Gość: samaka
IP: *.214.125.231.Dial1.Boston1.Level3.net
11.12.02, 16:05
Inspiracja do rozpoczecia tego watku byla dyskusja na forum o "dzieciach po
rozwodzie". Czasem chyba dobrze jest przyjrzec sie rodzicom...
To bedzie dluga historia, dla wytrwalych, dla cierpliwych. Ku przestrodze?
Chyba nie, w zyciu nie sluchamy przestrog, idziemy wlasna droga.
Pisze to chyba dla siebie, zeby kolejny raz "wyrzucic" z siebie swoj bol, w
nadziei, ze kiedys minie...
Bylam mloda dziewczyna, swierzo po studiach, na ktorych nie wyszlam za maz.
Zaczynalam juz bac sie staropanienstwa.
:-))) Pewnie za mocno "przebieralam"
Mojego meza poznalam dosc romantycznie, w lesie i.....byla to milosc od
pierwszego wejrzenia. Wygladalo na to, ze dla obu stron.
Facet byl starszy ode mnie o 12 lat, byl w trakcie rozwodu.....bo jego zona
okazala sie osoba chora psychicznie.(trzy lata pozniej popelnila samobojstwo!)
Przyszly maz byl uroczym, przemilym, czarujacym czlowiekiem. Mowil o swojej
tragedii, o synu, o ktorym musi myslec.Bardzo mu wspolczulam i chcialam
zrobic wszystko, zeby mu pomoc, rowniez w odzyskaniu syna, ktory bardzo sie
do mnie garnal.
Moj ojciec nie byl zadowolony z tego zwiazku, przed slubem ostrzgal mnie, ze
jego zdaniem moj przyszly maz to "przechodzony ch..", "ma falszywy, handlowy
usmiech" i "stac mnie na kawalera" - oczywiscie nie sluchalam tych rad, majac
23 lata wszystko wiedzialam najlepiej, kochalam bez granic, a swiat mial byc
piekny.
Zaangazowalam sie bardzo, cale swoje zycie "zmienilam" dla niego, oddalam mu
wszystko co mialam (tzw.posag), co pozwolilo nam rozpoczac nowe zycie.
On sie rozwiodl, jego siostra (miala przyjaciolke w Osrodku Badan Rodzinnych)
pomogla uzyskac prawa do syna, wzielismy slub.
Zaszlam w ciaze (bardzo pragnelam dziecka), na ktore on sie zgadzal. Gdy
bylam juz w zaawansowanej ciazy, sytuacja zaczela sie zmieniac. Byl nerwowy,
agresywny, czesto wsciekly...INNY. Ja wciaz szukalam dla niego
usprawiedliwien i...staralam sie.
Pobil mnie poraz pierwszy, gdy nasza coreczka miala 3 miesiace. Chcialam
wrocic do domu, do rodzicow, ale mama...powiedziala mi , ze "powinnam byc
dobra dla meza, to mnie nie bedzie bil".
No to chcialam byc dobra. Pracowalam, sprzatalam, gotowalam, zajmowalam sie
dziecmi, obslugiwalam "pana", ktory nie robil w domu kompletnie NIC.
Ale to nie pomagalo. Bo coraz czesciej pil, bil, ublizal.
Pytalam : "co mam robic, zebys byl zadowolony? Czy mam znac Twoje mysli?"
- Tak, powinnas znac moje mysli - odpowiadal.
Awantury byly non-stop, o wszystko (o nic). Zycie bylo coraz wiekszym pieklem.
A on chcial byc bogaty.
Pracowalismy, pracowalismy po kilkanascie godzin dziennie (ja rowniez w
domu), zeby zarobic duuuuuuzo pieniedzy. I udawalo sie, to byly lata
osiemdziesiate, dziewiedziesiate. Robilismy sie coraz bardziej bogaci, ale
wciaz bylo malo. Wciaz chcial firme wieksza i wieksza i wciaz mial do mnie o
cos pretensje.
Nie lubil, gdy wychodzilam z domu, gdy rozmawialam z sasiadami, gdy chcialam
pojechac do rodzicow.
Kiedys zadzwonila do mnie kolezanka (umierala na bialaczke), chciala, zebym
ja odwiedzila. Pojechalam, mimo protestow "pana". Byl 13 grudnia, slisko.
Samochod przede mna wpadl w poslizg i....skonczylo sie wypadkiem.
Wtedy pierszy raz dostalam jakiejs histerii, panicznie balam sie reakcji
meza. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, nie rozumiejac powodu mojego strachu.
Dostalam dwa oswiadczenia, ze wypadek nie byl z mojej winy.
Wrocilam do domu......i zaczelo sie.
Ublizanie, bicie, bicie, ublizanie.....cala noc, do rana.(opisac sie tego nie
da, to trzeba przezyc, choc....nikomy tego nie zycze, no....moze tylko mojemu
oprawcy)
(a...powinniscie wiedziec, ze niektorzy faceci tak bija, ze sladow nie ma -
nie wiem czy pisac jak to robia, bo...nie chcialabym jakiegos drania nauczyc -
ale mozna tracic przytomnosc i nie miec sladow pobicia)
Rano pojechalam do rodzicow, zeby pozyczyc od Taty samochod dla meza.Rodzice
zainteresowali sie tym, czy mi nic nie jest. U nich sie odprezylam. Pamietam,
ze pilam herbate i poczulam, ze boli mnie reka i nie moge jej wyprostowac, ze
boli mnie glowa. Minelo kilkanascie godzin od wypadku, gdy zaczelam czuc.
