cruach
06.08.02, 13:05
PRIJE RATA
Rok 2000 był to dziwny rok, w którym rozmaite cheruby, kłosy w brodzie Boga, odlatywały, aby
zwiastować szarość i nijakość. Z początkiem komputery nie zbiesiły się McDonaldowi, przez co
wszystko przedawano jak dawniej, przy czym z nowości narkoburgery z szarańczy, żab i reszty plag.
Lutym zdarzyło się mojemu Dziadkowi wielkie zaćmienie krwi i odjechał na Wieczne Pola. Na polach
heksagonalnych szachów, wkrótce potem, przegrałem z Ojcem kolejną dekadę, on się odmładzał a ja
się starzałem, do czasu kiedy ja stałem się ojcem a on synem, bo wtedy to mnie przypadała nagroda.
W Warszawie widywano nad miastem barwne partyjne baloniki i samoloty ogniste w obłokach, które
nowiny pospolite i anorektyczne woziły. Brat dostał spółdzielczą klatkę złotą, przez co złuszczył
współbyt z rodzicami i zapomniał o nich tak, jak o endometrium. Plaga bezdzietności spadła na pola i
dzieci nie rodziły się kilka razy szybciej niż poprzedniej. Wreszcie i zima stanęła konnicą śnieżną tak
lekką, że górnicy z papierosami w zgrubiałych od pracy wargach zatarasowali rolnikom drogi, ale nic
to, rząd rozdał darmo środki masowego przykazu i wrócili się tamci kornie do telewizorów i kredytów.
Senność wystąpiła z brzegów, masoneria rozlała po dendrytach a Sartre zapadł zielonym szlamem po
sumieniach. Zapach napalmu nie wieszał się świtaniami na drucie z kolczatek. Roje liter po
pasiekach zaczęły burzyć się a mój długopis wyuczył się kolejnego faux pas. Oczy zaszły niepamięcią
a w jarze, gdzie kiedyś hodowałem dzikie serce nic się nie działo a jeno swąd spalenizny to mi
przypominał, by niewidomą marazmem żonę odrapać po sierści i wyjeść z niej czerwone sople winne
rozbiegane w mrówki.