annamaria3
03.05.02, 18:36
wiem ze wiele jest tutaj smutnych opowiadan.moja tez smutno sie zaczyna,,a
chcialabym zeby skonczyla sie w radosniejszym nastroju,, jako ukochana jedyna
coreczka rodzicow cale zycie robilam tak zeby ich zadowolic i chyba zostalo to
we mnie do dzis,jestesm mezatka iles juz lat ale zawsze robie tak zeby bylo
wszystkim dobrze wokol mnie.pomijam to ze moje malzenstwo jest wyjatkowo
nieudane/maz jest uzalezniony/ale jakos wszyscy przelykaja ta gorzka
pigulke..troche cierpliowsci wychowasz dziecko odejdziesz..ciagle to
slysze.jestem smutna jest mi zle nie jestem rozumiana ,,,po coz rodzinka ma
wiedziec ze jedynaczce zycie sie nie ulozylo ze sie noga podwinela na zewnatrz
jest wszystko pieknie,, nie ma miejsca dla mnie moich uczuc zyjemy obok
siebie,,,od tylu lat..
nie raz myslam o rozwodzie ale ciagle widze ten ton oskarzycielski w oczach
rodzicow masz dziecko,,,,,zawsze bylam wzorowa matka nigdy o moim dziecku nie
zapominalam,,,,
i stalo sie cos co odmienilo moje zycie ale nie do konca..spotkalam kogos
poznalam i pokochalam..teraz cierpie podwojnie..co robic,,probuje rozmawiac z
rodzicami o tym,.masz dziecko...czy ja jzu niemam prawa do chwili szczescia i
spokoju.???..poczekaj odchowaj dziecko pozniej sobie mozesz ulozysz
zycie ..pozniej a jezli wlasnie los dal mi ta szanse jezeli to jest wlasnie ten
czlowiek i dlatego stanol na mojej drodze...ja juz nie mialam sily dzwigac
tego ciezaru tej obojetnosci braku uczuc..on dal mi wiare w dobro w szczerosc
ze kocha sie kogos za to kim jest a nie za cos.....co robic...