Dodaj do ulubionych

Roztoczańskie opowieści...

11.08.03, 00:25
Przed chwilą wróciłem z weekendowego wypadu na Roztocze. Sporo sobie
obiecywałem po tym dwudniowym wypadzie na rowery, ale to co zobaczyłem
przerosło wyobrażenia. Pierwszego dnia przemierzyliśmy z kolegą 120 km jadąc
wzdłuż granicy z Ukrainą z Horyńca do Chotyńca i z powrotem. Drugiego 49 km -
pętla po rejonach na północny zachód od Horyńca. Więcej szczegółów w
najbliższym czasie...
Obserwuj wątek
    • aureliano.83 Re: Roztoczańskie opowieści... 11.08.03, 00:52
      ralston napisał:

      Pierwszego dnia przemierzyliśmy z kolegą 120 km jadąc
      > wzdłuż granicy z Ukrainą z HORYŃCA DO CHOTYŃCA i z powrotem.

      coś jak od Annasza do Kajfasza... ;)

      Czekamy na ciąg dalszy, a nawet dalsze ciągi...
      • ralston Małe sprostowanie :) 14.08.03, 13:11
        Właściwie, to winien jestem małe sprostowanie. Bo wyprawa, o której piszę tylko
        w części dotyczyła Roztocza. Większość zamieszczonych opisów, dotyczy miejsc,
        które w rzeczywistości leżą już poza geograficznym Roztoczem. Horyniec i
        Radruż, to jeszcze Roztocze, ale dawna Sieniawka, to już chyba początek
        Płaskowyżu Tarnogrodzkiego. Po Roztoczu jeździliśmy drugiego dnia wyprawy.
        Jeśli czas pozwoli, to parę opisów zamieszczę jeszcze w przyszłym tygodniu. Mam
        nadzieję, że ktoś to jeszcze czyta i że zanadto nie przynudzam...
        Jeśli tak, to dajcie znać.
    • ralston Radruż 11.08.03, 16:50
      Wyjeżdżamy z Lublina – pobudka czwarta rano, bez śniadania, pakujemy rowery na
      dach samochodu i jazda na Hrebenne. Dojezdżamy do granicy – niestety
      przeoczyliśmy skręt na Horyniec, wracamy – okazuje się że droga jest ślepa, bez
      przejazdu. Dopiero teraz zauważamy, że rzeczywiście na mapie drogowej droga
      urywa się kawałek za Hrebennem, co ciekawe – na mapie turystycznej można nią
      bez przeszkód dojechać...

      Próbujemy polnymi drogami– znowu mapa najwyraźniej kłamie, zapytany człowiek
      mówi, że musimy się wrócić do szosy na Tomaszów i w Lubyczy skręcić na Hutę
      Lubycką. Tym sposobem tracimy około godziny cennego czasu, a przecież przed
      nami dzisiaj długa trasa. Jedyny pożytek z tego błądzenia jest taki, że
      pomagamy grupce młodocianych turystów, którzy wstali wcześnie rano, żeby zdążyć
      na autobus do Horyńca. Zdążyli ale kierowca nie zatrzymał się... Zabieramy dwie
      osoby ze sobą. Pozostała trójka musi sobie jakoś poradzić. Na miejscu odwozimy
      dziewczyny pod szkołę, w której miało być, zgodnie z mapą schronisko
      młodzieżowe, ta jest jednak zamknięta na głucho. Kierujemy się do informacji
      turystycznej. Dowiadujemy się, że co prawda – owszem na mapie jest zaznaczone,
      ale schroniska nigdy w Horyńcu nie było. Nie ma już także pola namiotowego, bo
      gmina sprzedała grunt, na którym był camping. Na szczęście otrzymujemy namiary
      na jakieś trzy hoteliki i kilka kwater prywatnych. Okazuje się, że ceny za
      nocleg tu i tu są identyczne, tj. 20-30 złotych od osoby. Instalujemy się więc
      w najbliższym hoteliku. Po krótkich negocjacjach z właścicielem ustalamy stawkę
      na 25 złotych od głowy. Dostajemy całkiem miły pokoik, w którym szybciutko
      pakujemy sakwy rowerowe i ruszamy w trasę. Mieliśmy wyjeżdżać najpóźniej około
      pół do ósmej, tymczasem przez błądzenie i szukanie noclegu zrobiła się już 8:40.

