iskra300
11.07.06, 14:42
Tak sobie poczytałam posty. Pomyślałam, że może ktoś się boryka z podobnym
problemem. Troche trudno byłoby mi coś do siebie zastosować. Napiszę tak:
Skończyłam 30, dość zrównoważona osoba, kłopoty jak większośc. Chętnie
nawiązywałam nowe znajomości, łatwo było mi to przychodziło, ale potem nie
potrafię ich podtrzymać. Cóż z tego, że poznałam np. 20 nowych osób, skoro
potem nie potrafię ich rozpoznać na ulicy. Tysiące wpadek. Pisałam sobie w
zeszycie jak kto wygląda. I nic. Ostatnio: przerażony wzrok koleżanki "od
porannej kawy" - no co ty! Wiedziała, że mam problem, ale i tak myślała, że ją
ignoruję (patrzyłam na nią, ale nie rozpoznawałam;poznałam po głosie). W pracy
też to samo (zmieniałam parę razy). To jest taki poziom stresu, że chyba
zaczynam wysiadać. Przestałam podtrzymywać przyjaźnie. Ktoś do mnie dzwoni -
mam to gdzieś, ktoś mnie zaprasza - nie mam czasu/chęci. Najlepiej
pospacerować sobie po lesie. Szykuję się na wyjazd do sporego miasta. Dla
innych to niezrozumiałe i przecież nie będę się szefowi tłumaczyć, że jakbym
go nie mogła rozpoznać to niech się odezwie. Nigdy się nie leczyłam z tego
powodu, zawsze nadrabiałam braki. Nawet nie wiem gdzie pójść i jakie to może
przynieść efekty. Może się jakoś wyzbieram, od 4 lat chwile bezsilności
"łatam" herbatką z dziurawca. Znam osoby z większymi problemami i myślałam, że
z takim śmiesznym sobie sama poradzę. Zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno...