k7a7r7o7
27.12.05, 15:43
zawsze w nia wierzylam. wierzylam, ze kobieta kobiecie nie wyrzadzi jakiejs
strasznej krzywdy zupelnie bezinteresownie, a tu prosze:
moj byly mial kilka kobiet przede mna. jedna z nich byla N. byli razem bardzo
krotko, to w zasadzie nie byl nawet zwiazek, ale ona szalenczo w nim
zakochana, nie poddawala sie latami. starala sie utrzymywac z nim kontakt,
nawet jak juz bylismy razem. kiedys przyszla niezaproszona do domu gdy ja tam
bylam. widzialam ze ja to zabolalo. patrzyla na mnie i na niego, i cierpiala.
szybko wyszla, i rozluznila kontakty. pamietam, czulam sie podle. nic jej nie
zrobilam, a mimo wszystko nieswiadomie, sama swoja obecnoscia sprawilam jej
bol.
niedawno rozstalam sie z moim facetem, on teraz wrocil do N. miesiac temu
mialam niezapowiedziana wizyte. moj byly i...N. weszla, usmiechnela sie,
poprosila o herbate. nawet nie umialam ich wyrzucic. przecierpialam ta
herbate. ona sie smiala, patrzyla na mnie i na niego, byla taka "naturalna"
i "mila".
nigdy nic mnie mocniej nie ubodlo. moje sprawy z nim i jego postepowanie to
oddzielna kwestia, ale ona?
czy to taka przyjemnosc dokopac komus, kto cie nigdy nie skrzywdzil? wiedzac
jak to boli?
co sadzicie?