      Kierujemy się na Radruż i po paru minutach jazdy docieramy do tej niewielkiej
      obecnie wioseczki. Przed wojną mieszkało tu blisko 2,5 tysiąca osób, głównie
      Ukraińców, dziś – może jedna dziesiąta tego... Na północnym skraju wsi
      odnajdujemy przepiękną, otoczoną kamienym murem XVI wieczną cerkiew pod
      wezwaniem Św. Paraskewii, a właściwie zespół cerkiewny złożony z samej
      świątyni, pięknej drewnianej dzwonnicy i domu batiuszki. Wszystko w bardzo
      dobrym stanie, gont na budynkach i na szczycie muru wygląda bardzo solidnie.
      Niestety brama jest zamknięta więc nie możemy obejrzeć wszystkiego z bliska.
      Zaglądam jeszcze przez szparę we wrotach, żeby obejrzeć dzwonnicę, ale niewiele
      da się zobaczyć...
      Po dwóch stronach cerkwii znajdują się stare cmentarze. Na nich podziwiamy
      stare, trochę już zniszczone, nagrobki – rzeźbione w piaskowcu krzyże i figury,
      dzieła mistrzów kamieniarskich z Brusna. Pośród mogił odnajdujemy również tę,
      ojca Wasilija Huczko, zamordowanego przez NKWD w lipcu 1944 roku.
      Ruszamy spod cmentarza i kierujemy się na południe. Docieramy do przysiółka
      Radruża i odnotowujemy pierwsze niepowodzenie. W Radrużu jest bowiem druga
      cerkiew, młodsza bo wybudowana kilka lat przed wojną, ale ponoć bardzo ładna.
      Niestety musiała być ukryta gdzieś w drzewach i nawyraźniej ją przeoczyliśmy. W
      związku z napiętym planem dnia (mamy do pokonania około 120 km) nie ma jednak
      czasu, żeby się wracać...
    • ralston In the middle of nowhere... 11.08.03, 22:27
      Za Radrużem przejeżdżamy przez mostek na Baszence i wjeżdżamy do lasu. Nie ma
      tu żadnego znakowanego szlaku niełatwo więc odnaleźć się w plątaninie ścieżek.
      Opisy w przewodniku są niezbyt precyzyjne, trzeba więc często korzystać z
      kompasu. Cóż z tego, skoro ścieżka, która na początku zdaje się prowadzić we
      właściwym kierunku, za chwilę zmienia swój bieg. Na efekty nie trzeba czekać
      długo. W pewnej chwili wyjeżdżamy prosto na... dwa słupy. Jeden pomalowany na
      biało-czerwono, drugi powinien być w kolorze żołto-niebieskim, ale widać
      Ukraińcy nie mają we zwyczaju malować swych słupów granicznych w barwy
      narodowe, bo ich słup jest po prostu szary. Trzeba pogodzić się z faktem, że
      wjechaliśmy na ścieżkę przeznaczoną wyłącznie dla pograniczników do
      patrolowania granicy. Trochę kusi żeby postawić nogę po tamtej stronie, ale
      lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że kilka razy słychać było z tamtej strony
      trzask pękających gałązek. Może to jakiś zwierz, ale co jeśli zwierz
      zagada: „Kudy wy jidete? Wasze prizwyszcze, imia?” Postanawiamy więc wracać i
      szukać innej drogi. Przemierzamy całkowicie zarośnięty młodym lasem, teren
      przedwojennej wsi Kuczery. Dziś jedynie kilka dzikich czereśni wskazuje na to,
      że kiedyś żyli i mieszkali tu ludzie. Według przewodnika powinien gdzieś tu
      jeszcze stać kamienny krzyż, ale nie udaje się go odnaleźć. Na szczęście mapa i
      kompas wyprowadzają nas w końcu na upragniony mostek nad Smolinką. Kończy się
      las i wjeżdżamy na łąki wsi o wiele mówiącej nazwie Huta Kryształowa. Z całej
      wsi najładniejsza jest... nazwa. Po prawej stronie mijamy jedyny chyba ciekawy
      budynek, prawdopodobnie starej gorzelni a dalej widać już tylko ponure,
      zdewastowane zabudowania PGR-u. Materiały budowlane, z których zostały
      wzniesione budynki gospodarcze pochodzą z rozebranej tuż po wojnie cerkwii z
      pobliskich Tymoszy, będących przysiółkiem Sieniawki. Ani Tymoszy, ani Sieniawki
      zobaczyć się już nie da. Zostały całkowicie zniszczone w trakcie powojennych
      wysiedleń...
      Na terenie należącym kiedyś do Sieniawki urządzamy postój pod starą jabłonką i
      postanawiamy zjeść śniadanie. Kiedy już kończymy dopijać: ja herbatę (pyszny
      Darjeeling) a Mariusz kawę, nagle zjawia się na rowerach trójka dzieci. Dwóch
      chłopców i dziewczynka. Najodważniejszy jest najmłodszy z trójki. Wypytuje nas
      skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Udziela rad – jak najlepiej dotrzeć do
      tajemniczej sosny o pięciu pniach – miejscu objawień Matki Bożej. Słuchamy z
      uwagą legendy o ukraińskim, czy rosyjskim żołnierzu, który chciał sosny ściąć
      ale zginął od własnej piły. Dowiadujemy się też, że niejaki pan Kucha (Kuchta?)
      który kaplicę zbudował, już nie żyje, ale ludzie z jego rocznika i owszem
      jeszcze niektórzy mają się dobrze. Opowiada też o samym objawieniu, które miało
      miejsce w czasie wojny. Wówczas to Matka Boża objawiła się żołnierzowi
      przykładajac mu dłoń do piersi i nakazała zbudowanie w tym miejscu kaplicy.
      Żołnierz początkowo myślał, że to sen, ale kiedy wieczorem zobaczył na swojej
      piersi ślad jakby dłoni, postanowił znaleźć jakiegoś cieślę, który kaplicę
      postawi. Znalazł Kuchę (Kuchtę) – ten prośby wysłuchał, ale ją zlekceważył.
      Dopiero kiedy i jemu objawiła się postać kobiety w białych szatach, wybudował
      kapliczkę pod sosną.
      Teraz my zadajemy pytania, skąd są dzieci, gdzie się uczą i po co tu
      przyjechały. Okazało się, że powodem jest jabłonka, pod którą siedzimy.
      Dzieciaki przyjechały zebrać jabłka. Dziwi mnie po co wzięły ze soba tyle
      worków, przecież przejeść tego nie sposób, kompotu tyle też nikt nie wypije.
      Najmłodszy znowu wyjaśnia – to na skup. Za 20 worków dostaną 120 złotych. A po
      co ktoś skupuje takie marne jabłka? – pytam. Jak to po co? Na jabole! –
      rezolutnie odpowiada mały... i cieszy się, że wygnietliśmy trawę pod drzewem,
      bo łatwiej bedzie zbierać jabłka. Życzymy więc udanych zbiorów i ruszamy dalej.
      Przejeżdżamy przez mostek na Nowej Rzece, mijamy Hołodówkę, Budomierz i
      docieramy do Krowicy, z której pochodzą spotkane dzieciaki. Tu w środku wsi
      można jeszcze zobaczyć resztki XIX wiecznej cerkwii św. Michała Archanioła.
      Wykorzystywana tradycyjnie – jako magazyn PGR, nie remontowana zawaliła się
      całkowicie. Na końcu wsi znajduje się drewniany kościółek katolicki z początku
      XX wieku. Zaś obok niedawno wzniesiony nowy kościół. Obraz wyjątkowej chyba
      pychy proboszcza, której dorównuje chyba tylko jego brak smaku Pierwszy raz
      widzę coś takiego – przed kościołem fontanna, białe rzeźby – nie wiadomo czy
      się śmiać, czy płakać raczej by należało...
      Krowica łączy się właściwie z następną wsią – Cetynią Hołodowską. Mijamy
      ostatnie zabudowania i wjeżdżamy znowu do lasu. I na nowo przychodzi walczyć z
      kopnym piachem, który chwilami zupełnie uniemożliwia jazdę. W lesie
      odnajdujemy wspomnianą przez dzieci sosnę. Rzeczywiście z jednego miejsca
      wyrasta pięć pokaźnych pni. U stóp sosny stoi wątpliwej urody kapliczka. Przed
      nią drewniane ławki – znak, że przychodzą tu ludzie i to chyba nawet licznie. W
      kapliczce ku mojej radości i niemałemu zaskoczeniu odkrywam reprodukcję obrazu
      Matki Boskiej Pacławskiej – z Kalwarii Pacławskiej na ukochanym Pogórzu
      Przemyskim. Na podłodze kapliczki leży zeszyt. W nim wiele wpisów. Są
      podziękowania, ale przeważają prośby: o zdanie matury, o dobrego chłopaka. Moją
      uwagę zwraca napisane dużymi, niezgrabnymi literami błaganie: „Boże spraw żebym
      nie stracił wzroku”...
      • anka1 Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 08:39
        takie opowiesci sa rownie dobre jak sniadanie podane do lozeczka :)
        pycha !
        Rals opowiadaj dalej !
        • marat69 Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 10:18
          anka1 napisała:

          > takie opowiesci sa rownie dobre jak sniadanie podane do lozeczka :)
          > pycha !
          > Rals opowiadaj dalej !

