Gość: fantasia
IP: 62.233.138.*
19.04.02, 02:05
W Macdonaldach serwują napoje mleczne o wzruszającej nazwie "shake". Odmienić
to ciężko, więc niech już będą "szejki".
Fajne toto. Wielofunkcyjne, bo niby płynne, ale i żołądek zamula skuteczniej
niż pokarm. Słodziuchne, smaku wyrazistego jednak pozbawione. Atrakcyjnie
chłodne, ale gardła nadmiernie nie mrozi. I jeszcze tajemnicza iskra,
powodująca, że wielu ludzi z niewiadomych przyczyn toto lubi, no, lubi i już.
Pomyślałam, że taki szejk może być dobrą metaforą spostrzeżenia, którym
chciałabym się z Wami podzielić. Nierzadko mam wrażenie, że wszystkie moje
zmysły przez większość czasu spowija obłok takiego właśnie słodko-chłodnego
szejka.
No bo weźmy taki węch. Osobiście spędzam dużo czasu we własnym mieszkaniu, bo
tamże pracuję. Czasem jest ono "zapuszczone" ciężko, i wtedy węch narażony mam
na niespodzianki. Zazwyczaj jednak nie ma ono żadnego wyrazistego zapachu.
Stale wietrzone, czasem czuć środki czystości czy inne odświeżacze. Właściwie
nie gotuję, więc kuchenne zapaszki odpadają. Kota mam czystego i
niesmrodliwego, sama też się myję :-) Warunki, myślę, jak w przeciętnym biurze,
może tylko mniej zapachów ludzkich, a więcej dymu papierosowego. Czyli
większość moich znajomych w podobnych warunkach, pracując, spędza prawie pół
doby, w domach podobnym powietrzem oddychając. Zmysł powonienia właściwie
niczym nie obciążany. Brak wrażeń, czy to rozkosznych, czy wstrętnych. Lekko
słodki zapach, który czuję od własnego ciała - mydło, dezodorant. Powietrze,
które wącham, przypomina mi bardzo macdonaldowy szejk... (a tzw. świeże
powietrze? rzadko go przecież zażywamy, a nawet wtedy towarzyszą nam nasze
mydła, dezodoranty...)
Co dostaje słuch? Ode mnie najczęściej cicho mruczące radio, wlewające mi w
uszy miękkie głosy prezenterów i dźwięki muzyki nieupierdliwe, jak ten szejk.
Głosy innych ludzi - też zazwyczaj nie są nachalne, nadmierna hałaśliwość i
krzykliwość jest raczej źle widziana w większości okoliczności (poza
alkoholowymi wieczorami, no ale wtedy w ogóle ciut jest inaczej), przez
większość czasu przestaję więc z osobami mówiącymi względnie cicho. Ściany mam
solidne, okna i drzwi dość szczelne. Samochody, którymi jeżdżę, ciche wewnątrz
i nie przeszkadzające zwykle. W miejscach pracy "typowych" podobnie jest, windy
bezszelestne, wykładziny tłumią głośne kroki, nic nie ryczy, nie niepokoi
uszu... do których słodko, gęsto i przyjemnie sączy się szejk...
Zmysł dotyku ma podobnie. Bo cóż "macamy" najczęściej? Gładkie, przyjemne
powierzchnie mebli i sprzętów użytkowych. Miękkie tkaniny odzież stanowią.
Temperatury umiarkowane zwykle, klimatyzacja w budynkach, pojazdach. Wygodne
krzesła, fotele. Udogodnienia dla ciała części różnych. Noce w łóżku, miękka
pościel. Ciepła woda do mycia, żywność czy napoje rzadko lodowate lub wrzące.
Wszystkie receptory czuciowe pławią się w szejku...
A wzrok? Najczęściej widok właściwie do McDonaldowego wystroju zbliżony. Mało
co ładne, mało co wstrętne. Obrazy przesuwają się biegiem, nie ma na czym
wzroku zawiesić zbytnio. Migają nam monitory komputerów, ekrany telewizorów,
twarze ludzi. Rzadko się zagapiamy, mało kiedy chwytamy warte uwagi doznania
wzrokowe. Szejk, i bar szybkiej obsługi...
No i wreszcie sedno: co z tego?
Ano, tak się zastanawiam, jak wpływa na nasze zmysły ten wszechobecny szejk?
Czy sprawia, że stajemy się bardziej wrażliwi na gwałtowne, nieoczekiwane
doznania? Czy wręcz przeciwie, otępia nas, odbiera nam podatność na bodźce,
reaktywność?
No bo niby wrażliwość wzrasta. Jeśli przez większość czasu towarzyszą nam
stonowane dźwięki, bardziej nas pewnie będzie drażnić nagły dźwięk wiertarki
lub czyjś przykry, piskliwy głos. Jeśli na co dzień spowija nas cukierkowy
zapaszek Brise, szybciej zwrócimy uwagę na woń z kuchni sąsiada, perfumy
koleżanki czy nieoczekiwanie napływający skądś odór. Gdy oczy przyzwyczają się
do ruchomych obrazków, dziwi nas widok świata w bezruchu pod warstwą śniegu,
zwraca uwagę koncentracja określonych barw, przygnębiają ruchy powolne, kolory
ciemne. Jakoś nieswojo bez telewizora, gry komputerowej czy migania ulic za
oknami samochodu, autobusu. Przyzwyczajamy się do szejków łatwo, więc
gwałtownie reagujemy na wszelkie "silniejsze" bodźce.
A z drugiej strony - z lenistwa? przyzwyczajenia? konformizmu? lgniemy do
mdłych aromatów, nieokreślonych dźwięków, bezosobowych obrazków, niemrawych
smaków. Odgradzamy się tymi szejkami od zbyt głośnych okrzyków, ale i nie
pozwalamy sobie na ciszę, bo też drażni. Błądzimy wzrokiem i właściwie niewiele
widzimy, niewiele patrzymy. Opatulamy się, odcinamy od doznań zbyt wyrazistych,
chodzimy po świecie zamuleni słodyczą szejka, nie interesuje nas
nic "ostrzejszego" w formie, wydźwięku, dotyku. Coś jak autyzm w łagodnej
wersji. Więc wrażliwość się kurczy, choć negatywnych reakcji na gwałtowne
bodźce jakby więcej.
Spostrzegacie to w ogóle? Czy wydziwiam?
Smakują Wam te szejki? Dobrze Wam wśród takich doznań, co ich właściwie nie ma?
Bo mnie jakoś przykro. Staram się patrzeć uważnie, widzieć barwy nieba, twarze,
kształty, urodę świata. Wsłuchiwać w ciszę, w określone dźwięki. Dostarczać
zmysłom jakiejś odmiany, radości, bo przecież jak się tego nauczę, takich
radości nikt mi nie odbierze.
A Wy? Jak traktujecie zmysły? Postrzeżenia?
Czy ważne jest dla Was wyraziste dostrzeganie świata?
A wrażliwość na bodźce zmysłowe? Tracicie ją z biegiem czasu, a może
nabieracie? a może bez zmian?
No i wyszedł mi długi i egzaltowany post, a nie tak chciałam. Trudno... :-)