiem dzikiej energii i posępnego
katastrofizmu odwołującego się do tak istotnych dla historii współczesnej
wydarzeń jak śmierć Jana Pawła II i tryumf Chicago Bulls nad Phoenix Suns w
finałach roku 1993.
1. „Miasta i nieba”
„Białe wakacje” to najmniej lubiany przeze mnie album w dyskografii Ścianki,
ale to akurat z niego pochodzi mój prywatny numer 1 pośród dokonań
trójmiejskiego bandu. Pierwsza, dość archaicznie brzmiąca część utworu na
drodze jakichś dziwnych asocjacji łączy mi się z pismami Carlosa Castanedy.
Przerasta mnie jednak sposób, w jaki to wszystko później mutuje i jak z plamek
Lachowicza wyłania się i konkretyzuje urywająca łeb*,
późnosonicyouthowo-acidmotherstemplowa zamieć. Nie wiem do końca o czym jest
ta piosenka, ale dla mnie chyba o zapadaniu się w siebie, stopniowym
zanikaniu, postępującej depersonalizacji i autyzmie. Koniec miszczostw. Do
widzenia.
* - motyw dekapitacji okazuje się tu kluczowy; zagubioną przez „bezgłowego
byka” łepetynę, „Wichura” zwiewa nad niebo innego miasta z kolejnej płyty