          Różne rzeczy o Ralsie można powiedzieć, ale oprócz jednego: że uciekał z lekcji
          polskiego
          :)))

          PS. Jeżeli wena twórcza Ralstona wymaga wspomożenia produktem końcowym procesu
          browarniczego, na pierwszy jego sygnał wysyłam mailem zgrzewkę Carlsberga.
          A drugą faxem; żeby mieć pewność, że przeszło...

          :)))))
          • awee Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 10:28
            marat69 napisał:

            > Różne rzeczy o Ralsie można powiedzieć, ale oprócz jednego: że uciekał z
            > lekcji polskiego
            > :)))


            A dlaczego nie....? ;) Mógłby być np genialnym samoukiem :))))


            • ralston Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 11:41
              Hehehe, zdarzało się i z polskiego uciekać :))) Może dlatego dziś zbieram słowa
              krytyki od żony za błedy stylistyczne, że o ortografii nie wspomnę...
              • awee Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 17:32
                ralston napisał:

                (....) Może dlatego dziś zbieram słowa krytyki od żony za błedy stylistyczne,
                że o ortografii nie wspomnę...

                ....mniemam, że na myśli błędy w wersji mówionej....:)
                • ralston Re: In the middle of nowhere... 12.08.03, 17:50
                  Ortografy w wersji mówionej jest popełnić nader ciężko. od czasu jak
                  przestaliśmy odróżniać w wymowie twarde 'h' versus 'ch'. Co innego
                  stylistyczne :) Ale niestety nie o mowę a o pisanie jej chodziło :((( Filolog
                  jest z wykształcenia więc wypada mi jej wierzyć :)
    • ralston Wielkie Oczy 12.08.03, 22:09
      Od pięciu sosen jedziemy lasem na południowy zachód. Szybsze tempo jazdy
      uniemożliwiają na przemian: miałki piach i błotniste kałuże. Po obu stronach
      drogi rozciągają się tereny bagienne. Na szczęście po paru kilometrach las się
      kończy i zaczynają się łąki, droga jakby nieco twardsza i już nie trzeba co
      chwilę zeskakiwać z siodełek. Głośna muzyka z nastawionego na pełny regulator
      magnetofonu dobitnie świadczy, że powróciliśmy pomiędzy ludzi. I rzeczywiście
      za chwilę wyłania się kilka chałup po lewej stronie a po prawej, pośród
      wysokich starych drzew, ukazuje się piękna drewniana cerkiew. Jesteśmy w Wólce
      Żmijowskiej a przed sobą mamy świątynię greckokatolicką z końca XVIII w. pod
      wezwaniem Narodzenia NMP. Żal patrzeć na spustoszenia, które poczynił czas i
      ludzie. Pierwotnie pewnie była kryta gontem, dziś straszy brzydka, nierówno
      położona blacha. Wzdłuż ścian ciągną się niskie, również kryte blachą okapy.
      Brak drzwi od strony prezbiterium pozwala wejść do środka. Wewnątrz, zgodnie z
      tym, czego się można było spodziewać nie ma nic. Brakuje ikonostasu i
      jakiegokolwiek wyposażenia. Gdzieniegdzie na ścianach da się jeszcze dostrzec
      resztki polichromii. Kiedyś te kolory musiały być bardzo żywe, dziś już ledwie
      dadzą się zauważyć na ciemnych, drewnianych belkach. W 1947 roku wywieziono
      stąd tych, którzy dbali o to wszystko i od tamtej pory cerkiewka chyli się z
      wolna ku całkowitej ruinie...
      Ruszamy dalej, kończy się droga gruntowa i zaczyna się asfalt. Przejeżdżamy
      przez wieś Żmijowiska i odnotowujemy kolejne po Radrużu większe niepowodzenie.
      Otóż znowu udaje się nam przegapić cerkiew! Zanim się spostrzegamy, Żmijowiska
      się kończą i docieramy do wsi o ciekawej nazwie Wielkie Oczy. Może to i dobrze,
      że minęliśmy tę cerkiew w Żmijowiskach. Według przewodnika jest w daleko
      gorszym stanie niż ta, oglądana w Wólce. Przez wiele lat służyła jako magazyn
      PGR. Wiem jak wyglądają takie obiekty z wędrówek po Pogórzu Przemyskim...
      Ale jesteśmy w Wielkich Oczach. Wieś budowano z rozmachem. Ma właściwie układ
      miejski: ulicę biegnącą koliście wewnątrz i pięć odchodzących od niej w
      różnych kierunkach dróg. W istocie było to kiedyś miasteczko, prawa miejskie
      utraciło jednak po I wojnie. Mocno też ucierpiało w czasie II wojny, zwłaszcza
      podczas ataku UPA w lipcu 1944 roku, kiedy to grupka Polaków przetrwała
      trwający do świtu atak dwóch ukraińskich sotni. Nad ranem i tak musieli opuścić
      spalone miasteczko i uciekać do nieodległego Radymna.
      Pierwszym charakterystycznym budynkiem, który rzuca nam się w oczy jest cerkiew
      greckokatolicka p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy. Nie jest tak stara jak te
      oglądane do tej pory, bo wybudowano ją w okresie międzywojennym, ale ma bardzo
      interesującą bryłę i konstrukcję. Pierwszy raz widzę cerkiew zbudowaną z
      pruskiego muru. Przynajmniej dolną część, bo górna, ośmioboczna jest drewniana
      i wieńczy ją blaszana, cebulasta kopuła. Całość jest niestety dość mocno
      zniszczona, ale ciągle do uratowania. Deski, którymi zabito drzwi do
      prezbiterium dają się trochę odsunąć, na tyle, że można się wsunąć do środka.
