egzystencjalka
18.01.14, 05:59
Kultura i cywilizacja, w której żyjemy, nie sprzyjają miłości. Pod tym względem system ekonomiczny, moralność i obyczaje, a nawet dominujący sposób poznawania świata sprzysięgły się i solidarnie występują przeciwko niej. Trudną do przecenienia, szkodliwą rolę odegrała w tej mierze religia chrześcijańska ze swoim stosunkiem do kobiet, potępieniem ciała i ludzkiej seksualności. Święty Augustyn nauczał, że niewiasta jest bestią ani trwałą, ani stałą i zawiścią swą wstyd przynosi mężowi, podsyca zło, jest początkiem wszelkich sporów i waśni. Inny ojciec Kościoła, Tertulian, zwrócił się do kobiet, określanych przez niego osobliwym mianem janua diaboli z następującym pouczeniem: Niewiasto, powinnaś zawsze chodzić w łachmanach i żałobie, ze łzami skruchy, aby ci zapomniano, żeś zgubiła rodzaj ludzki! Niewiasto, ty jesteś wrotami piekieł!
Tymczasem prawdziwa miłość jest również, a może przede wszystkim, miłością ciała. Może się wyrażać w matczynej czułości, wzruszeniu na widok zmarszczek starzejącego się rodzica, w zachwycie uśmiechem ukochanej kobiety lub w pożądaniu obudzonym kształtem jej pośladków. Ciało i tak zwana dusza, czyli nasza psychika, stanowią z punktu widzenia miłości nierozerwalną całość. Niemożliwa jest również miłość samego ciała, ciało bowiem – żywe ciało – zawsze wyraża pragnienia i emocje. Potępienie tak zwanego seksu bez miłości oznacza opowiedzenie się za moralnością, która w swej istocie w miłość godzi. Biologicznym i psychologicznym sensem ludzkiego seksualizmu jest przecież (poza prokreacją) podtrzymywanie bliskiej więzi między mężczyzną i kobietą. Współżycie seksualne równie łatwo prowadzi do miłości, jak miłość do seksu. Miłość – powtórzmy – jak inne uczucia, dla swej pełni potrzebuje fizycznego wyrazu. Tłumiąc, co jest codziennym doświadczeniem nas wszystkich, potrzebę okazania komuś pożądania lub czułości, tłumimy w samym zalążku rodzące się uczucie.
Miłość przychodzi łatwiej, gdy nie wymagamy od niej za dużo; gdy nie żądamy, by rozwiązała wszystkie nasze problemy i była tym, czy nie jest i być nie może: narkotykiem i źródłem euforii, która wypełnić ma pustkę w naszym życiu.
Częściej przydarza się nam miłość nie-wielka i nie-szalona, co nie znaczy bezwartościowa. Żeby jej wartości doświadczyć, trzeba jednak uznać jej prawo do istnienia, trzeba się zgodzić, że zasługuje ona na miano miłości. Nie oczekujmy w każdym przypadku, że wokół niej będzie się obracać całe nasze życie. Miłość może być sympatycznym epizodem, ciepłym przywiązaniem lub przejściową namiętnością. Może też być podobna do przyjaźni – i tylko od czasu do czasu, przy muzyce i winie, rodzić nastrój, o jakim opowiadają piewcy romantycznych uniesień.
Pokochać kogoś jest łatwiej, gdy nie oczekujemy, że musi to być ten jedyny lub ta jedyna na całe życie. Łatwiej wtedy przychodzi miłość mniejsza, ale i ta wielka: trwała i głęboka, która może zdecydować o tym, z kim spędzimy całe życie. Odkrycie i uznanie wartości miłości niewielkiej uwalnia nas bowiem od fałszywych wyobrażeń, oczekiwań i napięć, które każdą miłość – wielką i niewielką – utrudniają lub wręcz uniemożliwiają. Miłość wolna od ciężaru złudzeń staje się naprawdę – jak to ujął Śri Rajneesh – lekka jak oddech.