ernest31
25.12.11, 15:48
Syn, dziś już 47 latek, ma ciągle żal o "stracone dziciństwo" ?. A było to tak.
Gdy miał 3 latka rozeszliśmy się. Oboje jeszcze bardzo młodzi. Nasze małżeństwo było "spontaniczną miłością" z której to powstał zupełnie nieoczekiwanie syn. Po ślubie trwało to jeszcze 3 lata i jak raptownie się rozpocząło tak gwałtownie się skończyło. Miłość prysnęła jak mydlana bańka. Mieszkaliśmy u jej rodziców. Po pewnym epizodzie spakowałem walizkę, szczoteczkę do zębów i wróciłem do rodziców. Przez pierwsze 3 lata po wyprowadzeniu się co dwa tygodnie odwiedzałem małego na kilka godzin, zabierając go na spacery, najczęściej były to chwile spędzane w kawiarni ze znajomymi. Synek był "szczęśliwy". Po 3 latach gdy syn miał już 6 lat, opuściłem Polskę jak się okazało na stałe. Syn choć miał fizyczny kontakt z matką był wychowywany przez dziadków, czyli rodziców eks żony. Po opuszczeniu Polski, siłą rzeczy przez następne 10 lat, jedynem kontaktem z synem były alimenty i paczki. Listów nie pisałem wiedząc, że i tak nie będą mu czytane. W międzyczasie dostaliśmy rozwód, w konkluzji którego zostałem okrzyczany i osądzony już nie tylko jako notoryczny pijak ale i zdrajca ojczyzny z zasądzeniem odpowiednich alimentów, jako że wiedzi mi się dobrze to stać mnie na płacenie. Syn jako 16 latek przyjechał do mnie w odwiedziny. Spotkanie było trudne, szczególnie dla niego. Właściwie nie znany facet jako ojciec i jakoś mu zupelnie obca kobieta, do której z góry był źle nastawiony i co swoim zachowaniem dawał odczuć. Nie zrażając się tym przyjęliśmy go jak najlepiej potrafiliśmy. Wrócił do Polski, zrobił maturę, zdał na studia. Nie brakowało mu nic bo całą pomoc mogliśmy już przesyłać bezpośrednio na jego nazwisko. W wieku 21 lat zdecydował się, że "chce do ojca". Przyjecha, został i tyle. Ułożył sobie życie, zdążył się rozejść i ożenić powtórnie. Przez 30 lat jego tu pobytu widujemy się sporadycznie. Stosunki z jego pierwszą żoną układały się nie tak jak powinny. Z drugą jest podobnie. Obwiniałem te kobiety ale po ostatnim wydarzeniu muszę ten pogląd zrewidować. To on jest winien, bowiem ta nowa powiela tą pierwszą. Nigdy się nie widziały. To on je ustawia przeciw nam a mam tu na myśli także jego matkę. On ciągle jak małe dziecko, oczekuje "miłości rodziców", której nie doznał, OK, ale nie rozumie, że my jej już dać nie możemy. Jesteśmy już "starzy", matka 68 ja 70 lat. Jest mile widziany ale co można mu dać więcej ? Po rozejściu się z pierwszą żonę, jego własne dzieci się go wyrzekły. Chyba mocno to przeżył. Nie chcą go wogóle znać a on dalej nie rozumie, że tak postępując straci też ojca, bo i ja mam tego dosyć. Pomimo, że mieszkał u nas przez pewien czas między pierwszą a drugą żoną, to zachowywał się jakby był w hotelu. Przez ten okres ani razu nie wszedł do pokoju dziennego, gdzie ja normalnie przebywam. Zjadł obiad i zaszywał się z komputerem w swoim pokoju gadając godzinami z obecną żoną. Dla ojca nie miał chwili czasu. Od prawie 3 lat, choć mieszkamy 3 km od siebie widujemy się sporadycznie, odwiedzi gdy go zaprosimy ale zachowuje się jakby był u ludzi obycych, jakby byli w restauracji. Moja żona i ja musimy koło nich skakać i jeszcze uważać oby czymś nie uraźić. Kiedyś mi powiedział, "że na mnie czekał 10 lat" to ja teraz też mogę czekać. Ostatnio po powrocie do domu po operacji serca, poprosiłem synową o odrobinkę pomocy w ciągu dnia. Owszem przyszła dwa razy, niby jak twierdzą z "sercem" ale to ja musiałem wstać i podawać jej coś do picia. A ja i jego matka niczego od nich nie oczekujemy poza odrobiną zainteresowania i szacunku dla starszych ludzi, mimo, że matce nie wiedzie się w Polsce najlepiej to nie chce od niego żadnej pomocy finansowej, poza dobrym slowem i pamięcią.