      Wewnątrz smutny obraz zniszczenia: gołe ściany, walają się jakieś cegły z
      resztkami zaprawy, kilka desek. Po 1947 roku był tu magazyn. Wykorzystuję
      porzucone materiały budowlane do zbudowania prowizorycznego statywu i robię
      zdjęcie wnętrza.
      Nieco dalej kolejny ciekawy budynek. Podobnie jak cerkiew - również zniszczony.
      Przez wybite witraże widać dziury w suficie, które świadczą o braku poszycia na
      dachu z drugiej, niewidocznej części budynku. Jest to dawna synagoga. W XIX w.
      Żydzi stanowili blisko połowę mieszkańców miasteczka.
      Z nieco mniejszym już zainteresowaniem oglądamy dawny dwór obronny z XVII w.
      później chyba wielokrotnie przebudowywany, obecnie siedziba władz gminnych,
      biblioteki i policji. Przypadkowo napotkany mieszkaniec opowiada nam o
      potężnych umocnieniach ziemnych, które kiedyś otaczały dwór a zostały zużyte na
      liczne budowy lub niwelację terenu w okolicy.
      Zaglądamy też do barokowego kościoła dominikanów p.w. Niepokalanego Poczęcia
      NMP, ale gdzież mu tam do białostockiego baroku...
      • anka1 Re: Wielkie Oczy 13.08.03, 08:42
        Rals a kiedy bedzie mozna zdjecia obejrzec ?
        • ralston Re: Wielkie Oczy 13.08.03, 09:38
          Dziś odbieram z zakładu slajdy. Zakładam, że choć część się udała. Album na
          onecie może uda się założyć w przyszłym tygodniu, ale zakładać się o to nie
          będę :)
          • ralston Re: Wielkie Oczy 13.08.03, 21:39
            Odebrałem, przejrzałem - jakieś takie przygnębiające te slajdy... Prawie same
            ruiny i cmentarze. Chyba nie będę robił z tego albumu...
    • ralston Szcze ne wmerła Ukraina... 13.08.03, 12:43
      Z Wielkich Oczu (niektórzy mówią Wielkich Ócz), jadąc tym razem już cały czas
      asfaltem, docieramy do Kobylnicy Wołoskiej. Wsi nie sposób byłoby przegapić, bo
      już z odległości kilku kilometrów widać wybudowaną na wzgórzu, potężną ,
      murowaną cerkiew p.w. św. Dymitra. Ta jest w doskonałym stanie, bo raz że
      wybudowana stosunkowo niedawno (1924 rok) a dwa – jest wykorzystywana od 1947
      roku, jako kościół rzymskokatolicki, więc cały czas o nią dbano. W ostatnich
      latach, na powrót zaczęto tu odprawiać nabożeństwa w liturgii greckiej, na
      przemian z rzymskimi. Mimo prześladowań ze strony komunistów nakierowanych na
      likwidację Cerkwi greckokatolickiej, udało się unitom przetrwać i w latach 90-
      tych niektóre cerkwie na wschodzie Polski ożyły na nowo... Ta w Kobylnicy
      Wołoskiej robi duże wrażenie, bo jest rzeczywiście ogromna w porównaniu do
      wszystkich tych małych cerkiewek oglądanych do tej pory. Podobno tu też kiedyś
      była stara, drewniana cerkiew, z którą wiąże się pewna legenda. Otóż pewien
      kupiec wołoski miał kiedyś pędzić tędy woły na sprzedaż. Rozpętała się potężna
      burza i woda zaczęła zalewać okoliczne łąki. Kupiec z bydłem schronił się na
      wzgórzu i ślubował, że jeśli ocaleje, zbuduje tu cerkiew. Deszcz ustał, kupiec
      wywiązał się z ślubowania i odtąd to miejsce zaczęto nazywać Kobylnicą Wołoską
      (czemu nie Wołownicą Wołoską– nie mam pojęcia).
      Z Kobylnicy, znowu asfaltem kierujemy się przez Budzyń i Korczową do Młynów.
      Jedzie mi się ciężko, pokonywanie wzniesień sprawia coraz więcej trudności.
      Słońce nie ułatwia jazdy, dogrzewając okrutnie. Z dużą ulgą zsiadam z roweru
      pod następną drewnianą cerkiewką, zaczynam powątpiewać czy dam radę pokonać
      całą zaplanowaną na dziś trasę, a nie jesteśmy jeszcze nawet w jej połowie...
      Ale przestaję sobie tym na razie zaprzątać głowę. Chodzę na sztywnych nogach
      wokół zbudowanej w I połowie XVIII wieku cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Nie
      tak może piękna, jak niektóre z dotąd widzianych, ale przynajmniej w dobrym
      stanie. Ma dwie kondygnacje i szerokie soboty. Drzwi są niestety zamknięte i
      nie da się obejrzeć wnętrza. Przez okna widzimy tylko, że jest wyposażone.
      Zachował się ikonostas. Przy cerkiewce znajduje się też drewniana dzwonnica.
      Największą ciekawostką tego miejsca jest to, że przez blisko 20 lat, w tej
      cerkwi pracował jako kapłan Michajło Werbyckij. Urodził się w Jaworniku Ruskim
      na Pogórzu Przemyskim, w pobliskim Uluczu (kilka kilometrów od Jawornika)
      oglądałem kilka lat temu tablicę pamiątkową poświęconą Werbyckiemu). Zmarł
      tutaj we Młynach i tutaj został pochowany. Jego bardzo oryginalny nagrobek, w
      kształcie liry znajduje się blisko cerkwi. Przy grobie sporo kwiatów i to
      niedawno składanych, bo nie całkiem jeszcze zwiędły. Na wieńcach żółto-
      niebieskie wstęgi i ukraińskie napisy. Skąd to wszystko? Otóż Michajło
      Werbyckij był nie tylko unickim księdzem, ale też i kompozytorem. To on napisał
      muzykę do sztuki „Zaporożcy” a w niej jedną szczególną pieśń – obecny narodowy
      hymn ukraiński - „Szcze ne wmerła Ukraina”...
      • marat69 Re: Szcze ne wmerła Ukraina... 13.08.03, 12:59
        ralston napisał:

