psychopata.z.borderline
26.05.05, 10:59
Do niedawna osobowość ofiary nie była rozpatrywana jako problem
ogólnospołeczny. Samo słowo „ofiara” kojarzyło się pozytywnie, wręcz bycie
ofiarą świadczyło o wielkości człowieka. Mam na myśli oczywiście Polskę, w
Europie jak wiadomo mamy kult szczęścia, i bardzo dobrze. Niewątpliwy wpływ
na psychikę i mentalność Polaków miał i często do tej pory ma Kościół
Katolicki. Samo słowo msza oznacza tak naprawdę ofiarę, o czym z pewnością
wiecie.
Otwarcie na Europę zmniejszyły wśród niektórych przepaść intelektualną i w
nich należy pokładać nadzieje, głównie wśród dobrych psychiatrów,
psychologów, generalnie wśród światłych humanistów.
Problem ofiary jest wielostronny i obejmuje zarówno zdrowie człowieka, jak i
jego sferę socjalną, ekonomiczną, etyczną, kulturową.
Posłużę się przykładem polskich małżeństw „zdroworozsądkowych”, które są
zdaniem niektórych trwalsze niż małżeństwa z miłości. Na tego rodzaju
wyrachowany jakby nie patrzeć układ decydują się ludzie z osobowością ofiary:
Kobieta- wychowana w duchu katolickim, to ona ma służyć mężczyźnie, to ona ma
ustąpić, ma być posłuszna. Szukając męża powinna zwracać uwagę na zasobność
portfela, na jego siłę, na jego pozycję społeczną na wsi. Taki model sołtysa.
Mężczyzna- przeświadczony o konieczności dominacji poszukuje kobiety
zakompleksionej w typie uległej Marysi, która poza dziećmi, garkami, miotłą
nie widzi bożego świata. Jest to niewątpliwie układ wygodny, ale czy na pewno.
Mówiąc o trwałości małżeństwa nie należy sugerować się czasem jego formalnego
trwania, bo jest to zwyczajna hipokryzja. Obydwoje małżonkowie są ofiarami
własnego wyrachowania i głupoty. Jedno i drugie przepełnione jest nienawiścią
do ludzi, którzy chcieliby żyć lub żyją inaczej.
Może doceńmy tych, którzy otwarcie mówią, że cudów nie ma, że nie w nich siła
tylko w logice.