Na prosbe taty pojechalam do szpitala, do znajomego lekarza, zeby mnie
zbadal. Zrobil mi zdjecie kregoslupa, okazalo sie....ze jest uszkodzony.
Musialam zostac w szpitalu.(na szczescie u rodzicow zostawilam 3 czy 4 letnia
wtedy coreczke).
Moj maz stwierdzil, ze "udaje, bo robic jej sie nie chce".
Ja lezalam sama w szpitalu, a on pil. To trawalo 10 dni. Nie odwiedzil mnie
mimo prosb znajomych, moich rodzicow - tylko pil na umor, bo "jemu na zlosc
zniszczylam mu samochod".
Mnie zalozono stelaz - od szyi do bioder i kazano w nim chodzic, spac, caly
czas. Na wigilie puscili mnie do domu. Ale to nie byly dobre Swieta (jak
zreszta kazde z nim).
Po tej historii wiedzialam juz, ze moje malzenstwo jest....nienormalne.
Ale nie wiedzialam, co robic, gdzie szukac pomocy.
Czulam sie samotna, bylam coraz bardziej zalamana. Jego obelgi analizowalam,
bralam wine na siebie, wciaz probowalam byc lepsza, a poniewaz bez skutku,
wiec wybuchalam. Zylam sobie w takim piekle, nawet nie majac czasu na wydanie
pieniedzy, ktorych bylo baaaardzo duzo.
Sypialam z gazem pod poduszka, bo balam sie atakow meza.
Probowalam wylewac wodke, probowalam pic z nim, probowalam wszystkiego, ale
wszystko bylo bezskuteczne.
Nie mialam juz sil. Chcialam sie zabic. Ale corka? Przeciez nie moglam mu jej
zostawic!!! Zaczelam zastanawiac sie, jak umiercic bezbolesnie nasze dziecko
i...(chyba jednak Bog mnie kochal!!!) - bo ta mysl spowodowala, ze
oprzytomnialam. Przerazona sama soba zadzwonilam do telefonu zaufania.
Pierwszy raz od lat moglam powiedziec szczerze, anonimowo (wtedy nie bylo
internetu :-(() - co przezywam. facet mnie sluchal, mial cieply glos.
Skierowal mnie do "Petry" (nie wiedzialam co to jest) i powiedzial, ze tam mi
pomoga. Poszlam. Okazalo sie, ze trafilam do Osrodka Pomocy Rodzinom
Alkoholikow. Zaczelam chodzilac na Al-Anon, na terapie. Powoli zaczynalam
rozumiec, co dzieje sie w moim zyciu. Probowalam sobie radzic.
Ale to bylo trudne, bo moje pieklo trwalo caly czas, a ja...wciaz sie balam.
Balam sie jego, balam sie od niego odejsc, balam sie wszystkiego.
Ale na Al-Anonie nauczyli mnie, ze musze sie bronic. Odwazylam sie
powiedziec, ze jesli jeszcze raz mnie pobije, to pojde na Policje. No...wtedy
to "zasluzylam" sobie na lanie. Ale wstalam z podlogi i poszlam na Policje.
Panowie przyjechali, nawet mu porzadnie nawymyslali i....pojechali. O Boze,
jak ja sie balam, tego, co bedzie po ich wyjezdzie. Ale, o dziwo, nie bylo
nic. Poniewaz poszlo doniesienie do prokuratora (gdzie jak wiekszosc
maltretowanych osob, stwierdzilam, ze meza kocham, ze nie chce rozwodu, ze
tylko prosze, zeby go postraszyli, bo nie chce, zeby mnie bil) - "pan" musial
stawic sie na przesluchaniu. Prokurator byl ok., zrobil tak, jak go prosilam,
a postanowienie o umorzeniu postepowanie przeslal na adres moich rodzicow,
zeby "pan" nie czul sie zbyt pewnie.
Przez trzy lata nie bylam bita. Awantury oczywiscie byly, obelgi, a jakze,
ale....piesc zawisala w powietrzu....on sie bal.
W tym czasie stalismy sie zamoznymi ludzmi, firma prosperowala swietnie, z
kazdym dniem lepiej. Czesto nie chcialam wracac do domu, ze strachu przed
kolejna awantura, mowilam wiec, ze mam jeszcze oferty do napisania (ktore
zreszta pisalam)i wracalam ok.20:00. Wtedy on czesto byl juz tak pijany, ze
spal. Praktycznie przejelam prowadzenie firmy. W domu mialam gosposie i
opiekunke do 10 letniej coreczki. Ucieklam w prace i zycie jakos sie toczylo.
Odnosilam sukcesy. Zdarzylo sie, ze Klienci przyslali nam zaproszenie na dosc
powazna "impreze" zawodowa (byly zaproszone tylko dwie firmy) - adresowane do
mnie (nie do niego!!!).
Poszlam, bo tego wymagala nasza praca.
Byla kolejna awantura. Dowiedzialam sie , ze jestem ta najgorsza (chyba
tysieczny raz), ze UKRADL