larusse
21.12.14, 11:42
I had a dream... a poważnie, to rozmarzyłam się niemiłosiernie dzisiaj i przyszła mi na myśl taka metoda, metoda na życie, a raczej myślenie życzeniowe chociaż kto wie jak kiedyś będzie świat wyglądał i co ludzie wymyślą/odkryją.
Taki 21 grudnia, życie z grubsza ogarnięte. Fala katastrof/stresów/starć minęła, następna jeszcze nie nadeszła (niektórzy całe życie tak bez katastrof większych czy stresów). Praca, powiedzmy, ustabilizowana; dom na wiosnę powinien hulać (grubsze sprawy); ja w miarę przebadana, ciało się estetyzuje, duch jako tako okiełznany. Czasu by się tylko chciało więcej i szybciej dystanse pokonywać, ale... nie można mieć wszystkiego. Nad państwem Katastroff zapanował spokój.
I tak przyszła mi na myśl taka metoda odpoczynku: powiedzmy, kładę się 21 grudnia ja jako ja i zapadam w sen na dwa lata (prawie do trzydziechy dobiję). Ja subiektywne żyje tylko we śnie (dawniej wierzyli podobno, że są dwa życia-równoznaczne: to na jawie i drugie na nie-jawie). W tym czasie, ja-zastępcze prowadzi za mnie swoje quasi-życie, przez te dwa lata. Wszystko ma ustawione: dwa lata przeciętnego funkcjonowania w pracy, w rodzinie, wśród znajomych, bez emocji, może nawet podróżować trochę. Ja-subiektywne się w tym czasie regeneruje, dryfuje sobie po przestworzach, lata tworzy, prowadzi rozmowy, dyskutuje, przeżywa przygody, romansuje, planuje nowe projekty to przeprowadzenia, czyta filozofię, umila sobie życie poezją i filmami. Wszystko we śnie.
Później się budzisz. Spotykasz znowu wszystkich tych ludzi. Może by w końcu czymś zaskoczyli. Mało kto czymś zaskakuje. Wszyscy raczej trwają. Życie by może czymś zaskoczyło-jakaś nowa sytuacja i realia nowe.
Przejmujesz znowu ster i voila, lecimy dalej.
*oczywiście podmioty mi się pomieszały, ale nie chce mi się poprawiać.
Koniec.