anita42
28.03.06, 00:43
Na początek może napiszę, że jestem całkiem zdołowana, więc w miarę
możliwości proszę o to, żeby mnie bardziej nie dobijać komentarzami :(((
6 tygodni temu skończyłam terapię grupową psychoanalityczną i dziś miałam
konsultację z moim terapeutą, 1szy kontakt z nim od 6ciu tygodni. Ledwo
mogłam się doczekać. Pod koniec rozmowy spytałam, czy będę mogła mieć
indywidualne spotkania z nim zanim zacznę grupową terapię poznawczo-
behawioralną (która ma mi pomóc w pokonaniu fobii społecznej), a on...
odmówił. W dodatku zupełnie tego nie uzasadnił. Powiedział tylko, że teraz
powinnam zostać bez pomocy terapeutycznej (czyli nie skieruje mnie też do
nikogo innego). Wydaje mi się to zupełnie absurdalne, ponieważ jeszcze NIDGY
W ŻYCIU nie byłam tak rozbita, jak teraz i jeszcze nigdy nie czułam takiej
potrzeby spotkań ze specjalistą. Dzisiaj rozmawiałam z nim prawie godzinę,
bardzo szczerze, bo ufam mu i nie mam problemów z otwarciem się przed nim, i
po prostu nie jest możliwe, żeby on nie zrozumiał, jak bardzo potrzebuję mieć
te spotkania... Dlatego poczułam, że skrzywdził mnie tą decyzją i uważam, że
jest niesprawiedliwa, ponieważ fundusz refunduje 10 spotkań i one mi po
prostu przysługują. Inne osoby, wcale niekoniecznie z poważniejszymi
problemami niż moje, przyjmuje indywidualnie. A ja zostałam na lodzie.
Teraz pojawia się pytanie dlaczego on mnie olał. Przychodzą mi do głowy takie
możliwości:
1. Uważa, że faktycznie pomoc nie jest mi potrzebna. Ale to jest niemożliwe,
jest mi bardzo potrzebna.
2. Nie lubi mnie. To też jest niemożliwe. Przez 3 miesiące terapii miałam
wprost przeciwne wrażenie. Podobnie dzisiaj, bardzo miło ze mną rozmawiał.
Wiem, że dobry terapeuta nie może okazywać swoich antypatii względem
pacjenta, ale obserwowałam go, jak się odnosił do innych osób na grupie i
jednak widać było, kogo mnie lub bardziej "popiera". Poza tym, nie chwaląc
się jestem słodką i delikatną osóbką (tak twierdzą inni) i trudno byłoby mnie
za coś nie lubić... niczym się nie naraziłam...
3. Lubi mnie. Ale czy to realne, żeby lubił mnie za bardzo i dlatego
zrezygnował? Fakt, miałam wrażenie graniczące z pewnością, że mu się podobam
jako dziewczyna (facet jest 3 lata starszy ode mnie)... Jasne jest, że
terapeuta nie może się angażować uczuciowo w relacji z pacjentką. Boże, już
sama nie wiem.
Sorry za ten przydługawy post. Mam nadzieję, że ktoś z Was zechce przez niego
przebrnąć i jakoś pomóc mi zrozumieć, dlaczego znowu jestem sama i czemu
ktoś, kto miał mi pomóc, tylko dołożył się do mojego zdołowania? Pozdro dla
wszystkich :)