        To on napisał
        >
        > muzykę do sztuki „Zaporożcy”

        A czy nie chodzi tu przypadkiem o markę pewnego środka transportu z tamtych
        stron, w liczbie mnogiej?
        :)))

        Ale tak ogólnie to przyjemnie usiąść i na spokojnie, relaksowo to poczytać...
        Pozdr. dla autora
    • ralston Chotyniec 14.08.03, 10:44
      Z prawdziwym bólem siadam na rower. Nie, żebym się nie mógł rozstać z
      Młynami... ale antypody głowy mam już stwardniałe na kształt podeszwy a nogi
      ledwie już dają radę kręcić pedałami. Prawdziwym przerażeniem napawa mnie
      świadomość, że do przejechania jest jeszcze ponad 60 km. Na podjazdach Mariusz
      odjeżdża na kilkadziesiąt metrów, doganiam go na zjazdach. Na szczęście mamy
      półmetek naszej podróży, czyli Chotyniec. Tyle tylko, że wyruszyliśmy przed 9-
      tą a jest już blisko 17-ta. Wszystko wskazuje na to, że ciężko będzie wrócić
      przed północą... Podziwiamy przecudnej urody dużą, drewnianą cerkiew. Trzy
      kopuły oparte na ośmiobocznych bębnach. Wszystko kryte gontem. Bardzo obszerne
      okapy i soboty na piętrze. Architektoniczne cacko i do tego w bardzo dobrym
      stanie. Wybudowano ją w 1613 roku na niewielkim pagórku. Po wojnie wysiedlono
      praktycznie wszystkich mieszkańców Chotyńca i przez wiele lat cerkiew stała
      opuszczona i niszczała. Odnowiono ją na początku lat 90-tych. Zainicjowali te
      działania Ukraińcy, którzy wrócili tu w 1956 roku.
      Wypadałoby już wracać, bo robi się coraz później, a do domu daleko... Ale nie
      mam po prostu sił, żeby jechać. Muszę coś zjeść. Rozkładamy się więc na ławce
      przed ogrodzeniem cerkwi i robimy kanapki. Niestety zaczyna się chmurzyć i jak
      na złość zrywa się silny wiatr, który na tyle chłodzi menażkę, że palnik nie
      jest w stanie zagotować wody. Cóż – kawa jest w końcu rozpuszczalna więc się
      zaparzy, po odlaniu zaś wody na kawę, reszta przeznaczona na herbatę, prawie
      się gotuje. Zalewam Darjeelinga tym co jest i wypijam z wielkim smakiem.
      Wcinamy kanapki, pakujemy sakwy i już mamy ruszać, kiedy pod pagórek podjeżdża
      jakiś samochód, w nim trzy osoby. Kierowca opuszcza szybę i rzuca: „chcecie
      zobaczyć w środku?”. Jasne, że chcemy. Obiecuje wrócić za kilka minut. I
      rzeczywiście niespełna 10 minut później pojawia się ponownie, tym razem na
      motorze. Otwiera piękne, solidne drzwi, z kutymi zawiasami i oryginalnym
      żelaznym zamkiem z zapadką. Wewnątrz – kompletne wyposażenie liturgiczne.
      Piękny ikonostas. Rzeźbione, ażurowe wrota carskie z postaciami jakichś
      świętych siedzących jakby na gałęziach złotego drzewa. Ikona po prawej stronie
      tuż za wrotami zdradza wezwanie cerkwi, tj. Narodzenie NMP. Skrajna lewa ikona
      tradycyjnie już przedstawia jednego z ważniejszych greckokatolickich świętych,
      tu jest to św. Mikołaj. Dwie środkowe ikony, po obu stronach carskich wrót
      przedstawiają też tradycyjnie: Matkę Bożą z Dzieciątkiem i Chrystusa
      Pankreatora. Nad ikonami głównymi – rząd mniejszych ikon, tzw. prazdników. Nad
      nimi mandylion, czyli twarz Chrystusa odbita w chuście św. Weroniki. Wszystko
      bajecznie kolorowe i przystrojone tradycyjną bielizną ołtarzową – pięknie
      haftowanymi krzyżykowo płótnami. Od mężczyzny, który nas wpuścił dowiadujemy
      się, że co tydzień uczęszcza tu na nabożeństwa około 50-60 osób. Jest to jedyna
      w okolicy cerkiew służąca tylko grekokatolikom. Mówi, że remont pochłonął około
      200 tys. Złotych, ale musiało się to odbyć przy dużej ilości pracy wykonanej
      społecznie – inaczej niemożliwe byłoby zrobienie tak poważnego remontu tak
      niewielkimi środkami. Dowiadujemy się również, że współfinansowali odnawianie
      jacyś Francuzi. Ten wątek mnie interesuje, bo słyszałem, że jakaś francuska
      fundacja zbiera środki na remont cerkwi w Piątkowej Ruskiej na Pogórzu
      Przemyskim. Człowiek potwierdza, że i tam jeździli – więc pewnie chodzi o tych
      samych ludzi. Miło się gawędzi, ale pora już wracać – jest przeraźliwie późno,
      bo zaraz bedzie pół do siódmej. Wsiadamy na rowery i o dziwo herbata i
      jedzonko, zdziałały cuda. Jestem w stanie pruć 25-30 km/h choć jeszcze niedawno
      ostatkiem sił dojeżdżałem do Chotyńca. Próbujemy skrócić sobie drogę przez
      Młyny i wykorzystać stary most kolejowy do przeprawy przez rzeczkę, ale jeden z
      mieszkańców stanowczo nam odradza ten wariant. Wracamy więc na szosę. Teraz
      Mariusz zostaje w tyle i ja muszę czekać na końcu podjazdów. Mijamy szybko
      Korczową, mając jeszcze w pamięci ostrzeżenia człowieka z cerkwii, że tu źli
      ludzie mieszkają i dlatego często pada tu deszcz a i grad nierzadko, i
      docieramy do Budzynia. Tu szybki rzut oka na mapę i kalkulacja: nie opłaca się
      jechać asfaltem – skracamy polami na Wielkie Oczy. Droga okazuje się jednak
      niełatwa. Znowu piach i prowadzenie rowerów na dłuższych odcinkach. Potem droga
      zaczyna kluczyć, miejscami niknąć na łąkach. Musimy używać kompasu, żeby
      utrzymać dobry kierunek. Mariusz wyraźnie opada z sił na tych wertepach. Nawet
      pięknie zachodzące nad łąkami słońce nie jest w stanie mu zrekompensować trudów
      jazdy, a ja żałuję, że nie ma czasu na to, by się zatrzymać i porobić trochę
      zdjęć. Na domiar złego zaczyna padać deszcz. Wdziewamy kurtki i chwilę później
      docieramy do asfaltu. Przemykamy przez Wielkie Oczy i mocnym tempem kierujemy
      się na Lubaczów. Z rzeczy wartych wspomnienia jest jeszcze jedna piękna
      drewniana cerkiewka w Łukawcu, którą oglądamy już w półmroku, nie schodząc z
      rowerów... Kilka kilometrów przed Horyńcem wysiada mi lewe kolano. Zostaję z
      tyłu - ból chwilami nie pozwala jechać, muszę zejść i prowadzić rower. Potem
      podjeżdżam w tempie maszerującego dziarsko piechura, ale w końcu jakoś doganiam
      Mariusza, który już zaniepokojony moją półgodzinną nieobecnością, czeka na
      przejeździe kolejowym przed Horyńcem. Ostatecznie powrót zajął nam niewiele
      ponad trzy i pół godziny. W hotelu meldujemy się o 22-giej. Po szybkim, zimnym
      prysznicu zasypiam natychmiast z ostatnią myślą – czy jutro w ogóle dam radę
      jechać?

      • anka1 Re: Chotyniec 18.08.03, 08:22
        i jak bylo Rals ? zlapales tzw. drugi oddech ?
        • ralston Re: Chotyniec 18.08.03, 11:43
          anka1 napisała:

          > i jak bylo Rals ? zlapales tzw. drugi oddech ?

          Ja tak. Gorzej było z kolegą - ale o tym w następnych odcinkach :)
      • ralston Chotyniec - supplement 18.08.03, 09:52

