Gość: erix
IP: *.stream.pl
31.08.01, 08:34
Od ponad roku jesteśmy małżeństwem. Niestety, widuję się z mężem tylko podczas
weekendów, ponieważ on pracuje w innym (odległym zresztą) mieście. Przyjeżdża
bardzo późno wieczorem w piątek, a bardzo wczesnie rano w poniedziałek(niemal w
nocy w niedzielę) wyrusza z powrotem do pracy. Mamy więc dla siebie tylko dwa
pełne dni. Dni powszednie spędzam jako słomiana wdowa.
Poczatkowo starsznie buntowałam się przeciwko takiej sytuacji: płakałam,
złościłam się, dotkliwie tęskniłam. Potem stopniowo nauczyłam się odsuwać od
siebie pewne myśli, po prostu nie myśleć o tym, że mój mąż "zaraz" znowu
odjedzie - tak jakby tego faktu w ogóle nie było. "Przeskakiwałam" kolejne
tygodnie i zyłam od weekendu do weekendu. Powoli "wtłoczyłam" mojego męża w te
dwa dni tygodniowo.
Wiadomo, telefony kosztują i trzeba w nich zachowac umiar. On tam pracuje
często po kilkanaście godzin dziennie i co wieczór wraca wymęczony do swojego
hotelu robotniczego. W ciągu dnia często ma taki (przepraszam za wyrażenie, ale
chyba najlepiej oddaje ono sens tego co chcę wyrazić) "zapieprz", że nie ma
możłiwości myślec o czymś innym niż praca. W konsekwencji nasze rozmowy często
stają się zdawkowe. Ja natomiast co dnia wracam po pracy do pustego mieszkania
i moge tylko sprzątać, podjadać, oglądać telewizję albo czytać. Tak się składa,
że jestem typem domatorki i nie mam zbyt wielu znajomych (dodam, że rodzina
daleeko!, koleżanki jakoś się rozeszły).
Mnie nie ma przy moim mężu, kiedy on potrzebuje wytchnienia po ciężkim dniu i
wsparcia, jego nie ma przy mnie kiedy chcę mu otworzyć moje serce. Żyjemy tak
oddzielnie i obawiam się, że będzie nam trudno dotrzeć się spowrotem, kiedy już
wszystko wróci do normy i zamieszkamy na co dzień razem.
Inna sprawa to nasze nowe mieszkanie (ciasne, ale własne), na które długo i z
radościa czekaliśmy. Kiedy mąż wraca do naszego miasta, jeszcze w drodze myśli
o tym, co chciałby w nim (w mieszkaniu)zrobić, wiecie - chodzi o takie drobne
budowlane prace wykończeniowe. I prawda jest taka, że ja się tym nie moge
raczej zająć (bo się na tym nie znam, a on jest włąśnie budowlańcem) i jedyna
chwila kiedy można to zrobić, to wtedy kiedy on jest akurat w domu. Nasze
spotkania weekendowe zdominowane są przez kwestię do-urządzania mieszkania. Nie
ma miejsca na spokojne, normalne pobycie ze sobą. Ledwo się spotkamy, zaraz
musimy się rozstawać. Umysł nawet nie skłania do większego "zagłębiania się w
siebie".
Nasza bliskość fizyczna również została - z konieczności - zredukowana do tych
kilku dni w miesiącu (a trzeba wziąśc pod uwagę też inne czynniki
przeszkadzające w tym, jak jego zmęczenie albo moja "niedyspozycja").
Ze zdziwieniem zaczynam spostrzegać, że oto w weekendy pojawia się w moim
mieszkaniu "jakiś" człowiek. To na razie zaledwie cień takiej myśli i
przewaznie wtedy, kiedy dojdzie do jakiejś scysji między nami. Ale boję się,
żeby to nie przerodziło się w coś groźniejszego.
Małżeństwo jest po to, żeby ŻYĆ ZE SOBĄ. Nie wiem, czy (praktycznie)na
odległość jest to możliwe, a jesli tak, to czy ja tak potrafię.
Problem może stac się o tyle palący, że mojemu mężowi zaproponowano (cha! cha!)
wyjazdy nie na tydzień, ale na dwa tygodnie. Wówczas dzieliły by nas
dwunastodniowe rozstania. 12 dni to dużo dla młodego małżeństwa, które w
dodatku od kilku miesięcy stara się o dziecko, prawda?
Nie potrafię cieszyć się moim pierwszym włąsnym mieszkankiem (celowo nazywam je
zdrobniale), kiedy jestem w nim sama. Cieszyło mnie, kiedy myślałam, że jest
ono DLA NAS, a nie - jak kawalerka - dla mnie. Chcę mieć prawdziwy dom.
Poradźcie