        Wczoraj na TV 4 w programie "To się nie mieści w głowie" była kilkuminutowa
        migawka z Chotyńca. Nie napisałem o innej ciekawostce, związanej z tą niewielką
        wioską, więc w tej chwili nadrabiam zaniedbanie. Otóż wieś składa się dzisiaj
        zaledwie z 44 numerów, ale są w niej aż trzy świątynie! Wspomniana już
        greckokatolicka cerkiew, kościół katolicki i... jeszcze jeden kościół,
        wybudowany przez pana Stanisława Kaczmara - byłego traktorzystę w miejscowym
        PGR-ze. Otóż pan Stachu zakupił był kiedyś figurkę Matki Boskiej. Po latach
        figurka zapłakała krwawymi łzami. Pobrana z figurki substancja oddana do
        analizy zawierała podobno czerwone krwinki, nie zawierała białych. Pan Stachu
        powziął decyzję o budowie kościoła w tym miejscu. I zamiar urzeczywistnił, co
        ciekawe, nie jest to bynajmniej zbita z desek kapliczka, tylko solidny,
        murowany budynek, nawet ciekawy architektonicznie, nawiązujący trochę do
        wschodnich tradycji bo i kopułka jest. Oprócz kościoła przedsiębiorczy pan
        Stachu wybudował sobie nielichą "plebanię" - bardzo ładny, obszerny dom. W
        programie niestety nie wyjaśniono, skąd pan Stanisław wziął na to wszystko
        środki. W późniejszym okresie, kiedy rozeszła się już sława, że miejsce słynie
        łaskami i że można się spodziewać uzdrowień, prawdopodobnie pojawiły się
        darowizny od tych, którym się zdrowie poprawiło, ale jak zaczynał - tego nie
        wiem...
        W każdym razie, kiedy się spojrzy zza cerkwi w stronę wioski widać leżące w
        jednej prawie linii trzy kościoły. Zaiste - miejsce bardzo ciekawe i warte
        obejrzenia...
    • ralston Zgliszcza i ruiny... 19.08.03, 16:24
      Ustalona na 7.15 pobudka nie dochodzi do skutku. To znaczy Mariusz nawet
      wstaje, wyłącza budzik i idzie do łazienki. Kiedy wraca, udaję że nadal śpię,
      żeby mu czasem nie przyszło do głowy ambitnie realizować plan. Nie przychodzi.
      Ponownie budzimy się więc koło 9-tej...
      Spokojnie wcinamy śniadanko i pakujemy sakwy. O dziwo – mięśnie nie bolą po
      wczorajszym aż tak bardzo, jak mógłbym się spodziewać, ale tyłek buntuje się
      trochę przy siadaniu na siodełko. Już w czasie jazdy okazuje się, że lewe
      kolano chwilami trochę pobolewa, ale da się jechać w tempie nie przekraczającym
      20 km/h. Po kilkunastu minutach skręcamy z asfaltowej drogi na Lubaczów w prawo
      i wjeżdżamy na drogę gruntową. Na szczęście na tyle twardą, że da się jechać i
      nie ma konieczności złażenia z rowerów.
      Mijamy jakieś stawy i wjeżdżamy na teren wsi Podemszczyzna. Tu w pewnym
      momencie naszą uwagę zwraca resztka jakiegoś kamiennego nagrobka czy pomnika.
      Nic specjalnego – ot na kikucie z piaskowca, zachowanych kilka liter pisanych
      cyrylicą. Kiedy jednak zaczynamy przyglądać się bliżej, okazuje się, że w
      krzakach i drzewach na niewielkim wzniesieniu widać jeszcze jakieś ruiny. Są to
      resztki murowanej dzwonnicy typu kurtynowego, często spotykanego na Kresach
      Wschodnich. Tu zachowały się dwa filary, połączone łukiem. Resztki łuków po
      zewnętrznej stronie kolumn, wskazują na to, że były jeszcze conajmniej dwa
      filary. A jeśli jest dzwonnica i to pokaźnej wielkości, to znaczy, że była też
      i niemała cerkiew... Żadnych śladów nie udaje się jednak odnaleźć – nawet
      jednej cegły. Najprawdopodobniej została rozebrana – a budulec wykorzystano na
      postawienie jakiegoś PGR-owskiego budynku, co niestety stało się udziałem wielu
      murowanych cerkwi...
      Z cerkwiska kierujemy się drogą na północ i po około 2 kilometrach docieramy do
      rozjazdu dróg. Na wprost w odległości 200-300 metrów ciągną się zarośla,
      skrywające brzegi Brusienki. Samej rzeczki nie widać, podobnie jak nie można
      dostrzec śladów tego, że była tu kiedyś jakaś wieś. Tylko kilka drzew owocowych
      i samotny krzyż bruśnieński, postawiony na pamiątkę zniesienia pańszczyzny i
      jakiś pomnik po prawej stronie drogi, zdają się coś mówić. Na pomniku
      odnajdujemy smutną listę 58 nazwisk – mieszkańców wsi Rudka, wymordowanych w
      kwietniu 1944 roku przez sotnię UPA, pod dowództwem okrytego złą
      sławą „Zalizniaka”. Spłonęła wówczas cała wieś i nigdy już jej nie
      odbudowano... Na wieść o tym polscy mieszkańcy sąsiedniego Nowego Bruśna
      uciekli całymi rodzinami do Lubaczowa.
      • ralston Re: Zgliszcza i ruiny... - sprostowanie 22.08.03, 12:09
        Właśnie się dogrzebałem do informacji dotyczącej cerkwi w Podemszczyźnie.
        Rzeczywiscie była tam cerkiew, drewniana, z II poł. XIX w. Nie została jednak
        rozebrana po wojnie. Spaliły ją oddziały UPA w 1944 r., gdyż wieś sprzyjała
        Polakom...
        • ralston Sprostowanie sprostowania... 22.08.03, 12:20
          Przepraszam, ale namieszałem - cerkiew spalono w trakcie akcji pacyfikacyjnej,
          bo wieś sprzyjała UPA. Czyli zrobiło to najprawdopodobnie polskie lub sowieckie
          wojsko. Zmyliła mnie nieco data: 1944 rok to czas szczególnej aktywności UPA.
    • ralston Bruśnieńscy mistrzowie... 20.08.03, 11:35
      Bruśnieńscy mistrzowie...

      Do Nowego Brusna docieramy chwilę później, bowiem przed wojną Rudka właściwie
      łączyła się z Nowym Brusnem (zamieszkanym głównie przez Polaków wyznania
      katolickiego), te z kolei przechodziło w wieś Deutschbach (obecnie Polanka
      Horyniecka). W Deutschbach mieszkali osadnicy austriaccy, głównie ewangelicy.
      Ich osada łączyła się następnie ze Starym Brusnem, zamieszkałym głównie przez
      grekokatolików narodowości ukraińskiej. Tym sposobem w dolinie jednej,
      niewielkiej rzeczułki, na przestrzeni kilku kilometrów – płot w płot mieszkały
      sobie trzy nacje i trzy religie. Przez wiele lat w zgodzie i pokoju...
      O tym, jak bardzo się ta ludność przez wieki mieszała, świadczy choćby
      popadająca w ruinę drewniana cerkiew p.w. św. Paraskewii, wybudowana w niby
      polskim Nowym Brusnie i ewangelickie nagrobki z niemieckimi nazwiskami i
      charakterystycznymi trójkątem zwieńczonymi nagrobkami zamiast krzyża, które
      odnajdujemy na cmentarzu za cerkwią tuż obok krzyży na grobach unitów,
      prawosławnych i katolików. Wszystkich leżących na sporym, ale zaniedbanym i
      zarośniętym wysoką trawą i krzakami cmentarzu łączy dziś jedno – nagrobki i
      krzyże będące dziełem bruśnieńskich mistrzów.
      Niedaleko stąd znajdują się dawne kamieniołomy a w nich pokłady kamienia
      wapienego i piaskowca. Kto nauczył mieszkańców okolicy trudnej sztuki obróbki
      kamienia – bliżej nie wiadomo. W przekazach ustnych zachowała się pamięć o
      jakichś Turkach. Początkowo kamień był wykorzystywany czysto użytkowo – robiono
      z niego kamienie młyńskie, czy żarna. Z czasem zaczęto robić krzyże nagrobne,
      te najstarsze – niezdarne trochę, grubo ciosane, z trochę koślawymi napisami, z
      czasem coraz zgrabniejsze i o coraz bardziej wyszukanych formach. Jeszcze
      później naprawdę piękne figury nagrobne, płaskorzeźby i posągi. Tradycje
      kamieniarskie sięgają tu do XVI w. ale te najpiękniejsze dzieła pochodzą z XIX
      i początku XX w. Sława bruśnieńskich rzemieślników sięgała bardzo daleko, bo
      krzyże i rzeźby, które odnajdujemy tu na każdym niemal kroku, na cmentarzach
      ale i przy drogach, czy stojące w szczerym polu, znane były również i we
      Lwowie, Zamościu czy Żółkwi a więc wcale daleko od Brusna...
      Z cmentarza wracamy znowu do cerkwi. Tablica przed nią informuje, że obecnie
      jest remontowana. Hmm... cóż tak na ogląd laika, to remont polega chyba na
      podparciu ścian drągami, żeby się nie zawaliły... Wewnątrz – to samo –
      drewniane podpory i... i tyle. Blacha na dwóch kopułach jest już mocno
      zardzewiała, na dużej części trzeciej kopuły widać pociemniały gont. Z dawnych
      okapów biegnących wzdłuż ścian, zostały tylko sterczące krótkie belki, na
      których okap był wsparty... Po wysiedleniu w 1947 r, ukraińskich mieszkańców
      Nowego Brusna, nie było już komu o świątynię zadbać... Jeśli teraz nie znajdzie
      się ktoś, kto wesprze prace remontowe, wkrótce znikną ostatnie ślady po tych,
      którzy tu kiedyś żyli.
      Z Nowego udajemy się do Starego Brusna. A właściwie do miejsca, w którym kiedyś
      było, bo w 1947 roku polskie wojsko wysiedliło całą ludność a wieś spaliło.
      Droga jest ciężka do jazdy rowerem, bo nie dość że wcale stromo pod górę, to
      jeszcze i po piachu. W pewnym momencie, mimo jazdy na najniższym przełożeniu
      muszę zeskoczyć z siodełka. Nie da rady jechać...
      Szukamy starego cmentarza - jedynej pozostałości po wsi. Ponoć można na nim
      odnaleźć najpiękniejsze z bruśnieńskich dzieł. Odnalezienie ukrytej w lesie
      nekropolii okazuje się jednak niełatwe. Brak jakichkolwiek oznaczeń, skromnej
      choćby tabliczki informacyjnej, czy strzałki. Na szczęście dysponujemy dość
      dobrą mapą topograficzną i z rzeźby terenu udaje się wywnioskować, w którym
      miejscu należy szukać zejścia lasem w dół zbocza. Zjeżdżamy więc rowerami po
      drodze spotykając starsze małżeństwo, które dziwi się, że sami odnaleźliśmy to
      miejsce. Oni dopytywali się w Nowym Bruśnie i tylko dzięki otrzymanym,
      precyzyjnym, wskazówkom, trafili na miejsce. Po chwili dojeżdżamy do cmentarza
      i tu... wielkie rozczarowanie. Miał być wspaniały, stary z pięknymi rzeźbami a
      tu – i owszem rzeźby są, są stare, są nawet i piękne – ale jest ich tylko
      kilka... Cóż – i te warto obejrzeć z bliska. Wchodzę w krzaki którymi są
      zarośnięte nagrobki i kiedy już stoję tuż przy nich – widzę następne trzy,
      cztery groby – tak samo zarośnięte wysokimi na chłopa krzakami. Podchodzę – za
      nimi następne, i następne i... następne. Wszystko strasznie zarośnięte, ukryte
      przed ciekawskimi oczyma i rzeczywiście – tak jak miało być – przepiękne
      rzeźby, płaskorzeźby, krzyże. Niektóre przecudnej wprost urody. Migawka aparatu
      sama się otwiera z wrażenia a słów, którymi możnaby to opisać – nie znajduję. I
      obiektywem aparatu wymalować tego nie sposób, bo jak ująć większy fragment,
      jeśli wszystko jest tak pozakrywane? Jak pokazać ten smaczek i radość i
      zachwyty odkrywania jeden po drugim wspaniałych rzeźb? Jak oddać ten
      niesamowity klimat miejsca zapomnianego przez Boga i ludzi?
      Ostatecznie okazuje się, że nagrobków jest ponad trzysta. Obok na niewielkim
      wzgórku, znajdujemy miejsce po cerkwi św. Paraskewii. Rozebrano ją w 1956. Dziś
      tylko krzyż misyjny z napisem z 1925 roku, mówi że kiedyś była tu i świątynia...
      • anka1 Re: Bruśnieńscy mistrzowie... 20.08.03, 14:47
        wiesz Rals a moze dobrze ze tam trudno i wszystko tak ukryte. inaczej pewnie te
        dziela juz bylyby albo zniszczone albo w zagranicznych kolekcjach ...
        • ralston Re: Bruśnieńscy mistrzowie... 21.08.03, 10:35
          A wiesz, kiedy się nad tym zastanawiałem, to jeszcze jedna rzecz mi przyszła do
          głowy. Takie szukanie czegoś, co schowane i trudno znaleźć, ale o czym wiesz,
          że gdzieś tam jest ma swój dodatkowy smaczek. No i tak sobie też myślę, że
          gdyby na przykład ten cmentarz był ślicznie uporządkowany i miał alejki
          wysypane żwirkiem i nie daj Boże parking przed i asfaltową drogę dojazdową, to
          nie podobałby się tak bardzo jak teraz, kiedy jest zdziczały i zarośnięty.
          Klimat ma po prostu niesamowity...
          • anka1 Re: Bruśnieńscy mistrzowie... 21.08.03, 15:09
            ralston napisał:

            > A wiesz, kiedy się nad tym zastanawiałem, to jeszcze jedna rzecz mi przyszła
            do
            >
            > głowy. Takie szukanie czegoś, co schowane i trudno znaleźć, ale o czym wiesz,
            > że gdzieś tam jest ma swój dodatkowy smaczek. No i tak sobie też myślę, że
            > gdyby na przykład ten cmentarz był ślicznie uporządkowany i miał alejki
            > wysypane żwirkiem i nie daj Boże parking przed i asfaltową drogę dojazdową,
            to
            > nie podobałby się tak bardzo jak teraz, kiedy jest zdziczały i zarośnięty.
            > Klimat ma po prostu niesamowity...

            a tak. < nie o to chodzi by zlowic kroliczka, ale by gonic go > :)
            tajemniczosc jest bardziej pociagajaca ...
      • ralston Bruśnieńscy mistrzowie... - suplement 21.08.03, 11:46
        Najbardziej znanym z brusnieńskich artystów był Hryhoryj Kuźniewicz. Kilka z
        jego młodzieńczych prac zauważył i docenił jeden z profesorów Politechniki
        Lwowskiej. On załatwił chłopakowi stypendium i umożliwił studia we Lwowie a
        później we Włoszech. Wiele jego prac można we Lwowie oglądać. Ale najbardziej
        znane dzieło Kuźniewicza i to znane olbrzymiej rzeszy ludzi na całym świecie,
        znajduje się w USA w Południowej Dakocie. W skale Black Hills są tam wykute
        płaskorzeźby głów czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych. Chyba każdy
        widział je kiedyś w telewizji. Jedną z tych płaskorzeźb wykonał właśnie artysta
        ze Starego Brusna - Hryhoryj Kuźniewicz.
        Ja oglądałem (wtedy jeszcze nie znając autora) piękny pomnik - nagrobek
        polskich żołnierzy - poległych w walkach z Ukraińcami w 1918 roku. Przedstawia
        on żołnierza, śpiącego w pozycji siedzącej, wspartego na karabinie z bagnetem a
        można go znaleźć na cmentarzu w Horyńcu przy wyjeździe w stronę Tomaszowa
        Lubelskiego.
    • ralston Wola Wielka 29.08.03, 13:52
      Z cmentarza w Starym Brusnie wracamy ścieżką do drogi. Jeszcze tylko kawałeczek
      podjazdu i za chwilę będzie już lżej jechać. Na skraju lasu, na wzgórzu po
      lewej stronie, majaczą między drzewami betonowe ściany. To kilka spośród całego
      mnóstwa bunkrów, które wybudowali tu sowieci w czasie II wojny światowej.
      Tworzyły one tzw. linię Mołotowa – główną zaporę, jaka miała powstrzymać
      Niemców w razie agresji na ZSRR. Jak wiadomo na wiele się nie zdała...
      Miało być lżej, bo z górki a tu rozczarowanie - po chwili wjeżdżamy w las,
      kierując się na północ, i zaczynamy grzęznąć w piachu. Nie pomagają próby
      omijania między drzewami – na niektórych odcinkach rowery musimy prowadzić. Po
      wczorajszych szaleństwach i ponad 120 przejechanych kilometrach, dzisiaj jakoś
      szybciej opadamy z sił i konieczny jest odpoczynek. Rozkładamy się więc i
      robimy kanapki. Do tego herbata (Darjeeling – dla mnie) i kawa (rozpuszczalna –
      dla Mariusza) i małe słodkie conieco w postaci tabliczki czekolady i paczki
      delicji. A to wszystko w scenerii pięknego, mieszanego lasu. Przeważa sosna,
      ale widać i brzozy i buki, trochę klonów, grabów i jesionów.
      Po odpoczynku odzyskujemy siły i dalej brniemy przez piachy do zagubionej w
      lesie wioseczki Stara Huta. Tu też kiedyś stała cerkiew p.w. św. Paraskewii.
      Dziś po wysiedleniach pozostało zaledwie kilka domów i bunkry w lesie... Dalej
      przez Hutę Złomy, Dębiny i Jacków Gród, docieramy do Woli Wielkiej. Tu na
      niewielkim wzniesieniu odnajdujemy kolejną piękną, drewnianą cerkiew. Kiedyś
      pewnie kryta gontem, dziś straszy pordzewiałą blachą. Obok ciekawa drewniana
      dzwonnica, też trochę już zniszczona. W schodach prowadzących na górę brakuje
      stopni. Podłoga na górze jest spróchniała i strach wchodzić na jej środek.
      Trzymamy się brzegów i podziwiamy sztukę ciesielską, bo dzwonnica wznoszona
      była bez metalowych śrub, czy gwoździ. Wszystko mocowane jest na wpust lub na
      drewniane kołki. Tylko deski, którymi jest obudowana, ktoś całkiem współcześnie
      poprzybijał dla pewności gwoździami. Na odrzwiach cerkwi odnajdujemy napis:
      Domus Haec Dei Aedificata A.D. 1755 Stoi tu już od połowy XVIII wieku i strach
      pomyśleć, że mogła podzielić losy wielu innych. Cerkiew jest pod wezwaniem
      Wniebowzięcia NMP, więc gdyby była czynna, za kilka dni byłyby tu uroczystości
      odpustowe - tłum odświętnie ubranych ludzi, dym świec, śpiewy...
    • ralston Werchrata 29.08.03, 20:54
      Z Woli Wielkiej już cały czas asfaltem jedziemy na południowy wschód doliną
      rzeki Raty, która kilka kilometrów dalej wpada na Ukrainę. W jej górnym biegu
      leży sporej wielkości wieś – Werchrata, nazwę swą biorąca od rzeki. Wieś o
      zacnej historii, bo wzmiankowana już w XII wieku. Przed wojną zamieszkana była
      praktycznie w całości przez Ukraińców. Tu i w okolicznych lasach miały swoje
      bazy duże oddziały UPA. W 1947 r. Wieś została całkowicie wysiedlona w
      akcji „Wisła”, a w toku walk z UPA, wiele zabudowań zostało zniszczonych. Do
      tej pory nie wróciła do przedwojennej liczebności a o dawnej świetności
      świadczy tylko duża, murowana cerkiew p.w. św. Jerzego. Wybudowano ją w 1910
      roku. Po wojnie przejęta została przez rzymskich katolików, ale wiele lat stała
      nie wykorzystana. Dopiero w 1974 roku konsekrowano ją jako kościół p.w. św.
      Józefa. Dziś prezentuje się niezwykle efektownie. Zbudowano ją z rozmachem, na
      planie krzyża. Białe ściany i błyszcząca kopuła widoczne są z daleka. Do środka
      wejść się nam jednak nie udało – drzwi były zamknięte. Obejrzeliśmy więc tylko
      stojące na zewnątrz gabloty poświęcone działalności św. Adama Chmielowskiego
      (Brata Alberta), który dzięki przyjaźni z księciem Pawłem Sapiehą był częstym
      gościem w tych okolicach. Dzisiaj gmach kościoła służy obu wyznaniom i
      nabożeństwa odbywają się tu na przemian. Wydaje się, że pomału sytuacja wraca
      do normalności i jak dawniej ludzie różnych wyznań potrafią żyć obok siebie w
      zgodzie i spokoju...

      I na tym właściwie wypada zakończyć wątek. Z Werchraty wróciliśmy już właściwie
      bez przygód do Horyńca. U końca podróży licznik w rowerze pokazał 49
      kilometrów. Tak więc w ciągu dwóch dni przejechaliśmy ponad 170 km.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka